Moja książka

O wydaniu książki

011216 Od wielu lat błądziła po mojej głowie myśl o wydaniu jakiejś części moich tekstów, ale było tak, jak często u mnie, czyli tak, ...

niedziela, 16 marca 2014

Góry Kaczawskie. Złoty Strumień i śniegowe rzeźby

Dzień dwudziesty drugi, marzec.
Wieś Posępsko, Pasternik, wieś Bystrzyca, Złoty Strumień, Folwarczna nad Bobrem, zbocza Buczyńca, Księżej Góry, Sołtysiej Czuby i Szklarki, powrót do Posępska.

Gdy wyszedłem na garb odkrytego wzniesienia, mroźny wiatr rozpędzony na rozległej łące uderzył we mnie pozbawiając na chwilę oddechu. Naciągnąłem kaptur na głowę, kije wsadziłem pod pachę, a zmarznięte palce wysunąłem z palców grubych rękawic i zacisnąłem w pięści dla ogrzania ich. Wiosna obiecała przyjść do mnie 21 marca, trzy dni temu. Obiecała mi!
Ech, nie można wierzyć kobietom!
Chociaż przyznać mi trzeba, że Eos nie zawiodła mnie dzisiaj. Obudziła się już około piątej, pokazując mały na początek rąbek swojego peplosu: zrazu był tylko niewielkim rozjaśnieniem granatowego nieboskłonu, później stopniowo jaśniejącym pośrodku błękitem, podczas gdy krańce stroju barwiły się kolorami róż – od jaśniutkiej jak kwitnąca magnolia, po ciemną na skraju, by dalej niedostrzegalnie przejść w fiolet i rozpłynąć się w nocnym niebie. Jaśniało coraz bardziej: przez chwilę Eos chwaliła się intensywną barwą szafranu, do którego bogini dodawała coraz więcej jasnej żółci podobnej do koloru wrześniowych liści miłorzębów, by zaraz przemienić żółcie w płonące, jasne złoto, a te rozlewać coraz bardziej po niebie, już nie granatowym, a błękitniejącym, oczekującym słońca. Po chwili zobaczyłem je między czarnymi stokami wzgórz, od razu jasne i silne. Nie zdążyłem pożegnać Eos, nie wiem kiedy znowu zobaczę ją tak jasną, czystą i piękną, bo i ona, jak Wiosna, jest nieprzewidywalna.
Miałem nie jechać dzisiaj. Miałem długo spać, grzać się w ciepłym pokoju, pić kawę i czytać – słowem: lenić się, ale gdy zobaczyłem pełne i uśmiechnięte słońce na stronach prognozujących pogodę, wiedziałem, że nie wysiedzę pod dachem. Pojechałem w mroźną, zimową noc; gdzieś pod Legnicą zobaczyłem termometr, a na nim –17 stopni. Mój staruszek ford nie przestraszył się mrozu – ciepło pomyślałem o swoim samochodzie.
 Wyposażenie zabrałem typowo zimowe: ciężkie buty klasy BC, dwie pary grubych skarpetek, dwa swetry i dwie bluzy z polaru, oraz dwa litry herbaty z sokiem malinowym; bardzo przydał się kaptur wiatrówki, bez którego chyba straciłbym uszy mimo naciągniętej nań czapki.
Początek trasy wyznaczyłem sobie w Posępsku, małej wiosce na zachód od Rząśnika; przed siódmą, w jasny, słoneczny ranek, poszedłem szukać pierwszego mojego celu, źródła Złotego Strumienia pod Bystrzycą. Nim doszedłem do wioski, niechcący, pomyliwszy odgałęzienia leśnych duktów, odwiedziłem Pasternik, a ten w nagrodę pokazał mi ze swojego grzbietu ładny widok doliny Wlenia; stałem tam sycąc oczy widokami i słońcem - wystarczy niebo błękitne i nasza gwiazda, aby świat widzieć ciekawszym i piękniejszym, a w sobie czuć radość.




Mapa okazała się dość dokładna – źródło strumienia odnalazłem dokładnie tam, gdzie powinien być: w środku rozległego pola, przy zaczynającej się tam nitce drzew i krzewów ocieniających strumyk. Zrobiłem tam przerwę śniadaniową: piłem gorącą herbatę słuchając chłodnego szmeru wody – ciekawe połączenie wrażeń. Gęsto rosnące drzewa i strome brzegi strumienia meandrującego od pierwszych swoich chwil, tworzyły kontrast z otwartą przestrzenią pól widocznych między drzewami; kolejny kontrast był wyobrażeniem letniej chwili: tutaj cień i miły chłód pogłębiany szmerem wody, a o parę kroków nagrzane słońcem połacie zielonych pól lub łąk kolorowych kwiatami i motylami.
Przeszedłem brzegiem strumienia całą jego długość, aż do rozlewiska przy ujściu do Bobru; ładna to była droga. Ładna widokami stromych zboczy opadających do strumienia, jego meandrami, ale i tym złotym czarem, jaki roztacza wokół siebie swoją nazwą i przeszłością: na mojej mapie okolica strumienia nosi nazwę Nadbobrzańskiego Klondike. Co prawda nie zauważyłem złotych samorodków w wodzie, mimo uważnego patrzenia, ale przecież one tam były, na pewno były. Złoty piasek też nigdzie nie zabłysł w słońcu, ale mam jeszcze w odwodzie zaznaczoną na mapie starą kopalnię, to kopalnia złota, jak myślę; kiedyś odnajdę ją, ukrytą w lesie, a w niej znajdę złotą żyłę przegapioną przez wszystkich.
Ledwie kilometr w dół Bobru wznosi się Folwarczna, druga góra tej nazwy w Kaczawskich, z Agatową Skałą – jakżeby nie pójść tam, zwłaszcza, że w pobliżu miała też być jakaś wiekowa budowla. Skałę znalazłem, co prawda bez agatów, ale okazałą, czyniącą wrażenie, ale budowli nie znalazłem. Do Bystrzycy wracałem polami i łąkami, przy pomocy mapy wybierając kierunek marszu otwartymi przestrzeniami, idąc, jak to ostatnio mam w zwyczaju, bezdrożami.
Na północ od wioski, na stokach Buczyńca i Księżej Góry, znalazłem urokliwe miejsca, które na pewno jeszcze odwiedzę. Minąwszy Bystrzycę szwendałem się na zachód od niej, między wzgórzami Sołtysia Kopa, Szklarka i Szeroka. Właściwie niemal wszędzie gdzie zawędruję, obiecuję sobie wrócić tam jeszcze - właśnie dla uroku tych miejsc.




Na rozległych, łagodnych stokach wzgórz, łąki były zastygłym morzem drobnych fal zbitego śniegu, ponad które tu i ówdzie wystawały pojedyncze źdźbła żółtych traw; moje ślady wydawały się być tam nie na miejscu, były brutalnym wtargnięciem niszczącym idealną powtarzalność i symetrię zmarszczek powierzchni śniegu.


W miejscach nasłonecznionych i osłoniętych od wiatru, Natura tworzyła delikatne i skomplikowane płaskorzeźby w cienkich taflach lodu płasko zawieszonych tuż nad śniegiem; niektóre podobne były do serwetek robionych szydełkiem przez moją matkę, serwetek pełnych kwiatów lub symetrycznych wzorów upodabniających je do płatków śniegu. Tamte były białe i miękkie, te szklane i chrzęszczące pod butami.
Jakaś bezimienna przełęcz na stoku Sołtysiej Czuby otworzyła mi wyrazisty, odległy i urozmaicony widok Sądreckich Wzgórz, zza których wychylały się wyższe szczyty sokołowskie. Otworzyła też drogę wiatrom, które pędząc pod górę po wschodnim stoku, na siodle przełęczy rzeźbiły w twardym śniegu góry o fantazyjnych kształtach: dzikie wąwozy o warstwowej budowie zboczy, wydmowe wzniesienia, nawisy cudem trzymające równowagę, a nawet mosty śnieżne delikatne niczym Delikate Arch. Gnany lodowatym wiatrem, suchy i drobny śnieg wydawał ledwie słyszalny szmer; nieco wyżej śnieżne tumany, trafione uderzeniem wiatrów, skręcały się w małe, ruchliwe trąby i gnały dalej, lub tracąc siły opadały na łąkę lodowym pyłem.


Stałem tam, chłostany mroźnym wiatrem, i z przyjemnością patrzyłem na te zimowe igraszki Natury – w trzecim dniu wiosny której nie ma. Gdy to uświadomiłem sobie, poczułem irracjonalną niechęć do zimy i do tych jej śnieżnych dzieł; dziwne bywają ludzkie odczucia.
W drodze powrotnej szedłem przez Małą Bystrzycę, miejsce z dwoma domami stojącymi nad stromym brzegu strumienia, daleko od szosy. W zimie można tam dojechać tylko terenowym samochodem, albo piechotą idąc ponad kilometr ścieżką od Bystrzycy.
Przy samochodzie rozmawiałem z mieszkańcem Posępska, wyraził swoje zdziwienie, gdy zapytany o cel przyjazdu odpowiedziałem, że lubię włóczyć się po Górach Kaczawskich.
-Kaczawskie są tam. – pokazał ręką na wschodni horyzont twierdząc, iż jego wioska nie leży w tych górach. Nie wyprowadzałem go z błędu.
Powiedział mi też, jak trafić do zamieszkałej przez nietoperze jaskini na stoku Szerokiej. Było już zbyt późno aby iść tam od razu, ale na pewno pójdę tam w przyszłości.
Pójdę, bo odkąd przestałem trzymać się szlaków i oznaczonych dróg, całe Góry Kaczawskie otworzyły się przede mną ukazując ogromną ilość miejsc wartych poznania i niemal nieograniczoną ilość własnych szlaków do przejścia.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz