Moja książka

Góry Kaczawskie słowem malowane

250619 Miałem okazję poznać świętokrzyskie drogi i tatrzańskie szlaki, przemierzałem łęczyńskie bagna i podlubelskie lasy, spędziłem ki...

poniedziałek, 17 marca 2014

Wokół Prousta: pomysł na książkę


10 sierpnia.
Plącze mi się po głowie pomysł na książkę, pomysł nie nowy, ale do którego wróciłem po lekturze “Pamięci i stylu” Prousta, chociaż trudno wychwycić mi tutaj powiązanie tej myśli z lekturą.
W niewielkim stopniu miałaby być to powieść jako historia, a w większym miałaby być stworzeniem wrażenia (cóż, pewnie tutaj właśnie jest kryje się to powiązanie), obrazu, czy raczej szeregu obrazów z życia bohatera, oraz obrazów wysnutych z jego fantazji. Obrazów realistycznych, może nawet czasem surrealistycznych, gdy dotyczą świata zewnętrznego, a baśniowych, czasem zasnutych mgiełką niedopowiedzenia, czasem zabarwionych marzeniami, gdy dotyczą jego myśli. Obrazów nostalgicznych, ale nie smutnych, nie: trochę ciepłych, trochę kolorowych, zawierających sporo nieokreślonej tęsknoty – jak w “Ważce” Moreau. Właśnie! Oglądałem wczoraj zdjęcia sławnych obrazów obserwując u siebie odruchowe wyszukiwanie podobieństw między nimi, a obrazami z powieści (podobieństw apriori, w wyobrażeniach, bo też i cóż z nich zostanie po odłożeniu pędzla, to jest, chciałem napisać, klawiatury?): “Impresja” Moneta, “Orfeusz” Corota, “Jesień” Sisleya i jego “Most w Moret”. Każdy z nich zawiera jakąś cząstkę tego, co widziałbym tutaj, ale Moreau pasuje mi najbardziej – jakby jego obraz był ilustracją tej wyimaginowanej powieści.
Chciałbym, aby samemu bohaterowi te obrazy nieco mieszały się, a czytelnikowi bardziej; nie, raczej widziałbym przenikanie się obrazów, niewyraźną, zamgloną granicę między nimi, nierozdzielność tego, co często rozdzielamy: aby fantazja, marzenia i rzeczywistość przeplatały się i wiązały ze sobą, tworząc w ten sposób pełny obraz wewnętrznej rzeczywistości bohatera. Wątek miłosny? Prawie na pewno tak, a jeśli, to raczej jako coś nierealnego, całkiem już baśniowego. Myślę o kobiecie, która pojawiałaby się w jego wizjach czy snach, a którą traktowałby, stopniowo, jako osobę realnie istniejącą, jako coraz bardziej realną osobę. Dalej nie wiem, a drogi są dwie: zostawić tych dwojga w ich odmiennych, nieprzystawalnych do siebie światach, czy pozwolić spotkać się im? Rzeczywistość spotyka się z marzeniami sennymi, czy je pokonuje?
Przez chwilę zastanawiałem się nad formą tego pytania; ponieważ napisałem te słowa z rozpędu, a vista, trzeba by powiedzieć sobie, że w nich zawarta już jest odpowiedź:)
OK., ogólny zarys gmachu jest, ale jak wypełnić setki jego ścian, aby stworzyć ładną (tak, przede wszystkim ładną, prawdziwą nie musi być wcale) budowlę?
Nie wiem.

23 sierpnia.
Gdy przeczytałem u Prousta słowa o wrażeniu jako jedynym kryterium prawdy, nawet wtedy, gdy budzone jest czymś najzwyklejszym, natychmiast pomyślałem o swoich, tak licznych, chwilach zachłyśnięcia się czymś, czym ktoś inny, stojący z boku, nie zachwyciłby się, a może i nie dostrzegł podmiotu mojego przeżywania. Dziękuję mu za te słowa, bo upewnił mnie o słuszności drogi, którą z mozołem posuwam się.
Piękno, przeżywanie i sztuka łączą się w swoisty sposób: dziełem sztuki jest zapis wrażeń z przeżywania piękna, i w takim znaczeniu powieść Prousta jest nim. Dodam, że zapis może być w dowolnej dziedzinie sztuki, i że owe piękno może mieć najróżniejsze oblicza i pochodzenie. Nie mniej ważne jest dla Prousta wydobycie z ludzkich zachowań praw i prawd ogólnych, zadaniu temu poświęca najwięcej miejsca i swoich starań, ale dla mnie są one tym mniej ciekawe i wartościowe, im dalej odbiegają od piękna. Scenę jednoczesnego czytania przez panią Verdurin artykułu o zatopieniu statku z ludźmi i jedzenia rogalików moczonych w kawie uznaję za świetnie przedstawioną ciekawostkę – i nic więcej, ponieważ brakuje mi w niej tego, co u Prousta jest dla mnie najcenniejsze: urokliwego i głębokiego przeżywania.
Pisanie, tak jak je rozumie Proust, a więc jako tworzenie dzieła sztuki, w istocie jest odtwarzaniem przeżytych wrażeń. Myśl nie nowa, ale przez niego przedstawiona staje się głębszą i bardziej przekonywującą, co razem jest tak bardzo typowe dla Prousta.
Jeśli zadaniem twórcy jest wydobycie z siebie, utrwalenie poprzez zapis i w ten sposób umożliwienie odbiorcom dzieła wydobycie z nich ich własnych głębokich, wyjątkowych przeżyć, przeżyć czasem niedostępnych dla nich bez owej pomocy; jeśli zdefiniujemy sztukę nie jako zbiór obrazów czy kompozycji muzycznych, a jako sposób na obudzenie w nas ducha, do czego wielkie dzieła sztuki wcale nie są konieczne; jeśli zgodzimy się, iż piękno i intensywność naszego wewnętrznego przeżywania stanowi o jakości naszego życia, wtedy trzeba zgodzić się z twierdzeniem Prousta mówiącego, iż “najwyższa prawda życia tkwi w sztuce”. Dopiero w takim znaczeniu słowa te nabierają właściwego i zrozumiałego sensu, tracąc wszystkie pozory sztuczności i niedopasowania (a tak mogą być odbierane) do realnego, “zwykłego” życia. Proust pokazuje tutaj swoją drogę dojścia do życiowej prawdy, do której ludzie dochodzą różnymi drogami, a wielu z nich nie znajduje jej nigdy. Jak w tej starej, a bardzo mi się podobającej piosence, w której śpiewa się o jej oczach mieszczących cały świat, Proust w istocie mówi, że wszystko, co wartościowe i co nadaje naszemu życiu sens będący rezultatem odnalezienia piękna niewiele mającego wspólnego z realiami naszego życia, że to wszystko mieści się w nas.
Przerwałem pisanie myśląc o dalszym ciągu, i jak zwykle myśl nieposłuszna, miast drążyć proustowską zagadkę szczęścia, poszybowała swoimi drogami, tym razem w kierunku Miltona, ale nie wiem dlaczego akurat do niego. Pomyślałem, że tworząc autentycznie tragiczną postać Szatana, Milton wiedział to wszystko, do czego doszedł Proust i do czego ja zmierzam z mozołem przez całe lata. Jego pierwszy wśród diabłów (“ach!, nie wiedzą, iż pierwszym jestem wśród nich jedynie w cierpieniu!” – cytat mój z pamięci) nie był istotą z gruntu złą, a tym bardziej nie był wcieleniem zła, jak przedstawiają go chrześcijanie; był aniołem upadłym, a jego upadek był rezultatem pomieszania tego, co ważne, co nadaje życiu sens, z tym wszystkim, co daje tylko pozory ważności.
Słońca wyszło zza chmur i wygoniło mnie na dwór. Na sąsiedniej uliczce rośnie wielka kępa jeżyn splątanych z głogiem. Na spotkanie mojej wyciągniętej ręki wychylały się pospołu czarne owoce jeżyn, i czerwone głogów; jedne i drugie właśnie dojrzewają, a jest ich ogromna ilość. Jeżyn nikt tutaj nie je, a gdy obżerałem się nimi, obok przeszła Angielka z pieskiem (oboje bardzo grubi), zdaje się, że widziałem zdziwienie na jej twarzy. Piesek nie był zdziwiony.
Idea Prousta jest właśnie bardzo życiowa, możliwa do zrealizowania.... może tak: można starać się ją wcielić w życie niezależnie od tego wszystkiego, co w popularnych ocenach nazywamy życiowym sukcesem. Jest też dość znana w tej swojej części, w której oddziela ocenę życia od sukcesów towarzyskich i materialnych; druga jej część, wiążąca nasze wnętrze ze sztuką, znana jest chyba mniej, ale nie mnie oceniać jej oryginalność – nie znam się na tym, tyle że wczytując się w słowa autora oraz słuchając siebie, zrozumiałem i przyjąłem jego słowa o prawdzie (można powiedzieć inaczej: wartości) życia tkwiącej w sztuce.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz