Moja książka

Góry Kaczawskie słowem malowane

250619 Miałem okazję poznać świętokrzyskie drogi i tatrzańskie szlaki, przemierzałem łęczyńskie bagna i podlubelskie lasy, spędziłem ki...

poniedziałek, 24 marca 2014

Góry Kaczawskie. O nitkach miedz, strumyków i dróżek

Dzień dwudziesty czwarty, listopad.
Wieś Pastewnik, Poręba, wieś Groszków, stacje PKP Poręba Górska i Domanów Jaworski, łąkami do wioski, Sośniak, Popiel.

Pierwszy wyjazd w góry po półrocznej przerwie, pierwsza moja trzydniowa włóczęga kaczawska; byłem tak podekscytowany, że w czasie nocnej jeszcze jazdy do Bolkowa dwa razy mrugnęły do  mnie fotoradary swoimi lampami; życząc mi dobrych dróg?
Były dobre.
Gdy minąłem siodło przełęczy, stanąłem urzeczony rozległym widokiem: łąki, wierne fałdom swoich macierzystych stoków, falistymi i ciągle zielonymi wstęgami schodziły ku wiosce w dolinie; zagajniki brzozowe, białe dołem, górą żółte, rude, brązowe i drżące na wietrze, stały kolorowymi kępkami na łąkach. Po obu stronach rozległego stoku tkwiły ciemne i nieruchome ściany lasów - jak strażnicy spokoju ziemi; róże, głogi i olchy, nanizane na nitki miedz, dróżek i strumyków, dzieliły wielką przestrzeń dodając jej uroku swojskości i rozmaitości. Wydawało się, że nie tylko dróżki, ale też miedze i strumyki, biegną do ludzkich siedzib stojących między drzewami na dnie doliny, wzdłuż drogi, przynosząc ludziom swoje dary.
Wszystko to powtórzone dwakroć, bo znajdujące na stokach po drugiej stronie doliny swoje siostrzane odbicia. Widziałem drogi wybiegające zza budynków, wspinające się skosami na zielone grzbiety i znikające tam, gdzie niebo dotykało trawy; patrzyłem na odległe, sine szczyty wychylające się ponad zieleń bliskich wzgórz; patrzyłem spokojnie wiedząc, że niekoniecznie dzisiaj, ale na pewno będę tam.
Obok stała biało-brązowa krowa; miała metkę w uchu i wielkie oczy, stała nieruchomo i gapiła się na mnie, a niewiele dalej, po drugiej stronie dróżki, bezlistny już, ale niemal czerwony owocami, krzak róży zakołysał się gwałtownie i wystrzeliła z niego rozkrzyczana i trzepotliwa chmura wróbli. Zawirowały w powietrzu, kilka ptaków odleciało, reszta z hałasem opadła na sąsiedni krzew. Uspokoiło się…

Góry Kaczawskie są rozległe, zajmują 300 kilometrów kwadratowych, wielki obszar na którym są rejony zupełnie mi nieznane – jak wschodnie pasmo tych gór, miejsce tej mojej trzydniowej łazęgi.
Na południe od Bolkowa, od drogi nr 5 odchodzi dziurawa droga do Kaczorowa; w jej połowie jest spora wioska Pastewnik. Na parkingu przy kościele zostawiłem samochód i krótko po szóstej, w tym szarym czasie który ni nocą, ni dniem nie jest, poszedłem ku Porębie, pierwszemu mojemu celowi dzisiaj. Szczyt i zbocza od południa i zachodu są odsłonięte, dalekie widoki towarzyszyły mi więc od początku dnia. Widziałem tam wschód słońca, jak zawsze czarujący urodą i nadzieją, ale krótko później przyszły szare chmury i zostały nade mną już do wieczora.



Na szczycie stoi maszt dźwigający wszędobylskie anteny GSM i białą kulę ukrywającą radar meteo; kula, wystając ponad drzewa, jest dobrym punktem orientacyjnym, ale i zadziwia surrealistycznym kontrastem: górski las i biała kula niczym głowica startującej rakiety.
Łaziłem. Północnym zboczem (stromym, ale jest tam wygodna dróżka) obszedłem górę dochodząc do wioski Groszków, w której doliczyłem się jednego domu stale zamieszkałego. Tam pomyślałem, że powinienem obejść nieodległy południowo-wschodni cypel Gór Kaczawskich. Tą granicą jest dolina, dnem której biegnie szosa nr 5 z Bolkowa: będąc w okolicach wsi Domanów, na wschód od tej drogi widzi się szczyty Gór Wałbrzyskich, na zachód od niej Gór Kaczawskich. Chcąc tam dojść, we wsi Groszków wszedłem w las kierując się na zachód, by zboczem góry Kamienna dojść do nieczynnej linii kolejowej biegnącej skrajem pól i lasów, i dalej, trzymając się tej linii, dojść do Domanowa, a stamtąd do Pastewnik.
Plan prosty, droga nie. Dość szybko, chociaż niekoniecznie tak jak się spodziewałem czytając mapę, doszedłem do torów i zobaczyłem, że ich nie ma. Został tylko nasyp tak zarośnięty młodymi drzewami i maliniakiem, że już po przejściu 100 metrów poddałem się i zszedłem na pola nie mając sił wyrywać butów z chwytliwych łodyg malin. Przed Domanowem czekała mnie druga próba sił: nad głową miałem linie energetyczne, a pod nogami łapczywe maliny wśród krzaków ściętych przez energetyków i zostawionych tam, co razem stworzyło miejsce super szybkiego zużycia kalorii i skóry butów.
Nagroda za trud obejścia krańca Gór czekała tuż za stacją Domanów Jaworski.
Odrapany budynek stacji, zarośnięty peron, rząd lamp, które po raz ostatni zaświeciły się wiele lat temu, jeszcze nie rozebrane tory z drzewami rosnącymi między nimi  – smutek miejsc zbudowanych przez człowieka, służących mu, a później porzuconych, niepotrzebnych, jakby wzgardzonych.
Na północ od stacji są łąki ciągnące się aż do wsi Pastewnik, łąki nieco podobne do tych z okolic Wysoczki powyżej wsi Komarno – biegnące po falistych zboczach wzgórz, wystrojone dróżkami i strumieniami, głogami i różami, tutaj z odległymi widokami na Góry Ołowiane na zachodzie i Wałbrzyskimi na południu.





We wsi byłem na trzy godziny przed zmierzchem, poszedłem więc na Sośniaka. Gdy schodziłem zachodnim zboczem, otworzył się przede mną jeden z tych widoków, których tak bardzo mi brakuje gdy nie mogę być w górach: ogromny przestrzenią, dalą najdalszą, pełen gór i górek, dróg i dróżek, wiosek, zagajników, pofałdowanych pól i łąk. Zobaczyłem jedną z odleglejszych gór i rozpoznając ją, odruchowo szepnąłem: Połom. A obok tej góry inne, znane mi i bliskie: Baraniec wystawiał maszty ponad swoje lasy, Ziemski Kopczyk przykrywał się czapką zagajnika na szczycie, Dudziarz ukrywał moją polanę ze świerkami.
Będę przychodzić tutaj.
Gdzieś tam, robiąc przerwę na kawę, usiadłem i ponownie, jak kilka już razy dzisiaj, zwróciłem uwagę na masywność oglądanego masywu Gór Ołowianych. Te góry wydawały się większe i wyższe niż były w istocie, a w tej chwili zauważyłem jeszcze wierzchołek Śnieżki: z tej perspektywy najwyższa góra Sudetów była małą górką nie sięgającą nawet szczytu Turzca.
Zatoczywszy koło wszedłem na Popiel, górę, która wznosi się, odkryta, nad wioską, a obok niej drugi szczyt, na mojej mapie bezimienny; może tym bardziej warty odwiedzenia?
Nie wiem dlaczego pomija się tak wiele nazw gór, mimo iż na mapie są miejsca na wpisanie ich mian. Zapewne ma to racjonalne uzasadnienie, tyle że ja chciałbym znać ich nazwy – znać dla samej wiedzy, z ciekawości, a więc z jakże ludzkiego powodu, ale i z odmiennego powodu: takie szczyty, także i inne miejsca, mając imię są wyróżnione, stają się godne poznania i łatwiejsze w zapamiętaniu. Są bliższe, bardziej swojskie – dokładnie jak drzewo lub zwierzę którym damy imię. Przecież dzięki przeczytanej na mapie nazwie poznałem Trzmielową Dolinę, tak lubianą teraz. Jeśli będąc w nazwanym miejscu, zauważymy i docenimy jego urodę, jeśli przeżyjemy tam miłe chwile, ich pamięć będzie w nas trwalsza, będzie silniej z nim związana niż z miejscem bezimiennym.
Czasami nadaję miejscom swoje nazwy, jak Polana Czterech Świerków na północnym zboczu Dudziarza; nikt o niej nie wie, ale ja wiem, to moje miejsce.
Oprócz dali, na tych dwóch szczytach czekał na mnie wiatr. Mocny, szeroki, równy, pewny siebie wiatr znad łąk i pól. Chyba lubię taki wiatr. W miastach jest inny, taki wieje tylko na rozległych przestrzeniach.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz