Moja książka

Góry Kaczawskie słowem malowane

250619 Miałem okazję poznać świętokrzyskie drogi i tatrzańskie szlaki, przemierzałem łęczyńskie bagna i podlubelskie lasy, spędziłem ki...

poniedziałek, 17 marca 2014

O pisaniu i wydawaniu


7 stycznia.
Varieties wariacji, czyli o kontaktach z wydawnictwami.
Wysłać teksty, ocenią, odpowiedzą, i już? O, nie!
Nie przysyłać nam płyt CD, dyskietek (kto ich jeszcze używa??), ani nie wysyłać załączników w poczcie elektronicznej; nic z tego nie będzie otwierane i czytane z obawy przed wirusowymi chorobami naszych komputerów. Wysyłajcie wydruki, bo tylko one mają szansę być przeczytane (szansę przeczytania – jak to tutaj brzmi!)– woła wydawnictwo na swojej stronie internetowej. Nie, nie! – woła inne wydawnictwo. Nasze stropy mają ograniczoną nośność, ale twarde dyski nieograniczoną! Wydruki nie będą czytane! Teksty wysyłajcie w wersji elektronicznej, bo nasze pecety nie boją się żadnych wirusów ani innych bakterii.
Ile tekstu wysłać? Jedne wydawnictwa nie podają żadnych informacji, inne piszą o kilkunastu stronach, bez podawania szczegółów, ale na stronie pewnego wydawnictwa przeczytałem instrukcję wysłania im trzydziestu stron. Ni mniej, ni więcej, jak sami piszą, a właśnie trzydziestu. Miałem przygotowane 37 stron. Za dużo? Chyba tak... Co będzie, gdy uznają, że zasypuję ich słowami? Nie piszą o karaniu gadatliwych, ale mogą, znudzeni (a może zniecierpliwieni moim nieposłuszeństwem?), nie przeczytać... Dobrze, wytnę dwa wpisy. Ciągle za dużo. A może zmniejszyć czcionkę lub marginesy? Czy można tak? Nie wiem. Na pewno nie wszędzie. Pewne wydawnictwo nie podaje co prawda wielkości marginesów, ale uściśla, i to bardzo dokładnie, ilość znaków i wierszy na stronie formatu A4. Rodzaju papieru nie podaje, i dobrze, bo mam tylko jeden, taki zwykły, ale brak wymagań co do kształtu liter wydaje się być ich niedopatrzeniem. Wszak typowy program do pisania, word, oferuje ich tak duży wybór, że doprawdy trudno mi trafić w utajnione tutaj gusta wydawnictwa. Nie trafię, i w efekcie nici w wydania dopisków?
Do kogo wysłać?
Jeśli wydawnictwo podaje tylko jeden adres mailowy, albo oddzielny dla autorów, problemu nie ma, ale co, gdy podają kilka, ale innych? Wybrać sekretarza redakcji, dział sprzedaży, czy może lepiej sekretariat? Co za różnica?, dostarczą komu trzeba. O, nie! Jeśli nie napiszesz do kogo ma trafić przesyłka, list może zostać w sekretariacie i pokryć się kurzem, bo nikt nie będzie wiedział, komu go oddać – ostrzega pewne troskliwe wydawnictwo.
Wysłać i co dalej?
Czekać, nie dzwonić, sami napiszemy. Albo zadzwonimy.
Dzwoń, kontaktuj się, to przecież tobie zależy na wydaniu – czytam na innej stronie.
Tobie zależy... No tak, to prawda, mnie zależy, przecież nie im, oni zarabiają łapaniem motyli, po co kontaktować się im z autorami...
Ja ich nawet rozumiem: wydawnictwo jest firmą komercyjną, musi wyszukiwać hity wydawnicze, a to jest trudne. W lekkiej atletyce bierze się miarę albo stoper, mierzy, i wszystko wiadomo – a jak zmierzyć tekst, szczególnie wtedy, gdy niewiele więcej jest ludzi czytających niż piszących?

Pisanie! Czasami mówię o pisaniu cały dzień, ale przecież tak naprawdę w istocie jest pisania niewiele, bo tylko napisanie listu szybko posuwa się w dół strony, chociaż i wtedy nierzadkie są chwile bądź to zamyślenia, bądź po prostu próby ułożenia w słowa tego, co chciałbym wyrazić. Jeśli wracam do swoich własnych tekstów, owe “pisanie” staje się głównie niepewnością, rozmyślaniem, zwątpieniem - zwłaszcza nim! Zwątpieniem we wszystko: w sens tego pisania, w jego wartość, zwątpieniem w siebie i widzeniem siebie jako ostatniej osoby, która winna brać się za pisanie. Właśnie tak! Pisanie bywa ostatnim dnem zwątpienia i zniechęcenia. Pisanie to tak naprawdę czytanie napisanego, poprawianie, poprawianie, a w końcu, bo i tak bywa, wykasowanie. To na swój specyficzny sposób może i cięższa praca, niż codzienne wstawanie i wychodzenie w noc ciemną do pracy fizycznej. Po cóż więc to robię? Bo i radości daje, a chwilami nawet euforię. Radość tego rzadkiego rodzaju, jaką jest radość tworzenia i obcowania ze słowem.
Słowa! Ledwie trzydzieści liter, a tworzą one wielką ilość słów, które ułożyć można na nieskończoną ilość sposobów i wyrazić nimi wszystko. Każdy odcień ludzkich uczuć – od ostatniej niegodziwości, do najwznioślejszej miłości; każdą barwę świata – od ostatniej jego brzydoty, do siedmiu jego cudów. Niemożliwe? Ależ nie!, co potwierdza istnienie literatury, tej naprawdę pięknej. Trudne? Ależ tak!, nawet bardzo, trudne jest jak każde tworzenie, ale właśnie w niej, w trudności, mieści się źródło tej jedynej radości. Pisanie bywa formą przeżywania świata raz jeszcze, wydobywaniem z wnętrza siebie wrażeń niezauważonych bądź niedocenionych, ale może też stać się tworzeniem nowego świata, tego, który staje się dla piszącego w najpełniejszy sposób jego światem. Pisanie bywa treścią życia, pragnieniem, niemożliwą do nazwania i do zaspokojenia potrzebą, nigdzie indziej niemożliwym spełnieniem, a zawsze jest pasją. Pisać! Ileż to razy słyszałem w ostatnich latach ten tajemniczy głos w sobie. Pisać! Nic nie jest ważniejsze ponad dotyk klawiszy opuszkami palców i zanurzenie się w bezkresnym świecie słów! To forma przymusu, z którym nie walczy się, a wprost przeciwnie: poddaje się mu, mając wrażenie swojego zwycięstwa w tym poddaństwie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz