Moja książka

O wydaniu książki

011216 Od wielu lat błądziła po mojej głowie myśl o wydaniu jakiejś części moich tekstów, ale było tak, jak często u mnie, czyli tak, ...

poniedziałek, 17 marca 2014

Bałagan na półkach z książkami


5 stycznia.
Mam bałagan na półkach z książkami – słyszę wymówkę, i nie potrafię przekonać żony do swego: to niemożliwe, ponieważ obojętnie gdzie i jak leżą książki, nie czynią bałaganu. Tym właśnie różnią się od innych rzeczy w domu... Już dobrze, dobrze, spróbuję zrobić porządek.
"Głębokie gardło" Perkinsa obok książki "Człowiek poszukuje Boga" Świadków Jehowy, za nimi trzy tomiki wierszy Kasprowicza, "Zimorodek" Pseudo - Platona, i "Księga Mormona", wciśnięta mi kiedyś na ulicy Szczecina przez trzech elegancko ubranych panów. Mimo szokująco różnej treści, stoją te książki przytulone do siebie, w pełnej zgodzie, której człowiek mógłby im zazdrościć. Na nich płasko leży ostatni mój nabytek, "Digital Tachograph Training" książka wydana przez Siemensa, z głupio uśmiechającym się do tachografu facetem na okładce. "Przygody Kołatka", ciepła powieść o dawnych czasach czytana z przyjemnością, i to chyba dwa razy, sąsiaduje z jednej strony z Plutarchem, z drugiej z Lemem i dalej z wyborem poezji Horacego, darem dla mnie sprzed dziesiątków lat, wołającym mnie słowami dedykacji i wspomnieniami, ilekroć spojrzę na grzbiet tej książki.
Książki współistnieją spokojnie także mimo różnic w swojej wielkości. Wątłe grubością "Groby Cheronei" Krawczuka stoją ściśnięte pięcioma masywnymi tomami "Kryminalnej historii chrześcijaństwa" Deschnera, a za nimi znowu cienka "Supernowa" J. von Buttlara.
Czarne, płócienne okładki dwóch sporych tomów listów Kafki do Felicji, książek kupionych w wojsku, w Warszawie (w ten sposób zysk z wysokich umiejętności strzelania zamieniłem na książkę nieznanego mi wtedy człowieka, którego słowa o mijaniu się naszych słów z intencjami gdzieś czytałem i zapamiętałem), i przyklejona do nich cienka "Noc wrześniowa" Parandowskiego. Zaraz obok też cienki, ale wystający, bo kwadratowy, powycierany na rogach, tomik wierszy Safony otwiera się na słowach jej zdziwionej skargi:
"Taka wiejska dziewczyna cię oczarowała,
która z wdziękiem nie potrafi unieść sukni ponad kostki?"
Oj, Safono, Safono! Taka wykształcona byłaś, ale facetów nie znałaś. Kobiety na pewno lepiej.
Na górnej półce stoją dwa opasłe tomy: "Europa" Davies'a, i "Ulisses" Joyce'a; gdy patrzę na ich grube, pewne siebie cielska, przychodzi mi do głowy myśl o tym, że jeden z nich rozpycha się na tej półce. Nie stoi sobie spokojnie, jak inne, ale właśnie rozpycha się, a przecież nie ma do tego żadnego prawa, chyba że prawo Kaduka. "Pomóżcie nam zasadzić jabłonkę" Ditfurth'a, "Zew krwi" Londona, i "Stawka na pechowego konia" Umińskiego, kolejnego zapomnianego pisarza. Otwieram Ditrfurth’a:
"Dla świata zwierzęcego i roślinnego człowiek jest wprost szatańską istotą, wyposażoną w przemyślne, niezwykłe moce i oddaje się całkowitej samowoli."
Oj, to prawda, ale jakoś nie mam chęci czytać dalszego wywodu.
Przy grubym tomie historii batalionu “Zośka” stoi cieniutki, ale jakże pełny treści Mynarek: "...doskonały spokój przynosi jedynie tępota lub tępa wegetacja, albo fanatyczne, nietknięte zwątpieniem, bezmyślne zaangażowanie!"
Kartkuję książkę w poszukiwaniu słów jaśniejszych, bardziej optymistycznych, ale znajduję jedynie słowa wyrażające bezlitosną krytykę fundamentalizmu. W końcu trafiam na cytowane przez autora słowa A. Kunzli:
"Bezpieczeństwo nie oznacza wszak pewności, lecz doświadczenie solidarności i ludzkiego ciepła, które pozwala nam znieść bez cierpienia wiedzę o naszej ostatecznej niepewności."
Piętro niżej stoi "Pocałunek trędowatemu" Mauriaca, a przy nim historyjki o szalonych i bezsensownych sposobach wydania milionów, czyli "Złota wanna szejka", dalej sąsiadująca z "Udręką i ekstazą" I. Stone, książki, która swoją brązową okładką z wytłoczeniami przypomina odległe czasy lat osiemdziesiątych, gdy zatargałem do introligatora wypchaną torbę książek bez okładek. Szukam drugiego tomu tej powieści, znajduję go na samym dole, wśród książek o wojnie, między "27 Wołyńską Dywizją Piechoty", a... "Zbiorem zadań z fizyki". Skąd ja mam tę książkę?
Półka uginająca się pod ciężarem dwudziestu tomów encyklopedii geograficznej podparta jest książką płasko leżącą na tomach stojącej niżej encyklopedii Gutenberga; przechylam głowę czytając tytuł: "Sam wyjdę bezbronny" Parnickiego.
Znani i nieznani: Coelho, Waltari, Lem, Exupery - a obok Olbromski, Umiński, Szczygieł, Iwanicki
"Co mi las powiedział" Bratnego. No właśnie, co mi powiedział?
"Zapis powstaje, aby uporządkować to, co się wokół dzieje. Staje się zapisem fabularnym, bo jestem powieściopisarzem." No właśnie, Roman: jest fabularnym zapisem rzeczywistości, dodać trzeba, że zapisem rzeczywistości lat komuny, zapisem aktualnym tylko w Twoim czasie.
W samym kącie, na pół przesłonięta "Twarzą lodowca" Drzeżdżona, mignęła mi, gdy już miałem odchodzić, powycierana, wymęczona książeczka Wiśniewskiego - Snerga "Nagi cel". Stawiam ją w pionie, grzbietem na dłoni, i puszczam okładki, pozwalając otworzyć się w przypadkowym miejscu.
"-Antonio - rozejrzała się wokoło - zapamiętaj tę chwilę.
(...)
-Więc o jakiej chwili mówisz?
-O tej zwyczajnej, jednej z wielu, która teraz obejmuje nas, całuje i odchodzi. (...)
-Dobrze. Będę ją pamiętał. I chyba zrozumiałem, jakie chwile są dla ciebie cenne. Ludzie przechowują w pamięci daty, numery dyplomów, terminy promocji, wspominają śluby i jakieś rocznice, urodziny i pogrzeby, wielkie wydarzenia oraz chwile innych znormalizowanych sukcesów i szablonowych klęsk. Gromadzą to wszystko, co zwyczaje każą im pamiętać, co pasuje do rubryk, co nie złamie trybów liczydeł statystycznych i co nie tworzy ich autentycznego życia. A kiedy u schyłku dnia przychodzi rachmistrz spisowy, oddają to wszystko i zostają z niczym, bo nie mają takich chwil jak my."
Tak potraktowany "Beethoven" Atesa Orga otwiera mi się na słowach jednego ze znajomych wielkiego kompozytora: "Gdy raz zatopił się w nieskończonym świecie dźwięków, całkiem odrywał się od spraw ziemskich; duch jego, zerwawszy wszelkie więzy i zrzuciwszy jarzmo niewoli, wzbijał się w radosnym triumfie ku świetlistym przestrzeniom."
Książka "J.S. Bach" pokazuje mi zdjęcie Claudio Monteverdiego, a myśl, plącząc się i gubiąc, próbuje wyłuskać z pamięci brzmienie jego klawesynu.
Patrzę na rzędy książek, i nie wiem, co ja tutaj mam przestawiać.
Wszystko jest OK: Pindar pisze swoje ody zwycięskie, Mauriac szuka młodzieńca z dawnych lat, Krawczuk ciepłymi barwami maluje starożytne czasy, Ajschylos przepowiada kres szczęścia dla tego, który "strącił zuchwale w proch święte Prawdy ołtarze”; wśród rosochatych dębów Bunsch szepcze mi w ucho opowieść o zdobyciu Kołobrzegu, London wznosi kolejny toast za zdrowie wędrowca na szlaku, a Fiałkowski roztacza wizję baśniowej cywilizacji bez głodu i chłodu.
Tyle wspomnień i skojarzeń! Jedne proste, oczywiste ( "Nostalgia anioła" - i nieznana znajoma internetowa), inne dziwne nawet dla mnie samego - jak odruchowe, natychmiastowe skojarzenie widoku dwutomowej encyklopedii medycznej ze spełnieniem marzenia Arystofanesa o spotkaniu dwóch połówek.
Po co to ruszać?
Zabieram z półki odstawiony tam wczoraj kubek po kawie. Porządki zrobione.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz