Moja książka

O wydaniu książki

011216 Od wielu lat błądziła po mojej głowie myśl o wydaniu jakiejś części moich tekstów, ale było tak, jak często u mnie, czyli tak, ...

sobota, 15 marca 2014

Góry Kaczawskie. Różanka, śnieg i słońce

Dzień szesnasty, luty.
Wieś Komarno, Przełęcz Komarnicka, Folwarczna, Ziemski Kopczyk, południowe stoki Dudziarza, Góry Ołowiane, powrót niebieskim szlakiem.

Równo trzy lata temu byłem w Górach Kaczawskich po raz pierwszy. Szedłem niebieskim szlakiem od Przełęczy Widok do Dudziarza, wracałem tą samą drogą. Był wtedy mglisty dzień zimowy, niewiele widziałem, a jeśli już mgły pozwoliły mi zobaczyć cokolwiek, to widziałem nieznane szczyty i doliny, obce góry. Na stoku Dudziarza obiecałem sobie wtedy wrócić tam by zobaczyć widok, o którym wiedziałem, że rozpościera się z jego zboczy, i który będzie czekać tam na mnie.
Dzisiaj widok doczekał się mnie, ja widoku; od razu powiem, że dzięki urodzie Różanki był to jeden z ładniejszych widoków kaczawskich. Ale po kolei.
Na dwóch poprzednich wyjazdach penetrowałem wschodnią stronę masywu Skopca-Barańca, naturalną więc koleją rzeczy były wymarsz na zachód masywu, w mało znaną mi część Gór Kaczawskich. Chcąc zaoszczędzić czasu i sił (a może po prostu z lenistwa) umyśliłem sobie wjechać samochodem pod Przełęcz Komarno, na sam koniec wioski i szosy. Wjechałem, ale rozsądne to nie było, bo mój ford ostatkiem sił zdołał to zrobić po zaśnieżonej i stromej szosie.
Gdy wchodziłem w las na zboczu Folwarcznej, rozwidniało się. Na dole była odwilż, ale tutaj zima dmuchała mroźnym wiatrem podnoszącym na otwartych przestrzeniach śnieżne kurzawy. Między drzewami siedział jeszcze ciemnoszary mrok nocy. Było mi trochę nieswojo wchodzić w ten mroczny las, pomyślałem nawet o spotkaniu lochy z małymi, ale wszedłem licząc na strach wzbudzany wśród zwierząt widokiem ludzi.
Ileż to razy widząc sarny czy łanie zrywające się do biegu na mój widok, w duchu wołałem za nimi żeby zostały, nie bały się mnie, bo chciałem tylko popatrzeć na nie z bliska. Później przypomniałem sobie spotkanie „oko w oko” ze stadem dzików na wspomnianej pierwszej mojej kaczawskiej trasie, niedaleko stąd, wspomniałem mój ówczesny przestrach i ulgę, gdy zobaczyłem je odchodzące.
Wszedłem więc w las na stoku Folwarcznej chcąc odnaleźć szczyt tej góry, która według niektórych pomiarów ma być wyższa od Skopca. Niedługa była to droga, zakończona na wzgórzu, które rzetelnie obszedłem by przekonać się, że z każdej strony zbocza opadają. Byłem na Folwarcznej. Wracałem inną drogą, znalezionym duktem leśnym wykorzystywanym przez myśliwych, a gdy ten minął ostatnie drzewa i już jako polna dróżka wypadł na łąki pod przełęczą, uznałem, że w miejscu tak czarodziejskim, pod świerkiem stojącym na granicy dwóch światów, należy zrobić przerwę śniadaniową; wszak miałem za sobą już około pięciu godzin dnia rozpoczętego o trzeciej w nocy. Piłem więc gorącą herbatę z sokiem malinowym i spomiędzy niskich gałęzi świerku patrzyłem na ostatnie domy wioski wtulone w zbocza wzgórz, na drogę biegnącą w stronę masztów na Barańcu.
Idąc w stronę Dudziarza chciałem jak największą ilość drogi przejść południowymi zboczami gór pamiętając, iż prowadzący tam niebieski szlak wiedzie na ogół lasem; tak mało znana to góra, a tak piękne widoki trzymająca dla nas! W kilku już przewodnikach czytałem o Okolu jako górze z której rozpościerają się najpiękniejsze widoki – jakby piszący te słowa przepisywali je z jednego źródła. Owszem, z Okola widok jest ładny, ale niekoniecznie najładniejszy; na pewno jest wiele innych jeśli już nie przewyższających tamten, to dorównujących mu atrakcyjnością. Wśród nich mieszczę i tak bardzo urozmaicone widoki z Ziemskiego Kopczyka. 


Na wschodzie zbocza bliskich wzgórz obsadzonych domami Komarno, za nimi wzgórza Wysoczka i Bukówka - moi poznani niedawno znajomi, Trzmielowa Dolina wyłania się od strony wsi i biegnie ku Ogierowi, a gdy odrobinę uniosę wzrok, na dalszym horyzoncie widzę szeroką Szybowcową obok której widać drobniutki i ostry Stromiec, a na lewo rozciąga się rozległa Kotlina Jeleniogórska z widocznym miastem za którym daleko, na krańcu świata, wyrastają wielkie Karkonosze.
Wystarczy obrócić się, by patrząc ku zachodowi zobaczyć rozdrapany Połom.
Jest w widoku tej góry pokaleczonej zębami koparek, systematycznie wywożonej ciężarówkami, coś ujmującego, jakby współczucie wobec istoty bezbronnej i cierpiącej, w cichości znoszącej swoją krzywdę i swój ból.
Za Miłkiem rozciąga się rozległa dolina zamknięta wysokimi szczytami wschodniego grzbietu Gór Kaczawskich. Patrzyłem na nie ciekawie i pożądliwie – tyle dróg i szczytów nieznanych, tyle wędrówek i widoków przede mną! Na prawo, czyli bardziej ku południu, wzrok przyciągała nieznana mi góra z urokliwym siodłem przełęczy oznaczonej czterema wielkimi świerkami. Nie mogłem jej rozpoznać mimo oglądania mapy, i teraz, gdy siedzę w fotelu w swoim pokoju, myśl o tej górze nie opuszcza mnie. Wejdę raz jeszcze na Ziemski Kopczyk, i z niego pójdę w kierunku tej góry, poznam jej drogi i jej nazwę. Będzie jeszcze jedną moją górą.
Zbocze masywu od strony Kotliny Jeleniogórskiej jest częściowo zalesione. To splątana szachownica łąk i łączek z zagajnikami, luźnymi kępami drzew, z jęzorami lasów schodzących z góry w dolinę. Przedzierałem się przez chaszcze, schodziłem niżej, drapałem się pod górę, przekraczałem strumienie o stromych brzegach, w nagrodę mając niemal cały czas rozległe widoki na prawo, z nieskończenie powoli obracającymi Sokolikami na tle Karkonoszy. Na południowym zboczu Dudziarza trafiłem na rozległy stok porośnięty głogami i dziką różą. Głogi, róże, stok góry, strumień, bliski las i odległe, niebieskie góry na południowym horyzoncie. Głogi raz jeszcze. Czysta biel śniegu wokół. Ciepłe i wygodne buty na nogach i droga, chociaż tym razem bez drogi – czego trzeba więcej?
Nie wiem jak to się stało, że tak długo nie widziałem głogów – może nie rosły tam gdzie wędrowałem, a może byłem ślepy? Teraz, odkąd znalazłem cały ich zagajnik z Trzmielowej Dolinie, widzę je często. Na Ziemskim Kopczyku szedłem wzdłuż wysokiej miedzy na której rosły głogi… tak bardzo chciałoby się usiąść na niej tuż przy kwitnącym krzewie, po prostu siedzieć i gapić się myśli puściwszy samopas.
Dolinę pod Dudziarzem przecinała szosa nr 3, a za nią wznosiła się jedna z najładniejszych gór jakie widziałem – Różanka w Górach Ołowianych. Z radością, skutkiem przeżywanych wrażeń estetycznych, patrzyłem na jej stoki, na kępy drzew, na nitki dróg, wiedząc, że zaraz pójdę tam poznać górę z bliska. Dzień z rana tak zimny i chmurny, powoli rozpogadzał się, i teraz, jakby na przywitanie Różanki, zaświeciło słońce. 


Słońce czyni Ziemię piękną i radosną, wyzłaca świat i nasze wnętrze.
Z przełączki między dwoma szczytami góry ponownie ukazały mi się obydwa szczyty Gór Sokolich; teraz bliższe i widziane pod innym kątem, oprószone blaskiem słońca, strome, najeżone skałami, były w nieuchwytny sposób powabniejsze. Dudziarz po drugiej stronie wydawał się małym wzgórkiem. Poszedłem jedną z dróżek prowadzących nie wiadomo gdzie, celowała w niebo i na tle nieba znikała, a ja szedłem dla samej przyjemności wędrowania tą drogą, z ciekawością oczekując jej ponownego pojawienia się po drugiej stronie grzbietu.
Gdy miałem już schodzić po obejściu całej góry, ta pożegnała mnie wyjątkowo ładnym widokiem: połowa jej odkrytego stoku przedzielonego płytkim żlebem stała w słońcu, druga była w cieniu. Jeden stok jaskrawo świecił śnieżnym blaskiem diamentów i złota, drugi delikatnie, ale wyraźnie, barwił swoje śniegi niebieskim kolorem. Oczywiście mój aparat nie zauważył tego, czym napawały się moje oczy:(
Na pewno będę wracać do tej góry.




Szukając niebieskiego szlaku na otwartej przestrzeni południowego zbocza Dudziarza, znalazłem ślad ludzkich stóp, a że takie ślady są rzadkością, poszedłem za nimi – wiodły w las duktem oznaczonym czarnym szlakiem, którego nie było na obu moich mapach. Nieco dalej znalazłem niebieski znak na skraju lasu i poprzez szczyt góry poszedłem w stronę wsi Komarno i samochodu. Po zejściu ze szczytu trafiłem na ślady w których rozpoznałem tamte, widziane na południowym zboczu. Ktoś, kto je zrobił, nie szedł niebieskim szlakiem prowadzącym przez szczyt góry, znał więc inną drogę. Spojrzałem na zegarek i uznałem, że mając czas mogę się wrócić po tych śladach. W ten sposób poznałem skrót omijający zalesiony szczyt góry, oraz dane mi było znaleźć ładne źródło. Widuje się je nierzadko, ale częściej są to błotniste miejsca z rozlaną wodą, w których trudno jednoznacznie wskazać źródło, a to znalezione przy drodze było czyste, klasyczne, z wodą wydostającą się spomiędzy kamieni i od razu płynącą bystrym nurtem strumienia szepczącego nieustającą baśń o pięknej najadzie żyjącej w nim.
Dlaczego tylu innym mężczyznom pokazują się boskie nimfy, a mnie nie chcą? Taki Parys, na przykład, przygruchał sobie śliczną Ojnone, a ja jak mam to zrobić, skoro żadnej najady ani driady, ani w ogóle żadnej nimfy nie znajduję w tych górach? Może nasze zimy są dla nich zbyt zimne? A może nie podobam się nimfom?
Przygoda ze śladem miała ciąg dalszy: idąc niebieskim szlakiem, ten ślad odciśnięty w śniegu miałem przed sobą. Później zaczął prószyć drobny śnieg, wciskał się pod kaptur, szczypał w oczy, szedłem więc z opuszczoną głową, a gdy towarzyszące mi ślady skręciły w prawo, pomyślałem, że ten ktoś szedł nie tam, gdzie szedłem ja. Po paruset metrach zorientowałem się, iż nie widzę żadnych znaków szlaku. Rozejrzałem się - iść zboczami? Uznałem, że jest już zbyt późno, więc zawróciłem. Szlak znalazłem, skręcał tam, gdzie skręcał ślad:)
Pod Ziemskim Kopczykiem zostawiłem szlak zdążający ku Barańcowi i wyszedłem na otwartą przestrzeń zmierzając w stronę ostatnich domów wsi Komarno. Dzień się kończył, szarzało, wiatr niósł drobinki twardego, zmrożonego śniegu szeleszczącego na kurtce, a mnie podobała się ta pogoda i takie wędrowanie, czym byłem trochę zdziwiony. Może dzięki widokowi bliskich już świateł okien domów we wsi? Szedłem tak, jakbym, zziębnięty i głodny, zmierzał do swojego domu po długiej wędrówce z jej obrazem widzianym pod powiekami…

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz