Moja książka

O wydaniu książki

011216 Od wielu lat błądziła po mojej głowie myśl o wydaniu jakiejś części moich tekstów, ale było tak, jak często u mnie, czyli tak, ...

poniedziałek, 17 marca 2014

O mojej mirabelce i o pragnieniu oczarowania


8 kwietnia.
Brudny, zagracony korytarz w budynku magazynowym kończy się klatką schodową i małym oknem tuż przy podłodze. Przez jego brudną szybę widać skrawek dzikiego, zaniedbanego trawnika, betonowy parkan, rozrzucone śmieci, puszki i butelki. A tuż przy ścianie tego nie oglądanego przez nikogo zakamarku rośnie drzewko. Mała mirabelka. Wczoraj zobaczyła mnie, przechodzącego obok okna, i wychylając parę swoich gałązek aż do szyby, pokazała mi pierwsze swoje białe kwiaty. Biedna mirabelka. Stoi tam sama, wśród śmieci i betonu, zapomniana przez wszystkich, może nawet i przez pszczoły, ale mimo tego smutnego losu, każdego kwietnia stroi się w swoją piękną, białą suknię wiosenną i czeka, jeśli nie na oblubieńca, to może chociaż na chwilę mojego podziwu, którą daję jej zatrzymując się przy oknie, i patrząc na jej małe, krótkotrwałe i nieoglądane przez nikogo piękno...
Wiem, bajdurzę, ale chciałbym, aby ona właśnie dla mnie zakwitała.
Późniejszy dopisek.
Nie było mnie w bazie kilka miesięcy, a gdy przyjechałem, nie znalazłem już mojej mirabelki. Została wycięta, bo jakoby śmieciła swoimi liśćmi. Puste okno wygląda strasznie, jak czarna dziura sięgająca Hadesu. Stałem z opuszczonymi rękoma patrząc na puste okno i czułem żal oraz złość.

28 kwietnia.
Po jedenastu godzinach pracy w warsztacie najchętniej siadłbym w fotelu i nie wstawał do wieczora, ale dzisiaj, jak przez cały ten wyjątkowy kwiecień, jestem rozdwojony w swoich chęciach. Czuję niepokój i mam wrażenie straty, gdy przez okno pokoju widzę niebo błękitne i drzewa zielone. Słońce i myśl o kwitnących bzach wygoniły mnie na dwór; poszedłem wiedząc, że w chmurne dni będę żałować siedzenia pod dachem.
Wysoka ściana bzu pod lasem zanurzona była w ciepłym, późnopołudniowym słońcu, otoczona swoim zapachem i buczeniem pękatych bąków, a nad nią, wysokimi tarasami, niczym ogrody Semiramidy, wspinały się konary kasztanowca, dumnie trzymającego kiście swoich w pełni już rozwiniętych kwiatów. Nisko, tuż przy ziemi, rosły jakieś chwasty, przy tamtych wysokich pięknościach nieśmiało pokazujące swoje zwykłe, nieurodne, seledynowe kwitnienie. Ujęty ich skromnością pochyliłem się, mając nadzieję znalezienia ich własnego piękna i pocieszenia ich w ten sposób, ale nie udało mi się; nie wiem, jak one kuszą pszczoły.
Gdy odchodziłem, zerwałem parę gałązek - na bukiet do pokoju, obok ciągle żywych, jasno zielonych gałązek modrzewia zerwanych w niedzielę. Dzisiaj, jak od wielu, wielu lat, w czasie zrywania kwiatów poczułem coś podobnego do wyrzutu, jakbym czyn naganny robił, taki, który należy ukrywać. Pewnie dlatego rozglądałem się wokół łamiąc gałązki bzu - sprawdzając, czy aby nikt mnie nie widzi; wszak skazywałem te kwiaty na szybką zagładę.

Wcale nie jest ze mną tak ładnie - marzycielsko, jak można by sądzić po ostatnich dopiskach. Jest trudniej i w ogóle jakoś tak... przeraźliwie prozaicznie. Chodzi mi o silną skłonność do traktowania jako normalne tych pięknych dni najbardziej słonecznego kwietnia ze wszystkich pamiętanych.
Co raz łapię się na przykrych, bo najbanalniejszych, stwierdzeniach: a, tak, świeci słońce, jak wczoraj i tydzień temu.... No tak, magnolie już przekwitły - stwierdzam po podniesieniu głowy, ale myśl ta, te widoki, nie znajdują we mnie takiego odbicia, na jakie zasługują, a nade wszystko takiego, jakiego chciałbym dla siebie. Chciałbym... czego właściwie? Czy nie wiecznego zachłyśnięcia? Ciągłego oczarowania? Tak, właśnie tego chciałbym! Dlaczego nie jest to możliwe do spełnienia, skoro możliwa jest do odczucia taka potrzeba? To nie moja wina, że człowiekowi mało jednego cudu, że on chce odczuwać cudowność na co dzień - wespół z wiecznym oczarowaniem.
Dwa niemożliwe do spełnienia marzenia.

13 maja.
Kilka dni temu byłem w odwiedzinach u starego, bardzo rozłożystego dębu. Gdy wszystkie wokół drzewa stały już zielone, on jeden spał jeszcze snem zimowym, a obudził się, staruch jeden, dopiero w te dni ostatnie, i teraz nieśpiesznie prostuje swoje liście. Mierzyłem wysięg jego największego konaru: sięga nim 18 metrów od pnia. Odwiedziłem też, jak niemal codziennie w te dni, krzak głogu rosnący przy polnej drodze biegnącej brzegiem lasu. Stoi sobie biało ustrojony, roztaczając wokół słodką, miłą woń swoich kwiatów. Wydaje mi się, że tajemnica uroku jego kwitnienia zawarta jest w wyjątkowo pięknym nabrzmiewaniu pąków kwiatowych; one bardziej przyciągają wzrok, niż kwiaty w pełni rozwinięte. Są obietnicą i tajemnicą - wiecznie kuszącą, wiecznie świeżą, nie pamiętającą o tylu swoich odsłonach. Te pąki są jak kobieta dłońmi kryjąca piersi, a zgięciem uda łono: jest piękniejsza i bardziej kusząca od tej, która nic już nie ukrywa.
Natomiast mak, tak urokliwie wyglądający w łanie zboża, a nawet w przydrożnym rowie lub na nieużytkach, już z daleka wołający mnie swoją niesamowicie nasyconą czerwienią, z bliska wiele traci. Z całej urody tylko ten kolor mu zostaje. Jednak wystarczy odwrócić się po odejściu i spojrzeć na niego z oddali, by znowu widzieć piękną, wołającą do mnie, krwistą czerwień.
Tuż przed zachodem słońca wyszedłem na dwór. Słońce, czyste i wielkie, czerwono-złociste, dotykało już horyzontu. Poczułem, jak tyle już razy, pragnienie zatrzymania go, ale dzisiaj także pójścia do niego; w dziwnym odruchu zrobiłem kilka kroków ku niemu, i uświadamiając sobie swój odruch - zatrzymałem się. Podobała mi się ta chwilowa droga ku słońcu, chociaż później moja techniczna paskuda podszeptywała mi w ucho, śmiejąc się ze mnie, o odległości ośmiu minut światła do słońca.



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz