Moja książka

O wydaniu książki

011216 Od wielu lat błądziła po mojej głowie myśl o wydaniu jakiejś części moich tekstów, ale było tak, jak często u mnie, czyli tak, ...

poniedziałek, 17 marca 2014

O jednej chwili


W Alconbury, w biurze firmy transportowej na byłym lotnisku wojskowym, kierowca odbiera dokumenty przewozowe; trasę ma łatwą i krótką: jedzie do Dartford, portu nad Tamizą. To obrzeża Wielkiego Londynu, tuż przy obwodnicy M25 i przy moście Królowej Elżbiety II. Z jego dużej wysokości widać plac portowy zastawiony setkami naczep. Za około 2 godziny, jeśli tylko na obwodnicy nie będzie korków, zostawi na tym placu swoją naczepę, i podłączy ciągnik do jednej z tych, których długie szeregi wypełniają plac, ale kierowca nie myśli o tym; przejechał tę trasę już wiele razy, a wsiadając do ciężarowego mercedesa próbuje przypomnieć sobie, czy ma coś jeszcze w zamrażarce lodówki. Tuż przed bramą wyjazdową spotyka scanię ze znaną mu z widzenia drobną dziewczyną z sąsiedniej firmy, i jak zwykle widząc ją za kierownicą wielkiej ciężarówki, czuje zdziwienie; wita ją podniesioną otwartą dłonią, a ona uśmiecha się do niego. Będę miał dobry dzień – myśli, skręcając w wąski przejazd bramy.

Sto mil na południe jego kolega właśnie skręca w lewo, w uliczkę dojazdową do portu. Przed sobą widzi otwarte zapory przejazdu kolejowego i szeroko uśmiechniętego Murzyna regulującego ruch na wewnętrznym skrzyżowaniu. Macha mu ręką i wolno toczy zestaw po nierównościach przejazdu. Po chwili klnie pod nosem, widząc za budką dróżnika tył tira stojącego w kolejce do stanowiska wydawania dokumentów. Piętnaście minut – ocenia zwłokę, i sięga do torby po kanapkę. “Przykrytą kanapkę” – jak to powiedziała kiedyś jego córka. Myśl o niej budzi w nim tęsknotę.

W małej wiosce w pobliżu granicy z Walią, na ciasnym placyku starego tartaku, fioletowy daf firmy transportowej wjechał między dwa stosy bali sosnowych. Kierowca cofa próbując tak przełamać zestaw, aby zawrócić. Tuż obok widzi podajnik, po którym przesuwają się, podskakując, bale drewna podawane do otwartej paszczy maszyny, która zdziera z nich korę. Z oszklonej budki zawiaduje tym potworem drobny mężczyzna; widząc kierowcę, podnosi rękę w geście pozdrowienia. Powietrze ma intensywny zapach drewna, kurz ze startej kory drapie w gardle, maszyna hałasuje, ale Anglik uśmiecha się. Zazdrościć mu, czy współczuć? Chyba bardziej zazdroszczę – myśli kierowca.

W Trowbridge, miasteczku pod Bristolem, na rondzie przy wjeździe na parking supermarketu ASDA, zatrzymują się trzy sznury samochodów przepuszczając ambulans wyjący sygnałami i błyskający światłami. Gdy przejeżdża, mały nissan rusza z piskiem kół skręcając ostro w lewo i pod górę wjeżdża na zatłoczony parking. Przy wejściu głównym kierowca widzi charakterystyczną sylwetkę starszego faceta z zawieszoną na szyi puszką na datki, trzymającego na ręku wielką, jakby napuszoną sowę, a przy nim, jak zwykle, kilkoro dzieci. W samochodzie słychać delikatne, melodyjne dźwięki Popołudnia Fauna; kierowca rozgląda się wokół, ale nie widząc wolnego miejsca, objeżdża parking dookoła. Jego dobry nastrój pryska nagle, wygoniony poczuciem obcości, gdy na szczycie wieży dziwnego domu po drugiej stronie ulicy dostrzega brytyjską flagę.

Półtora tysiąca kilometrów na wschód, w zagraconym warsztacie, dwóch mężczyzn nituje arkusz blachy na dnie skrzyni ładunkowej podwieszonej pod brzuchem przyczepy. Słychać ostry gwizd wiertarki pracującej na wysokich obrotach, a spod przyczepy wystają miotające się w poszukiwaniu oparcia nogi obute w ciężkie, robocze kamasze. Obok brzuchaty facet w ciemnych, spawalniczych okularach na twarzy, tnie blachę palnikiem gazowym. Błękitny płomień wściekle uderza w rdzawą powierzchnię metalu, syczy i burzy się, strzela na boki czerwonymi i fioletowymi odnóżami, aż spod  brunatnej barwy blachy przebija się lśniąca złotem barwa płynnego metalu. Jaskrawo świecące krople spadają na beton podłogi, i rozpadając się na mniejsze drobiny, skaczą dalej jak pchełki, póki ich gorąca, nasycona, mięsista czerwień nie zniknie zostawiając mały, czarny, już nieruchomy, wypalony żużel. Powietrze śmierdzi rozgrzanym żelazem i kurzem osiadającym na rurach neonówek świecących upiornym, sinym światłem.

Paręset kilometrów na wschód, w wiosce rozciągniętej wzdłuż doliny na skraju lasów, w mieszkaniu na drugim piętrze, przy biurku siedzi dziewczyna. W ręku trzyma otworzony telefon, jej kciuk wykonuje błyskawiczne, ledwie dostrzegalne okiem, ruchy po klawiaturze. Myszkujący po blacie biurka szczur zatrzymuje się nagle, i podnosząc pyszczek z drżącymi wąsami, rozgląda się wokół. Dziewczyna odkłada telefon i przez chwilę patrzy na niego. Szczur podbiega do brzegu blatu, waha się chwilę, skacze i znika w jej długich włosach. Ona wyciąga go, wyrywającego się, i marszcząc nos, udaje rozgniewaną. Szczur nie wygląda na przejętego; puszczony wolno, znika wśród drobiazgów na biurku. Dziewczyna sięga po otwartą książkę.

W tym czasie tysiąc kilometrów na północ starszy mężczyzna błądzi labiryntem niekończących się korytarzy wielkiego promu, aż w końcu trafia na windę, którą wyjeżdża na poziom pokładu. Na zewnątrz przenikliwy wiatr wstrząsa nim, ale nie cofa się: naciąga czapkę na uszy, i szukając przejścia wśród schodów i zakazów przejść, zmierza na rufę. Gdy w końcu dociera tam, nieruchomieje zadziwiony spektaklem odgrywanym kilka pięter niżej. Woda za rufą, młócona śrubami statku,  burzy się i bulgocze; zmieszana z powietrzem bieleje, wrze, podnosi się na kształt olbrzymich bąbli, łamie się i zapada w czarną głębinę, by w tej samej chwili ponownie wypłynąć, zapieniona, wściekła, rycząca na stalowego kolosa przerywającego jej odwieczne, spokojne kołysanie się. Mężczyzna patrzy i słucha siebie; czuje się mały wobec potęgi przyrody, ale jednocześnie odczuwa dumę, czując pod nogami drżenie mocy zdolnej rzucić wyzwanie bezkresnemu morzu.

Na białym ekranie komputera mruga przesuwający się kursor, zostawiając za sobą czarne paciorki liter:
“Biorąc pod uwagę wiek, oraz szybkozmienne, dynamiczne obciążenia konstrukcji, uważam za konieczne prześwietlenie podejrzanie wyglądających spawów...” Piszący podnosi głowę, i chwilę patrzy na reprodukcję Impresji Moneta wiszącą na drzwiach pokoju. Po chwili przenosi wzrok na leżącą przy nim otwartą książkę, wzdycha, i zmusza się na dalszej pracy.
“Przed montażem urządzenia zalecam przegląd wszystkich siłowników pneumatycznych oraz sterujących ich pracą elektrozaworów, a także...”
Dopiero po dłuższej chwili mężczyzna orientuje się, iż gapi się na pulsujący kursor niewidzącym wzrokiem, podczas gdy myśl jego zostawia wszystkie siłowniki, i daje się prowadzić cudnym głosem kobiecym śpiewającym arię z Oratorium Wielkanocnego – w świat tęsknych i pieściwych marzeń.

W głębi kraju, którego żołnierze kiedyś deptali polską ziemię, na środku wielkiej przestrzeni okolonej ciemną ścianą lasu, tkwi samotna postać. Za nią widać ślad kroków, przed nią dziewicza, zdawałoby się, ziemia bez śladów ludzi – nieskazitelna biel przestrzeni. Wokół cisza podkreślana szelestem płatków śniegu opadających na kaptur kurtki... Odwieczne trwanie skał, sosen i pól, budzą w stojącym nieruchomo człowieku myśl o nieskończonym rytmie zmierzchów i świtów, wiosen i jesieni, o rodzeniu i umieraniu, o naturalnych przemianach, które są niezmiennością i pewnością, oparciem i oczyszczeniem w sztucznym świecie niepotrzebnych zmartwień i złości, w świecie chaotycznej, bezsensownej karuzeli tracenia i zyskiwania, w świecie pośpiechu i braku czasu dla bliskich ludzi; człowiek myśli o samotności wśród ludzi i o zmianach wokół siebie, ale też o ogromie świata i bezmiarze tego, co w każdej chwili dzieje się w nim. Bezmiarze, który tutaj, na tym pustkowiu, wydaje się bardzo odległy i nieważny, mimo iż w jego tworzeniu i on ma swój udział.

2 komentarze:

  1. Główne postacie w poszczególnych akapitach to Krzysztof Gdula?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O tyle Krzysztof Gdula, że podałem scenki z mojego życia. Wyjąwszy oczywiście tamtą dziewczynę ze szczurem :-), której wzorem była moja córka.
      Pomysł na ten tekst pojawił mi się w głowie na tamtym szwedzkim polu, a miał przedstawiać drobniutki, mikroskopijny wycinek zdarzeń dziejących się na świecie w każdej chwili każdego dnia, więc zgodnie z logiką tego tekstu nie mogłem być postacią wszystkich scenek, bo dzieją się one jednocześnie.
      W jednej chwili.

      Usuń