Moja książka

Góry Kaczawskie słowem malowane

250619 Miałem okazję poznać świętokrzyskie drogi i tatrzańskie szlaki, przemierzałem łęczyńskie bagna i podlubelskie lasy, spędziłem ki...

poniedziałek, 17 marca 2014

O lecie nad morzem. Z dopisków


1 lipca.
Patrząc na targane wiatrem zarośla, obiecuję sobie wyjść wieczorem na plażę, zobaczyć fale przelewające się przez falochrony i mewy podnoszące skrzydła przed podbiegającą do nich wyższą falą, ale gdy po prysznicu siadam przy biurku, ciepło pokoju rozleniwia mnie: tak dobrze, tak sucho... Dopiero odblask zachodzącego słońca - rzadkiego gościa ostatnich dni - na ścianach sąsiednich domów, wygania mnie na plażę.
Fale, strzelając białymi bryzgami wody, faktycznie przelewają się przez rzędy drewnianych pali, a morze oglądane pod niskim już słońcem nabrało intensywnej barwy ciemnego granatu. Szczyty fal jaśnieją, ale nie zwykłą swoją bielą, a połyskiem masy perłowej i roztopionego srebra. Zimny, silny wiatr przenika przez moją lichą kurtkę i kąsa mnie, ale nie żałuję wyjścia z ciepłego pokoju.

Stoję oparty o ścianę kontenera obserwując ruchliwą gromadę jaskółek. Najwięcej jest ich przy kałużach wody stojącej w koleinach; przyglądają się sobie? Z błędu wyprowadza mnie kolega, mówiąc o lęgnącym się tam robactwie - ich pożywieniu. No tak, lot jaskółek tylko wydaje się zabawą, w rzeczywistości będąc ich ciężką harówką dla zdobycia jedzenia. Podnoszę wzrok, i zaraz zapominam o tej prozaiczności: jaskółka, lecąc pod wiatr, trzepocze skrzydłami jak skowronek nad polami, albo jak gołąb, którego lot zawsze wydaje mi się ciężką walką z powietrzem; jaskółka nie walczy z przestrzenią, ona nad nią panuje, bo oto nagle kładzie się niemal na plecy w ciasnym wirażu, zatrzymuje się na moment, i gdy wydaje mi się, że zaraz spadnie, ona już mknie rozcinając przestrzeń ramionami rozłożonych skrzydeł - jaskółka, księżniczka przestworzy, czarny krzyżyk, symbol lata, radość moich oczu, mknie niesiona wiatrem, goniona moim wzrokiem - już nie za pożywieniem, a dla samej przyjemności lotu, budząc we mnie odwieczne, jakże ludzkie, pragnienie latania.

19 lipca.
Dzisiaj nie zdążyłem zobaczyć zachodzącego słońca, ale widziałem świecące morze. Ciemność zmierzchu była tylko na brzegu, rysując ciemnymi barwami sylwetki ludzi na plaży, podczas gdy morze świeciło blaskiem rtęci rozlanej na spokojnych, ociężałych falach, którym łuna zachodu nadawała metalicznego, czerwonego połysku. Na prawo, w kierunku wschodu, rtęć fal stopniowo zmieniała zabarwienie: błyskając tu i ówdzie szafirem i fioletem, rozlewała się w wielką płaszczyznę niebieskości, która dalej, w stronę linii horyzontu, stawała się granatowa, jeszcze dalej szaro-granatowa, aż w końcu rozpływała się w szarości zmierzchu, zacierając granicę między morzem a niebem.
Dzisiaj niebo było czystym, intensywnym pożarem zachodu rozpłomieniającym pojedyncze kłaczki na niebie, chmurki zupełnie odmienne od wczorajszych. Tamte były brzuchatymi olbrzymami spiętrzonymi w wysokie budowle o fantazyjnych, niemożliwych do stworzenia na ziemi kształtach, jakby wyśnione w sennych rojeniach zwariowanego architekta marzącego o wieżowcach budowanych z delikatnej, lotnej, ale wyrazistej i spoistej substancji, wieżowcach sięgających tam, gdzie słońce jeszcze nie zaszło.
Patrząc na kształty niepodległe, zdawałoby się, prawu ciążenia, czasem przychodzi do mnie myśl o ich niezupełnie ziemskim pochodzeniu, a wtedy myśl idzie dalej, ku... Solaris, Lemowskiemu oceanowi tworzącemu kształty niemożliwe do opisania; albo ku planecie, której widoki tak oczarowały Bregg'a w „Powrocie z gwiazd” - kolejny, tysięczny splot świata realnego z fantazją - tym razem literacką.
Wrażenie ogromu tych chmur, bajecznej swobody przestrzennych kształtów, ich niepodobieństwo do wszelkich kształtów ziemskich, w moim odbiorze niezmiennie potwierdza naszą "dwuipółwymiarowość", ludzkie nieobycie z pełnią trzech wymiarów. Kilometry dali? Nic niezwykłego, ale w połączeniu z kilometrami wysokości stają się niezwykłe dla naszych oczu - jak te chmury, zwykłe przecież, a jednocześnie tak nieziemskie, tak bajeczne.

27 lipca.
Hałas. Każda muzyka jest nią po przekroczeniu progu tolerancji moich uszu, a tutaj słucham - nie chcąc słuchać - okropną mieszankę.
Nieśmiertelna pszczółka Maja i równie żywotne kaczuchy, krok dalej skrzeczący ryk z głośnika zapewnia mnie o jednym kroku do zakochania, przez otwarte okno przejeżdżającego samochodu dopada mnie i przygniata do ziemi fala grzmotu przypominająca odgłosy pewnej wstydliwej czynności, ale jeszcze dalej słychać miły, taneczny rytm rock and roll'a.
Idę rozglądając się i rejestrując obrazki.
Pod ścianą ligustra tato pomaga dwuletniemu synowi wysikać się, a metr w lewo stoi kilka obrazów wystawionych na sprzedaż. Oglądam je przez chwilę, bo też tylko chwilę czasu są warte, a odwracam głowę w kierunku nowego dźwięku: zgrzytając i błyskając światłami, elektryczna ciuchcia dla dzieci kręci się wciśnięta w kąt między ścianą budynku a chodnikiem.
Your new style - czytam napis na jednym z niezliczonych namiotów handlowych. Wchodzę, rozglądam się, i widzę styl jarmarczny; chyba już wolę mój bezstylowy styl rodem z ciuchołków. Jest tańszy.
"what are you staring at?" - czytam na bluzce ponętnie rozpychanej biustem. Jako to na co?! - odpowiadam dziewczynie w myśli, ale oto kilka kroków dalej widzę srebrzyste ślady dłoni na innej bluzce i napis: "touch me". To ja już nic nie wiem: tamta zdaje się zabraniać nawet patrzenia, a ta zachęca do dotykania...
Opalone ramiona i uda dziewczyn emanują ciepło letniego słońca i seksapil, a pod metalowym płotem, za którym rozsiadł się tyleż razy oglądany dorodny kasztanowiec, skaczą mechaniczne pieski. Ludzie omijają je, a sprzedawczyni stoi oparta o ogrodzenie, jakby smutna, przywołując wspomnienie dziewczynki próbującej zarobić sprzedażą zapałek. Kupić? Podchodzę, ale widząc nieobecną minę dziewczyny - cofam się.
"Warkoczyki afrykańskie".
"50 % zniżki".
"Wafle według własnej receptury".
"Prawdziwe lody amerykańskie".
"Domowe pierogi".
"Meeega oferta". Jakaż to oferta jest tak wielka? Zaglądam do wnętrza plastikowych pudełek i widzę tam cukierki w formie długich batów o dziwaczanych smakach. Shrek? Jak to smakuje?
Lody, gofry i zapiekanki, bursztyn, ozdoby i ozdóbki, chińskie zabawki, ciuchy i baloniki na druciku, gotowana i prażona kukurydza, piwo, piwo i znowu piwo. Jarmark.
Salon gier telewizyjnych zawsze kusi mnie wspomnieniem dawnej pracy w takim przybytku rozrywki, skusił więc i teraz.
Gra miała mnóstwo świateł i wielkie głośniki, żadnych przycisków, a przed nią była podłoga z pięcioma polami do stawiania na nich stóp. Ekran wyświetlał polecenia, a z głośników płynęła muzyka dyskotekowa. Taneczny automat, a na jego parkiecie zobaczyłem Grację. Tak po prostu. Bogini wcieliła się w postać tańczącej dziewczyny, ale zdradził ją wdzięk jej ruchów. Stałem i gapiłem się, oczarowany, ale czyż można mi się dziwić? Wszak śmiertelnik jest bezsilny wobec uroków tej, która z sobie tylko znanych powodów przybyła z nad Tybru tutaj, nad północne morze, by w niepozornej postaci zwykłej dziewczyny objawić swój powab.
Później wiele razy zaglądałem do tego salonu, ale bogini chyba wróciła do swojej ojczyzny...
Na plaży jest inaczej - pomyślałem patrząc na tyle razy widziane obrazki, ale nie bardzo potrafiłem określić różnicę. Dopiero widok dwojga młodych siedzących ramię w ramię na piasku tuż przy brzegu i gapiących się na morze, przypomniawszy mi odległe lata, pozwolił wyjść myśli ponad przyzwyczajenie. Rozejrzałem się: w mroku zmierzchu wszędzie wokół migały ekrany telefonów i aparatów fotograficznych, flesze błyskały całymi seriami, a z namiotu z piwem, rozsiadłego się nawet tutaj, na plaży, dobiegała głośna muzyka, w sąsiedztwie fal morza potrzebna jak ta dziura w moście. Patrząc na ludzi ustawiających się do zdjęć, albo ustawiających swoje aparaty, ludzi głośno rozmawiających i nawołujących się, przyszła mi do głowy myśl o bezskuteczności ich starań o uwiecznienie chwili: oni będą mieli zdjęcie, tylko zdjęcie, a chwilę łapie tamta para, wspólnie patrząca na zmienny, ruchliwy odblask zachodu na powierzchni morza.

16 sierpnia.
Co jest takiego niezwykłego w bagnach, że przyciągają mnie? - pytam się siebie stojąc na pniu pochyłego, prawie poziomo rosnącego drzewa, konarami podpierającego się o dno bajora z mętną wodą.
Uporczywe, wszędobylskie życie? Czy bagna to dla mnie swoiste współistnienie przeciwności, to symbioza życia i śmierci? A może widzę w nich pierwotną przyrodą nieukształtowaną ręką człowieka?
Kilka małych drzewek, powoje otwierające piękne kielichy kwiatów, kołysząca się kępa wysokich traw bagiennych, jakieś kwiaty chwalące się nie wiadomo komu swoimi kolorami, a to wszystko na zwalonym, wystającym ponad wodę, zielonym od mchu pniu. Niżej, w wodzie, leży zmurszała kłoda drewna, wygląda jak krokodyl oczekujący swojej ofiary; o!, tutaj, te sęki, to jego oczy, a pęknięcie na końcu do złudzenia przypomina półotwartą paszczę potwora. Tuż obok tatarak wznosi swe długie, smukłe liście ku nieruchomo trwającym, nagim gałęziom martwego drzewa. Po stojącej, zarośniętej rzęsą wodzie, biegają przedziwne stwory, a tuż przy mnie, u stóp, mała nornica wychyla się z ziemi i nerwowo rozgląda wokół.
Jak zawsze, tak i dzisiaj nie znajdę przyczyny uroku błot. Jedyna myśl błądząca mi po głowie jest trudna do wyrażenia słowami, jest niejasnym wrażeniem przenoszenia się w odległe czasy naszej ścisłej  zależności od przyrody i panowania tejże Przyrody na ziemi.
Bagna pod Kołobrzegiem. Te same - to moja uporczywa myśl w czasie ich oglądania - które naszemu Bolesławowi i jego wojsku tak dokuczyły tysiąc lat temu, i przez które ponownie musieliśmy się przedzierać wieki później, na przedwiośniu 45 roku.
Po drugiej stronie ścieżki inny świat: na piaszczystych wydmach kwitną i jednocześnie owocują gęste krzaki róż, ponad nimi czerwienieją już głogi, buki obsypują się kulistymi jeżami bukwi, a na piaskowych szczytach rosną sosny, od wiatrów chore na reumatyzm.
A o sto kroków w bok, na brzegu morza, w wodzie po kolana, stoi para pięćdziesięciolatków. Są zwróceni twarzami do siebie i obejmują się ściśle, głęboko, czule, tworząc piękny, ciepły obraz i budząc we mnie zazdrość.
Wszystko: nowe drzewa rosnące na powalonych starych pniach, maleńkie, różowe kwiaty na brzegu rozlewiska, buk czerwony tak opity słońcem, że wydaje się gorący, mała dziewczynka budująca zamki na plaży, łabędź dumnie kroczący wśród ruchliwej gromadki kaczek, morze, dzisiaj koloru czystego granatu i tamci dwoje, to wszystko skąpane jest w jaskrawym świetle letniego słońca tworzącym obrazy, którym już za parę miesięcy, w zimie, nie będę dawał wiary: niezwykłe obrazy lata.

19 sierpnia.
Dzisiaj przechodziłem obok jarzębiny, tej samej, której białe kwitnienie oglądałem w maju; niestety, dłużej już nie mogę udawać, że nie widzę czerwieni jej owoców. Wiem, dziecinna to reakcja, ale takie zdarzają się mi często: otóż broniłem się przed dostrzeżeniem koloru owocowych kiści tego drzewa w nadziei opóźnienia przyjścia końca lata. Jesień zbliża się w zwykłym dla siebie czasie, ale to przeze mnie, ja zawiniłem i jarzębina. Ona ładnym kolorem owoców, ja ich dostrzeżeniem, którym dałem przyzwolenie na przyjście jesieni.
Siedzę przy komputerze, ale przez otwarte drzwi patrzę na drzewa oświetlone zachodzącym słońcem. Blask słońca jest ciepły, coraz cieplejszy i coraz bardziej złocisty, aż w pewnej chwili wznoszenie się barw ustaje, a w moment później cofa się. Blask ciemnieje, zamiera, a ja, jak zawsze w czasie tej magicznej chwili, chciałbym dłoń wyciągnąć i zatrzymać... co właściwie? Słońce, jego blask na zielonej ścianie drzew? Niemożność uczynienia tego, moja bezsilność, wygania mnie na dwór, każe chłonąć każdą chwilę, zapamiętać każdy odcień z tej świetlistej palety barw słonecznych, ale rozprasza mnie szybkość jej przemian i nieuchronność zmierzchu, przeszkadza przyzwyczajenie uniemożliwiające przeżycie chwili zachodu w pełni, do zachłyśnięcia się... co ja piszę? Chciałbym czas zatrzymać w sobie, by móc przeżywać go bez końca, bez czasu, ale to kolejna niemożliwość, tutaj i teraz budząca niepokój, a nawet, bywa i tak, rozdrażnienie, i dopiero gdy znika ostatni ślad słońca na wysokich drzewach, wzbierająca wokół szarość przynosi uspokojenie.

25 sierpnia.
Patrzę na jaskółki próbując uchwycić różnicę w ich lataniu. Bo jest. Ich lot nie zawsze jest tak roztrzepanie zawirowany jak w pełni lata, teraz one jakby próby robiły: ustawiają się pod wiatr i szybują w miejscu, lekko kołysząc się, a mnie wydaje się, że w ten sposób sprawdzają nośność swoich skrzydeł, a może badają wiatry. Myśl o możliwym powodzie takich prób budzi we mnie łagodny żal.

Stoję na krawężniku, rozglądam się, liczę ludzi na chodniku i malwy pod małym domkiem rybaka; zaglądam do wnętrza opustoszałych automatów sprzedających nie wiadomo co, wchodzę do barów i sklepów, rozglądam się po półkach, wychodzę na ulicę i całym ciałem chłonę orzeźwiający chłód sierpniowego przedwieczoru.
Słucham dźwięków bambusowych gongów zawieszonych na ścianie kiosku; grzeję w dłoniach onyksowe bibeloty wyłożone na ladzie ulicznego sklepiku; wchodzę w senne, boczne uliczki, i ponad parkanami zaglądam do wnętrza uroczych ogródków; mijam lampion schowany wśród liści klonu, obserwując chybotliwe przemiany ich barw, zawracam i patrzę jeszcze raz, i jeszcze.
Oglądam książki rozłożone przez ulicznego straganiarza, ale ich treść nie interesuje mnie; dotykam je, jestem tutaj, ale jednocześnie duch mój błądzi uliczkami miasteczka.
Schodzę z oświetlonej promenady na jaśniejącą między drzewami dróżkę, w mrok, między majaczące kontury dużych drzew. Wciągam w płuca haust chłodnego, wilgotnego powietrza o przejmującym, dziwnym zapachu. To zapach zielonej wilgoci, zapach drzew, ale jeszcze coś, co w nieuchwytny sposób kojarzy mi się z latem, zapach tak silnie skupiający w sobie letnie wrażenia, że Lato spodziewałbym się zobaczyć gdzieś tutaj, między sennymi drzewami.

Czego szukam? ...Nie wiem. Chyba po prostu smakuję swoją przedjesienną nostalgię.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz