Moja książka

Góry Kaczawskie słowem malowane

250619 Miałem okazję poznać świętokrzyskie drogi i tatrzańskie szlaki, przemierzałem łęczyńskie bagna i podlubelskie lasy, spędziłem ki...

środa, 19 marca 2014

Góry Krucze

13 marca.
Lubawka, Krucza Skała, Głazy Krasnoludków, Diabelska Maczuga, Mrayenci Vierch.

Kiedyś czytałem o grupie ładnych skał gdzieś w Sudetach, ale nie zapamiętałem gdzie one są, dopiero w czasie wybierania trasy na ten wyjazd znalazłem informację w jednym z przewodników: były to Skałki Gorzeszowkie, lub, inaczej mówiąc, rezerwat „Głazy Krasnoludków” w Górach Kruczych. Tym samym dokonałem wyboru trasy: najpierw poznanie głównego masywu pod Lubawką, później Głazy Krasnoludków, a później zobaczę.
Później nieźle dałem sobie w kość, bo zachciało mi się wejść na szczyt góry o czeskiej, dziwnej nazwie. Wszedłem, mokry i zziajany, ale nie narzekałem. Chciałem wejść na niego i wszedłem.
Samochód zostawiłem na początku zielonego szlaku, na brzegu Lubawki, u stóp Kruczej Skały; widziałem go później ze szczytu: spokojnie stał sobie czekając na mnie.
Była 7.30, gdy polną dróżką ruszyłem wprost na górę stromo wyrastającą z płaszczyzny pola, i zaraz na początku szlaku doznałem dwóch miłych wrażeń: poczułem polny wiatr, tak odmienny od szarpiących, nieprzyjemnych wiatrów wiejących w mieście. Wiatr polny jest spokojnym, równomiernym oddechem ziemi, niesie jej zapach i spokój, w nieokreślony sposób czuć w nim przestrzeń i swobodę. Po raz pierwszy w tym roku usłyszałem skowronki, polne dzwoneczki, a nawet zobaczyłem je, trzepotliwie nieruchome drobinki na tle błękitnego bezmiaru. Wiosna.
Krucza Skała jest niewysoką górą, ma 680 metrów wysokości, ale widok z niej jest piękny: miasteczko u jej podnóża, oczyszczona odległością Lubawka, wygląda jak z bajki, na prawo urokliwe, wyraźne szczyty Gór Kruczych, na lewo, po drugiej stronie głębokiej i wąskiej doliny, piętrzą się, jeden za drugim, kolejne szczyty, a daleko, na horyzoncie, bieleją zaśnieżone Karkonosze. Bliżej, zaraz za miasteczkiem, otwiera się dolina Bramy Lubawskiej, z której tu i ówdzie wyrastają niewielkie wzgórza. 

Zielony szlak obiegający wokół górski masyw jest uroczym, nie męczącym szlakiem, jednym z tych, którymi chciałoby się iść bez końca, zwłaszcza, jeśli słońce ma się za towarzysza wędrówki.

Jak z tego zjechać i nie połamać się? - pytałem się siebie stojąc z zadartą głową i patrząc na szczyt skoczni narciarskiej na jednym ze zboczy Gór Kruczych. Tam właśnie po zgubieniu szlaku schodziłem ze stromego zbocza piargów trzymając się gałęzi krzaków, a na dole w nagrodę za zejście zrobiłem sobie przerwę. Siedziałem na pieńku chłonąc widok otoczenia i słuchając siebie. Słońce świeciło mi w twarz, mała brzózka łaskotała mnie gałązkami w kark, a rosnący tuż obok świerk wydzielał dla mnie swojski żywiczny zapach kojarzący się z latem i słońcem. Po pniu ściekała woda… woda? Dotknąłem cienkiego strumyczka: lepiąca się miękkość. Żywica rozkosznie pachniała, gdy rozcierałem ją w palcach. Na twarzy czułem ciepło słońca, wiatr układał mi po swojemu włosy na głowie, nareszcie bez czapki, kawa z termosu smakowała wybornie, nogi nadal chętne drogi odpoczywały, a ja poczułem to wyjątkowe, zawsze urocze, zjednoczenie świadomości z chwilą mojego życia.
Obszedłem podnóże góry i zanurzyłem się w wąską a głęboką dolinę oddzielającą Kruczą Skałę od Sępiej Góry, chcąc zobaczyć porfirowe skały stromego zbocza góry, dla ochrony których utworzono tam rezerwat. Porfir ma czerwony odcień, jak pola w pobliżu, których ziemia była przed milionami lat takimi właśnie skałami. Skały są spękane, czynią wrażenie niesamowicie starych, ledwie stojących starców, jak ten Starzec, szczyt mijany na wierzchowinie. U stóp skał leżą zwały kamiennych złomków, a w jednym miejscu jest ich cała rzeka - odłamki góry sypiące się na dół w nieustającym ciągu przemian morfologicznych Ziemi. Do tych przemian przyłożyłem swoją rękę, zabierając ze sobą odłamek czerwonawego porfiru.
Ta wycieczka była nietypowa, ponieważ dwa razy w ciągu jej trwania podjeżdżałem do celu samochodem. Pierwszym był rezerwat Głazy Krasnoludków odległy od Lubawki o 12 km. Wymarzone miejsce na niedzielne wyjazdy w góry dla całych rodzin, ponieważ parking na końcu drogi jest o 100 metrów od pierwszych skał, a przy nim jest polana z ławkami i miejscami na ogniska. Formy skał są tak różnorodne, że ma się wrażenie zwiedzania najpiękniejszych miejsc Gór Stołowych. Na swoje potrzeby, słuchając wrażeń, nadawałem sfotografowanym skałom nazwy: neolityczną strojnisią jest kamienna głowa na długiej szyi, z bujną fryzurą z małych świerków i kęp traw; niemal idealnie równy rząd kamieni uformowany niczym kolumnada greckiej świątyni kojarzy się z mitycznym kamiennym miastem; z kamiennej podstawy wyrasta grupa dinozaurów trzymających swoje kształtne głowy na smukłych szyjach, a wydają się one uśmiechać swoimi szerokimi pyskami, z których tu i ówdzie zwisają wiechcie przeżuwanej trawy.




W sąsiedniej wiosce stoi na szczerym polu dziesięciometrowy ostatniec w murowaną tablicą podającą dwie daty: 1813 – 1913. Gdy zapytałem grupę bawiących się wokół dzieciaków o te daty, rezolutny dwunastolatek powiedział: wtedy diabeł przyniósł tutaj ten kamień. Diabelska Maczuga w Gorzeszowie. Uroczy lokalny mit, piękna skała.

Gdzie jeszcze pojechać, skoro do zmierzchu parę godzin, a nogi i oczy wołają o jeszcze?
Grupa szczytów przy samej granicy z Czechami: Sępia Góra, Polska Góra i na samej granicy Mrayenci Vierch. Gdy zatrzymałem się na parkingu przy samej granicy, szczyty, ciemne swoimi lasami, wyrastały z równiny pola przeciętego linią słupów granicznych, a tuż obok rosło małe drzewko z sześcioma swoimi pniami splecionymi w dwa idealnie równe warkocze, Warkocze Natury. Siedziałem w samochodzie jedząc kanapki i patrząc na góry przed sobą i na to drzewko. Tylko ja patrzyłem, inni jakby nie widzieli drzewa tak oryginalnego. Dlaczego? 

Właściciel kantoru i parkingu z nostalgią wspominał niedawny jeszcze czas, gdy opłaty za parkowanie pobierał według czasu parkowania.
-Daj pan dwa złote i stój pan ile chcesz. Widzi pan jak tu teraz jest… – powiedział.
Podejście na szczyt dało mi nieźle w kość: niżej szlak prowadził korytem strumienia rozlanego wiosennymi roztopami, wyżej szedłem dnem żlebu zasypanego zeskorupiałym, chrzęszczącym pod butami, śliskim śniegiem. Po co tam lazłem, skoro w jedyne miejsce widokowe na tym szlaku zostawiłem już na sobą? Nie wiem. Bo postanowiłem tam wejść pomyślawszy, że jeśli dzisiaj, teraz, nie wejdę tam, nie wejdę już nigdy. Więc wbijałem czubki butów w śnieg i szedłem, zasapany, z mokrym czołem, aż w końcu poczułem zimny wiatr: byłem na szczycie. Wszedłem. Byłem tam.

3 komentarze:

  1. Diabelska maczuga w Gorzeszowie.

    Legenda o tym kamieniu mówi:
    Miejscowy diabeł rozzłościł się okrutnie, gdy Cystersi zaczęli budować klasztor w Krzeszowie i postanowił go zniszczyć zrzucając na niego ogromny kamień. Wynalazł odpowiedni głaz i poleciał do Krzeszowa, ale po drodze gdzieś zamarudził i gdy przelatywał nad Gorzeszowem, zapiały pierwsze kury i wtedy czart upuścił kamień, gdyż o świtaniu tracił swą moc.
    Lubię legendy.

    Tablica 1813-1913 umieszczona została dla upamiętnienia setnej rocznicy Bitwy Narodów pod Lipskiem. Wydarzenie to jest dla nas smutnym wspomnieniem, ponieważ w tej bitwie w nurtach Elstery zginął książę Józef Poniatowski.

    Krzysiu, w czasach szkolnych nie przepadałem za historią (podobnie jak spotkani chłopcy)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Och, zapomniałem dodać, że diabeł z kamieniem leciał w nocy...

      Usuń
    2. Dziękuję, Janku.
      Powiem Ci, że w niedzielę gdy dzwoniłeś wracałem już, a że pokazywało się słońce, liczyłem na obejrzenie zachodu. Cóż, gdy było już nisko, przyszły chmury…
      Jutro powinienem zamieścić opis z kilkoma zdjęciami na blogu.
      Pamiętam chłopaka, który mówił mi o diable pod tą skałą, pamiętam ton jego słów – jakby wierzył w tą opowieść.
      Za historią i ja nie przepadałem, ale to dlatego, że szkoła ma złe, szkodliwe programy, całe założenie tych programów jest złe. Tam wkłada się do głowy wiedzę encyklopedyczną: kto z kim wojował (jeśli już jesteśmy przy historii), w jakich latach panował, gdzie odbyły się główne bitwy. No i jeśli uczeń wbije sobie do głowy te daty, uznaje się, że zna historię. Nie, nie zna. Takie programy zniechęcają uczniów, a celem głównym szkoły powinno być zaciekawienie dziecka wiedzą, a nie wbijanie do głowy dat, nazwisk i wzorów. Historia jest etymologicznie badaniem przeszłości, poznawaniem mechanizmów dziejowych, próbą odpowiedzi na pytanie „dlaczego”. Tak rozumiał ją Herodot i taki ma wzór do dzisiaj. Jak można przedstawić historię, dowiedzieć się można z książek napisanych przez Krawczuka, znawcę i miłośnika Starożytności. Jego pozycje nie zawierają fantazji ani fabuły, a jedynie znane fakty historyczne i próby odpowiedzi na powyższe pytanie, a mimo to czyta się jego książki jak fascynującą powieść. Spróbuj, książki nie są grube, na pewno nie zanudzą Cię.
      Takie baśnie i ja lubię, ale pod warunkiem, że nikt nie każe wierzyć mi w nie na poważnie.
      Swoją drogą zauważ, że w mniemaniu, iż w ciągu dnia diabeł ma mniej sił niż w nocy, tkwią prastare wierzenia z czasów, gdy o chrześcijaństwie jeszcze nikomu się nie śniło, gdy słońce było dobrym bogiem, ciemność złym.

      Usuń