Moja książka

Góry Kaczawskie słowem malowane

250619 Miałem okazję poznać świętokrzyskie drogi i tatrzańskie szlaki, przemierzałem łęczyńskie bagna i podlubelskie lasy, spędziłem ki...

poniedziałek, 17 marca 2014

Denaturat i listopadowe smutki gaszone pisaniem


Listopadowa noc.
Wracam z Wrocławia pociągiem. Planowałem pisać, ale w przedziale było zepsute światło. Nie chciało mi się przechodzić do innego, więc siedziałem gapiąc się w okno. Mokra, zimna ciemność. Jakieś obskurne stacyjki oświetlone pojedynczymi lampami rtęciowymi, których upiorne światło zawsze kojarzyło mi się z nocną, męczącą podróżą pociągiem, gdy u celu, z piaskiem w oczach, zmięty, wychodzę na peron chłostany przejmującym wiatrem.
Więc listopad. Na wiosnę, w lecie, myśl o tym miesiącu, tak jak i o kilku następnych, budzi we mnie przekonanie, że tym razem nie przeżyję tej strasznej pory, bo jak żyć w tym ciemnym i szarym świecie? Jak wyjść na dwór, skoro zobaczę tam nagie, czarne drzewa?
Przecież to niemożliwe!
Później, jak co roku, okazuje się być możliwe, bo ten miesiąc jest podstępny, cierpliwy i skrada się do mnie już od końca sierpnia. Jest zakamuflowany, ale widać go w pierwszych żółtych liściach na drzewach, widać go na pustych polach kłujących szczeciną rżyska. On już jest w rannych mgłach, w wieczorach coraz dłuższych, w dniach coraz częściej zapłakanych. Przyzwyczaja mnie do siebie stopniowo, powoli, ale gdzieś tak od początku października nabiera śmiałości i rozpędu, by w końcu tego miesiąca stać się nachalnym i bezwzględnym. Wie, że nic go już nie powstrzyma i może wszystko, więc korzysta z tych możliwości w pełni, a mnie pozostaje jedynie udawanie, że nie widzę go i rozpaczliwe wysiłki znalezienia uroku w tym długim ciągu chmurnych dni.

12 albo 13 listopada.
Trzy godziny przerwy w podróży. Środek nocy, dworzec w Katowicach. Przerwę wykorzystuję dla "zebrania materiałów" do swojego pisania. Z grupką bezdomnych siedzę na pudełku po hamburgerach w ślepym zaułku dworcowego korytarza, ściskając między nogami teczkę, w której mam dokumenty i portfel. Para bezdomnych śpi pod kołdrą wydzielającą odór skisłych na słońcu rzygowin, facet w moim wieku kucnął pod ścianą i drzemie. Pozostała trójka rozmawia popijając denaturat z dwulitrowej, plastikowej butelki, którą chowają pod kołdrą śpiącej pary. Mnie tolerują, bo dałem im pół paczki papierosów i dwa złote.
Patrzę, wącham, słucham. Pytam.
Denaturat rozlewa trzydziestoletnia dziewczyna - pewnie ma nie więcej jak 25 lat. Co chwila całuje się ze swoim chłopakiem. Nagle wstaje, i bluzgając okropnie rzuca się z pięściami na tego drzemiącego pod ścianą. Ten przewraca się nie obudziwszy się nawet, co jeszcze bardziej rozwściecza dziewczynę. Jeden z jej kopniaków trafia leżącego w nos. Ten budzi się, wyciera krew z twarzy i długo ogląda zakrwawione ręce. Z kieszeni wypada mu butelka po pepsi i kilka kilkugroszowych monet. Wyciąga rękę i próbuje pozbierać je. Nim odszedłem, nie udało mu się podnieść z podłogi ani jednej. Chłopak kopiącej, widząc nadchodzący patrol policji, odciąga ją od zakrwawionego. Przeszliby nie zatrzymując się, gdyby nie ta butelka. Jeden z nich bierze ją w dwa palce, odkręca korek, wącha, spogląda na kolegę i wylewa zawartość do kratki ściekowej. Pustą butelkę oddaje siedzącemu na podłodze, który, zajęty monetą, chyba nawet nie zauważa policjantów.
Człowiek - to brzmi dumnie.
Wsłuchuję się w swoje reakcje. Czy czuję się lepszy? Czy oceniam ich lub krytykuję? Bogowie mi świadkami, że nie. Patrząc na nich, przychodzi mi do głowy myśl, że nie oni są temu winni. Że może rację mają ci, którzy widzą nasze życie jako narzuconą nam rolę, którą mamy odegrać. Trzeba trafu, że właśnie im przypadła taka rola, ale równie dobrze mogło być inaczej, i wtedy ja byłbym tym, który próbuje pozbierać swój groszowy majątek z dworcowej posadzki posługując się napuchniętymi dłońmi i wzrokiem porażonym pitymi "wynalazkami".
W pociągu wyciągam palmtopa i piszę. Mam kilka godzin czasu, może mniej, jeśli senność zwycięży. Wyjęcie palma z pokrowca jest odruchem, ale pisanie jest potrzebą.
Mówię o pisaniu przez kilka godzin, ale przecież tak naprawdę pisania może być tyle, ile czasu spędzonego nad palmem, gdy piszę list, chociaż i wtedy nierzadkie są chwile bądź to zamyślenia, bądź po prostu próby ułożenia w słowa tego, co chciałbym wyrazić. Jeśli wracam do swoich własnych tekstów, owo “pisanie” staje się głównie niepewnością, rozmyślaniem, zwątpieniem - zwłaszcza nim! Zwątpieniem we wszystko: w sens tego pisania, w jego wartość, zwątpieniem w siebie i widzeniem siebie jako ostatniej osoby, która winna brać się za pisanie. Właśnie tak! To pisanie bywa ostatnim dnem zwątpienia i zniechęcenia. “Pisanie” to czytanie napisanego, poprawianie, a w końcu wykasowanie, bo i tak bywa. To na swój specyficzny sposób może i cięższa praca od codziennego wstawania i wychodzenia w noc ciemną do pracy fizycznej. Po cóż więc to robię? Bo i radości daje, a chwilami nawet euforię. Radość tego rzadkiego rodzaju, jaką jest radość tworzenia i obcowania ze słowem.
Słowa! Ledwie trzydzieści liter, a tworzą one wielką ilość słów, które ułożyć można na nieskończoną ilość sposobów i wyrazić nimi wszystko. Każdy odcień ludzkich uczuć – od ostatniej niegodziwości, do najwznioślejszej miłości; każdą barwę świata – od ostatniej jego brzydoty, do siedmiu jego cudów. Niemożliwe? Ależ nie!, co potwierdza istnienie literatury – tej naprawdę pięknej. Trudne? Ależ tak!, nawet bardzo, trudne jest jak każde tworzenie, ale właśnie w niej, w trudności, mieści się źródło tej jedynej radości. Pisanie bywa formą przeżywania świata raz jeszcze, wydobywaniem z wnętrza siebie wrażeń niezauważonych bądź niedocenionych, ale może też stać się tworzeniem nowego świata, tego, który staje się dla piszącego w najpełniejszy sposób jego światem. Pisanie bywa treścią życia, pragnieniem, niemożliwą do nazwania i do zaspokojenia potrzebą, nigdzie indziej niemożliwym spełnieniem, a zawsze jest pasją. Pisać! Ileż to razy słyszałem w ostatnich latach ten tajemniczy głos w sobie. Pisać! Nic nie jest ważniejsze ponad dotyk klawiszy opuszkami palców i zanurzenie się w bezkresnym świecie słów. To forma przymusu, któremu poddaję się z przyjemnością.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz