Moja książka

Góry Kaczawskie słowem malowane

250619 Miałem okazję poznać świętokrzyskie drogi i tatrzańskie szlaki, przemierzałem łęczyńskie bagna i podlubelskie lasy, spędziłem ki...

poniedziałek, 17 marca 2014

Wyjazd córki. Lato i diamentowa kolia wśród drzew


30 lipca.
Małgosia wyjechała. Po raz pierwszy od trzech tygodni usiadłem na łóżku w ucichłym nagle pokoju. Tak tutaj pusto...
Na stole resztki jej ostatniej kolacji i garść zapomnianych muszelek. Róże, które dostałem na imieniny, stoją pod oknem uschnięte, a w szafce pod lustrem zostawiony jej szampon.
Tak tutaj cicho...
W głowie rozlega się melancholijna część wiosny Vivaldiego.
Małgosi opowiadałem co wieczór mity greckie - takie spóźnione o kilka lat bajki na dobranoc.
Pojechała, a ja czując ulgę, odbieram ją jak zaprzeczenie uczucia do niej i zastanawiam się, czy jutro, czy może dopiero pojutrze, poczuję tęsknotę.

3 sierpnia.
Dni są upalne, słoneczne, a ja pracuję bez koszuli, w krótkich spodniach. Zauważyłem, że w tym roku inaczej reaguję na słońce grzejące mnie prawie nagiego. Mówi się o pieszczocie słońca, ale na ogół jest to banał, ale nie w te dni, w które z lubością wystawiam ciało na jego promienie i odbieram je jako pieszczotę. Dotyk słońca odbierany tak, jak dotyk bliskiej osoby. Z przyjemnością dopominającą się o jeszcze. Gdy zakładam koszulę idąc na posiłek do kuchni, dotyk materiału odbieram jak coś dziwnego, nieprzyjemnego, niepasującego. Sztucznego. Wtedy dopiero czuję prażące słońce i trzydziestostopniową temperaturę. Jakże łatwo człowiek odwyka od rygorów i przyzwyczajeń cywilizacji, która oddala go od tego, co naturalne!

8 sierpnia.
Wieczorem poszedłem “na miasto”. Pół godziny stałem nad brzegiem myśląc o książce, a później poszedłem aleją wzdłuż brzegu. Po kwadransie miałem dosyć słuchania bluzgań podpitych chłopaków (dziewczyn też) i nagle spieszno mi się zrobiło do pokoju, do pisania.
Wróciłem więc po godzinie, usiadłem na łóżku i słuchałem muzyki. Pewnie wyskoczę na brzeg jeszcze raz, pożegnalny, ale chyba nie tyle morze żegnać, co ślady Małgosi na piasku. Są tam jeszcze i nie tylko tam. Ona ma zadziwiającą umiejętność zostawiania śladów swoich stóp we mnie i wokół mnie, ale jak to robi – nie wiem.
Gdy będę mieć troszkę czasu, wyskoczę do lasu, postanowiłem.
Las! Gdy myślę o nim, mam dwa wspomnienia. Dawno temu, gdy Kuba był jeszcze mały, wczesnym rankiem poszedłem na grzyby, zabierając ze sobą przykrytą, jakby powiedziała Małgosia, kanapkę. Była ze smalcem i pokrojoną w plastry cebulą. Las był wilgotny, chyba nawet siąpił deszcz, gdy usiadłem na zwalonym pniu aby ją zjeść. Ćwierć wieku minęło, a ja pamiętam jej smak. Dziwna jest nasza pamięć...
Drugie wspomnienie także jest dawne, bo tylko kilka lat młodsze od pierwszego. To było w końcu września, może na początku października, w czasie grzybobrania. Po deszczu świt był słoneczny, a właściwie świetlisty w sposób, jaki tylko jesienią się zdarza. Przedzierałem się przez jakieś chaszcze, gdy nagle stanąłem przed olbrzymią, wyższą ode mnie, między dwoma drzewami rozwieszoną pajęczyną. Cała obwieszona była miniaturowymi kropelkami rosy, które świeciły w słońcu połyskiem diamentów. Stałem i oczarowany patrzyłem na to piękno. Widok tej brylantowej kolii stworzonej przez Arachne, mgłę świtu i słońce, jest we mnie i już tam zostanie.
A morze to przede wszystkim ten moment z lata 95 roku, naszego pierwszego lata we Władysławowie, gdy ubezpieczając Małgosię z tyłu (miała wtedy trzy lata), weszliśmy stromą, piaszczystą ścieżką na wysoki klif. Gdy wyprostowała się i z wysoka spojrzała na morze pod nami, powiedziała: O, kurcze! Ten jej zachwyt jest także we mnie i słyszę go często.

 12 sierpnia.
Na brzegu leśnej drogi widziałem kępę ostu pączkującego pięknym, nasyconym barwą fioletem, gdy z pękających, najeżonych kolcami kulek, wydostawały się kwiaty. Tyle razy je widziałem, ale dopiero w tamtej chwili zauważyłem ich urodę.
Zapatrzony stałem na leśnej, piaszczystej drodze, całej w jasnych plamach słońca. Obok niej biegła łagodnym wężykiem ścieżka. Zapraszała mnie do siebie, leśne i polne ścieżki potrafią to robić bardzo przekonywująco, a wyżej pachniała żywicą bursztynowa kora sosen oblanych letnim słońcem. Uświadomiłem sobie, że te obrazy są dla mnie symbolami lata, są przywoływane przez pamięć, gdy w czasie niekończącej się zimy myślę o tej cudownej, a tak krótkiej porze roku.
Nagrzany słońcem las, zapach sosen i droga, którą chciałoby się gdzieś iść. Tak po prostu iść.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz