Moja książka

O wydaniu książki

011216 Od wielu lat błądziła po mojej głowie myśl o wydaniu jakiejś części moich tekstów, ale było tak, jak często u mnie, czyli tak, ...

piątek, 14 marca 2014

Góry Kaczawskie. Słońcem malowane

Dzień piąty, marzec.
Wleń, wioska Tarczyn, Babiniec, Przełęcz Rząśnicka, wsie Orzechowice i Chrośnica, Chrośnickie Kopy, wsie Płoszczyna i Czernica, Babiniec, wieś Tarczyn, Wleń.







Gdy dowiedziałem się o planowanej słonecznej pogodzie, przestawiłem budzik o pół godziny wstecz, na trzecią. Chciałem wykorzystać ten dzień cały, od świtu do zmierzchu, ponownie w Górach Kaczawskich. Zastanawiając się nad powodem ich wyboru, wspomniałem moje wędrowanie po Górach Świętokrzyskich wiele lat temu i zauroczenie tymi górami. Chyba właśnie tego rodzaju góry: niskie, z wioskami w dolinach, z otwartymi przestrzeniami pól pnących się po łagodnych zboczach poznaczonych ścieżkami i dróżkami którymi tak miło się wędruje ze słońcem na twarzy i wiatrem we włosach, takie góry podobają mi się.
Surowość i majestat skalistych gór Tatr ma wielką siłę oddziaływania, ale jakoś inaczej. One są jak ta piękna kobieta z wybiegu dla modelek: nie tylko poza zasięgiem, ale i chyba nieco chłodne, podczas gdy tamte są moje i dla mnie, swojskie i ciepłe; gdy uśmiechnę się do nich, one uśmiechną się do mnie.
Więc trasa w Górach Kaczawskich: z Wlenia żółtym (w dalszej części drogi niebieskim) szlakiem do Tarczyna, dalej przez szczyty Babiniec i Rogatkę oraz miejscowość Orzechowice dojść do wioski Chrośnica; przejść w poprzek Chrośnickie Kopy, wyjść we wsi Płoszczyna, i dalej czarnym szlakiem via Czernica dojść do Wlenia. Doszedłem, ale nieco inną drogą, za co nie winię braku oznaczeń ani nawet swojego gapiostwa, bo dzięki nim poznałem drogę o wyjątkowych walorach widokowych. Wiele już razy myślałem o zrobieniu tej pętli, ale zdecydowałem się dopiero dzisiaj; dzięki tej decyzji przeszedłem jedną z najładniejszych tras w Sudetach.
Ab ovo.:
Na rynku we Wleniu byłem jeszcze przed godziną szóstą, a krótko później poszedłem żółtym szlakiem na wschód, na spotkanie słońca. Spotkaliśmy się przed szczytem wzniesienia, blisko wioski Tarczyn: szedłem drogą pod górę, gdy między czarnymi pniami drzew, przy samej ziemi, słońce zajaśniało nagle świecąc mi prosto w twarz – i tak zostało, bo idąc wielkim łukiem w prawo, miałem je przed sobą niemal cały dzień - w nagrodę za te wszystkie szare dni zimowe.
Niemal cała ta trasa chwaliła się przede mną urokliwymi widokami dali, i to nie z jednego miejsca widokowego, jak to bywa w Sudetach; często szedłem odkrytymi grzbietami wzniesień lub ich stokami, a mój wzrok biegł swobodnie ku odległym horyzontom.
Tak było już na pierwszym wzniesieniu w okolicach Tarczyna, z którego po raz pierwszy zobaczyłem widok oglądany dzisiaj z niemal całej trasy: bliskie pola w młodej, jaskrawej zieleni ozimin, ciemne wzgórza na drugim planie, i daleko, daleko, biało-niebieskie Karkonosze i Góry Izerskie. Falista, wysoka ściana Karkonoszy zaczynała się stożkiem Śnieżki, dalej ku zachodowi widziałem wyraźne nawet z tej odległości dwie wielkie wyrwy Śnieżnych Kotłów oddzielonych ostrą linią grani, nad nią budynek stacji nadawczej niczym bladoniebieski łepek zapałki, a w pobliżu mały stożek Wielkiego Szyszaka. Szrenica ciągle chwaliła się białymi nitkami swoich tras narciarskich, a jeszcze bardziej na prawo Wysoki Kamień wystawał białym punktem ponad równą linię wierzchowiny Gór Izerskich.
To na południu, a z przeciwnej strony wzrok przyciągała Ostrzyca ostrząca (na mnie!) skalne zbocza ponad niskimi pagórami przedgórza.
Cały czas szedłem ku Tarczynowi i gdy minąłem go idąc zboczem Tarczynki, widoki te szły ze mną, wystarczyło odwrócić głowę by widzieć ośnieżone przepaście Kotłów. Czasami patrząc na nie przypominała mi się pewna reklama czekolady: na zieloniutkiej łące pasące się krowy, a w głębi ośnieżone, niebieskawe odległością skalne turnie. Brakowało tylko krów, chociaż gdzieś na zboczu Chrośnickich Kop widziałem stado. W wiosce Tarczyn chyba próżno byłoby szukać rolników, bo ta wioska, jak wiele innych w Sudetach, by wymienić tylko nieodległe Radzimowice, zmienia swój charakter z miejscowości rolniczej na wypoczynkową. Ostatni dom wioski patrzy swoimi dużymi oknami w dolinę zamkniętą z drugiej strony majestatyczną ścianą Karkonoszy; cóż się dziwić nowym właścicielom? Też chciałbym mieć dom z takim widokiem, dom na łagodnym stoku góry, o dwa kroki od lasu, na końcu cichej drogi…
Żółty szlak jest bardzo słabo oznaczony, w rezultacie już na początku drogi wracałem się  kilometr, bo dróżka którą szedłem, zrazu tak wyraźna, rozpłynęła się na skraju lasu stromo opadającego w ciemną dolinę; szlaku widocznie zapomniano zaznaczyć. Kilka razy zatrzymywałem się, bezradny, na rozwidleniu dróg daremnie szukając znaków, ale wspierając się mapami udawało się (na ogół) wybrać właściwą drogę. Później tak samo miałem z czarnym szlakiem, a za to niebieski oznaczony jest dobrze, właściwie wzorowo.
Wielkich lasów na moim szlaku nie ma, laski ledwie, w które wchodzi się z przyjemnością jak do prześwietlonej słońcem świątyni Natury. Oto koniec lasu, już widać otwartą przestrzeń, droga przyśpiesza i zostawiając mnie wybiega spomiędzy drzew radosna, roześmiana, ledwie dotykająca zielonych pól. Pijana słońcem i wiatrem zatacza meandry i pędzi w dół po stoku, a ja idę ze wzrokiem w nią utkwionym i uśmiecham się bezwiednie w odpowiedzi na jej radość.
Słońce! Miałem je na twarzy, czułem na nagich ramionach. Słońce - uśmiech świata. Kiedyś w sklepie potrąciła mnie kobieta. Odwróciła się do mnie i bez słów, samym uśmiechem, przeprosiła, a ja, olśniony, zapragnąłem iść za nią w nadziei zobaczenia jej cudownego uśmiechu raz jeszcze. Uśmiech kobiety i słońce potrafią w jednej chwili odmienić świat.
Gdy wychodziłem na szlak, miałem na sobie dwa swetry pod wiatrówką (oj, przepraszam, teraz nie ma już  wiatrówek, teraz są windsoppery), a w miarę upływu godzin plecak pęczniał zdejmowanym ubraniem; większość dnia szedłem mając na sobie, po raz pierwszy w tym roku, tylko podkoszulek z krótkimi rękawami i nareszcie gołą głowę. Nieomal zapomniałem jak miło jest czuć polny wiatr we włosach i słuchać skowronków. Dzisiaj udało się zobaczyć te małe, niepozorne ptaszyny polne, których arie tak jednoznacznie kojarzą mi się z latem i dzieciństwem spędzonym na wsi.
Szedłem obserwując przemiany krajobrazu wokół mnie. Najszybciej zmieniała się droga: wchodziła w las, opuszczała go dla pól, biegła przez chwilę wzdłuż strumienia, zagłębiała się w niskie wąwozy ocienione starymi drzewami, znikała za garbem ziemi lub na zakręcie i po chwili znowu odnajdywała się, albo rozpływała się bez śladu w morzu starych, zeszłorocznych jeszcze traw. Dalej, na drugim planie, zmiany zachodziły statecznie i powoli: gdy ukazał się przede mną ciemny swoimi lasami Leśniak, szedł przede mną dwie godziny nim pozwolił się wyminąć; później, gdy przeszedłszy lasy Chrośnickich Kop wyszedłem na otwartą przestrzeń, zaskoczył mnie widok wyniosłej góry na wprost, ponad domami wioski Płoszczyna. Stromiec, nazwa dobrze dobrana do góry, towarzyszył mi przez kilka godzin mojej wędrówki, a jedynie na co się zdecydował, to wolne przesuwanie się na tle najdalszych gór, Karkonoszy. Te, zajmując kraniec horyzontu, były niemal niezmienne; obojętne na kilometry mojej trasy, tkwiły bladoniebieską ścianą na południu i tylko raz udało mi się je przyłapać na ruchu.: Gdy minąłem wioskę Czernicę nie widziałem ich, dopiero nieco wyżej zobaczyłem czubek Śnieżki między dwoma nieznanymi szczytami. Ledwie wystawał, jakby nie był szczytem królowej Sudetów, a małą i bezimienną górą; dopiero mój marsz pod górę wymusił na nim wznoszenie się, później stopniowe odsłanianie i wypiętrzanie i całej linii Karkonoszy.
Znane aż do banalności zjawisko perspektywy, tworzenia z naszego miejsca patrzenia centrum świata wokół nas, ale przecież zjawisko to jest w istocie zadziwiające zniekształceniami oglądanego świata i jego najgłębszymi przemianami uruchamianymi naszym przemieszczaniem się.
W Chrośnicy świadomie zboczyłem ze szlaku i wszedłem na szczyt Kopy. Marsz bez szlaku, tylko według mapy, na której polne dróżki i ścieżki zaznaczone się niedokładnie lub wcale, ma swoisty urok przygody.: Czy dobrze idę? Gdzie wyjdę? Czy będzie przejście za tamtym wzniesieniem? Przeszedłem. Dalej była urocza przełęcz, strumień kręcący się w pobliżu mojej drogi i szepczący jej coś do ucha, a gdy na brzegu lasu znaki kazały mi schodzić żlebem, poszedłem prosto widząc między drzewami Stromiec wśród pól, i tam, na brzegu leśnego duktu i asfaltowej drogi, znalazłem źródło strzelające obfitą strugą zimnej wody wprost ze skał zbocza; rozkosznie jest w ciepły dzień zmyć z twarzy zmęczenie źródlaną wodą i poczuć w ustach jej świeżość.
Czarny szlak za Czernicą tylko nominalnie jest oznaczony. Nie wiem kiedy z niego zszedłem. Co prawda mój cień przede mną nie pasował mi, jego miejsce wydawało się być bardziej na prawo, ale może dalej droga skręci we właściwą stronę? – myślałem. Gdy Stromiec i Czernicka Góra ustawiły się w rządku, a takiego ich porządku z mojej trasy nie powinienem widzieć, uznałem, że chyba coś nie tak jest z moją mapą. A tak w ogóle, to czym się przejmować, skoro droga tak piękna? Szła łagodnie w górę  brzegiem lasu i rozległych pół zielonych oziminą, za mną rosły Karkonosze, a po prawej powoli obracały się szczyty Chrośnickich Kop, ukazując wcześniej ukryte przede mną stoki i wysokie hale. Szedłem. Słońce świeciło. Czegoż trzeba było mi więcej?
Na szczycie spotkałem… żółty szlak. Doszedłem do góry Babiniec, około pięciu kilometrów od Wlenia. Nie zirytowałem się, nie. Ruszyłem w stronę miasta zadowolony z drogi przede mną i z jej widoków. Na tym samym grzbiecie w pobliżu Wlenia, na którym rozpoczynałem dzień, obserwowałem jego koniec malowany pastelą: subtelne przemiany kolorów perłowych, szarych, srebrzystych i złotych były po prostu piękne. Na zdjęciach jak zwykle prawie nic z tej symfonii barw nie widać:(
W drodze powrotnej zatrzymałem się na chwilę w pobliżu Ostrzycy, aby chociaż rzucić na nią okiem. Gdy pomiędzy nagimi i rzadkimi drzewami zobaczyłem strome skały szczytu, wiedziałem, że wejdę na tę górę gdy tylko będę mógł ponownie przyjechać w Kaczawskie. Wiedziałem też, że tym razem nie tyle dla widoków, co… właśnie!, jak wyrazić to dziwne pragnienie pójścia tam, gdzie kiedyś otwarta gardziel ziemi zionęła ogniem swoich wnętrzności? Chciałem wejść na szczyt zastygłej w bazalt magmy, jedynej pozostałości po wulkanicznej górze, której już po prostu nie ma. Został tylko ten nek - stary i niezniszczalny jak Chronos – gdy wszystko wokół uległo odwiecznym prawom metamorfoz.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz