Moja książka

Góry Kaczawskie słowem malowane

250619 Miałem okazję poznać świętokrzyskie drogi i tatrzańskie szlaki, przemierzałem łęczyńskie bagna i podlubelskie lasy, spędziłem ki...

piątek, 28 marca 2014

Góry Kaczawskie. Wśród wąwozów

Trzydziesty drugi dzień włóczęgi, styczeń.
Wieś Lipa, Wąwóz Lipa, Nowa Wieś Wielka, Storczykowe Wzgórze, Nowowiejski Wąwóz, Wąwóz Siedmica, Wąwóz Grobla, wsie Grobla, Jastrowiec i Lipa.

Z licznych wąwozów między Myśliborzem a Lipą znam tylko część jednego – może więc pojechać tam? Pojechałem i przeszedłem cztery wąwozy.
Dzień był chmurny, silny wiatr niósł ostre drobiny zmarzniętego śniegu kłującego twarz, słońca nawet śladu, ale taka pogoda pasowała do mojej trasy: dodawała uroku otoczeniu czyniąc je bardziej dzikim, bardziej pierwotnym, a mnie przenosząc gdzieś bardzo daleko od ludzkich siedzib – w jakąś mityczną i pierwotną krainę.
Idąc od wsi Lipa niebieskim szlakiem przez Wąwozu Lipa, wyszedłem na skraju Nowej Wsi Wielkiej, na wprost nowych, bogatych zabudowań. Pustych jeszcze, ale budowanych jakby z myślą o koniach i na pewno bez zbytniej oszczędności pieniędzy. W kaczawskich wsiach wiele widziałem ładnie odrestaurowanych budowli, albo nowych siedzib ludzi bogatych; cieszy mnie to, bo widok ruin, rozlatujących się murów w których ludzie rodzili się, żyli i umierali, jest bardzo przygnębiający. Poza tym nierzadko przychodzi mi do głowy myśl o gorszym od poprzedników naszym gospodarzeniu na tych terenach, a te wszystkie nowe, na ogół ładne i wesołe budowle, zadają kłam tym moim myślom i dobrze wróżą przyszłości tych ziem.

Obok tych zabudowań – wracam na drogę – zobaczyłem tablicę szlaków, a na niej wiadomość którą przeoczyłem oglądając mapę: o 20 minut drogi stąd jest Storczykowe Wzgórze. Czyż mogłem ominąć wzniesienie o tak ładnej nazwie? Przecież nie mogłem, więc poszedłem. Wzgórze jest niewielkie i niczym nie wyróżniające się, przynajmniej teraz, gdy trudno o kwitnące storczyki. Z łagodnych stoków rozciągają się widoki na pofałdowane pola wokół i lasy nad bliskimi wąwozami. Idąc tutaj zostawiłem niebieski szlak, poszedłem więc na jego spotkanie w pobliżu wąwozu dróżką zaczynającą się przy wzgórzu, jedną z tysięcy urokliwych dróżek kaczawskich. Czarodziejskich także, bo nieodmiennie budzących we mnie nienasycone pragnienie wędrówania nimi, oraz radość i jednocześnie dziwną, nostalgiczną tęsknotę. Coraz częściej marzy mi się zmiana w moim wędrowaniu: chciałbym chodzić gdzie drogi mnie zaprowadzą, rozbijać namiot gdy dzień się skończy, a rano iść dalej nie będąc związany lokalizacją samochodu i koniecznością wieczornego powrotu.
Wszedłem w Wąwóz Nowowiejski, przeszedłem go do końca i zawróciłem po śladach, by idąc kolejnymi wąwozami dojść do wsi Grobla – cały czas zielonym szlakiem.

Dnem tych wąwozów płynie strumień, Młynówka, zataczając się od jednej do drugiej ściany wąwozu, miejscami wąskiego i stromego, a szlak, wybierając dogodne przejścia, wiedzie chwilę jednym, chwile drugim brzegiem. Oczywiście żadnego mostku, a strumień miejscami ma ponad dwa metry szerokości. Wiele razy przechodziłem go po kamieniach, mając okazję sprawdzenia swojego zmysłu równowagi i odporności obuwia na wodę; buty zdały egzamin, a w utrzymywaniu równowagi bardzo przydawały się kije. Chyba po raz pierwszy w życiu dane mi było przechodzić nad strumieniem po zwalonym drzewie. Szary las pod burym niebem, czarno-zielone omszałe skały, liczne drzewa leżące w poprzek drogi, a miejscami całe ich zwaliska które trzeba było omijać lub przełazić przez oślizłe pnie, głęboki półmrok pod świerkami. Dzikość. Górą ganiał wiatr wyginający wierzchołki drzew, jakby chciał sprawdzić które z nich może jeszcze wywrócić, w dole uchował się spokój podkreślany szmerem strumienia omywającego kamienie i korzenie.

Idąc Wąwozem Siedmickim widzi się nagle wielki głaz, skałę, która ścianą wielkości kamienicy zagradza wąwóz. Pojawia się myśl o niemożności przejścia tamtędy, a nawet o zatamowaniu strumienia. Gdy podejdzie się bliżej, skała jednak odsuwa się na bok robiąc nam przejście. Przelazłem na drugą stronę grubaśnego pnia świerku leżącego na ścieżce i zobaczyłem kamienne schody po drugiej stronie strumienia. Więc to nie skała a… zamek? Zapomniana przez wszystkich warownia zbójników? Przeszedłem na drugi brzeg strumienia i zadarłem głowę: to była skała, nie zamek:( Czarna, poszarpana, niepokojąca, wysoka, dzika i mroczna pod mrocznym niebem. Po prostu piękna, a nazywa się Zbójecki Zamek. Miejsce warte zobaczenia. Informacja dla wygodnych lub mających mało czasu: jadąc drogą z Jaworu do Lipy, przy skrzyżowaniu z drogą do Nowej Wsi Wielkiej i jednocześnie przy Storczykowym Wzgórzu, znajdzie się miejsce na bezpieczne zaparkowanie samochodu; stamtąd zaznaczoną na mapie drogą (którą i ja szedłem) w pół godziny dojdzie się do tych skał.

Z wąwozu wychodzi się w Siedmicy, wiosce zagubionej wśród lasów i mającej parę ledwie domów (wśród nich ładna willa); według mapy po drugiej stronie szosy w lesie rośnie pomnikowy dąb - nie znalazłem go, ale dalej przechodziłem obok kępy naprawdę imponujących modrzewi. Stoją teraz szare, zimowe, ale wyobraźnia podsuwa mi ich obraz wiosną, gdy stroją się tą wyjątkową, delikatną zielenią swoich młodych igieł i buraczkowych szyszek.
Gdzieś tam siedziałem na ławie, przy stole ustawionym pod dachem, w jednym z kilku takich miejsc na szlaku wąwozów; piłem herbatę z sokiem malinowym, mój ulubiony napój w czasie zimowych wędrówek, i gapiłem się wokół. Obok rosła brzoza, mała była, krzywa i rachityczna, jakaś taka niewydarzona, a na dokładkę obcięto jej jeden z głównych konarów, chyba przeszkadzał przy budowie tego miejsca odpoczynku. Nie pożyje długo to drzewo – pomyślało mi się – i wtedy wspomniałem widzianą wcześniej kępkę maleńkich świerków rosnących na próchniejącym pniu zwalonego olbrzyma. Im też długie życie w tamtym miejscu nie może być pisane, ale i one, i ta brzoza, żyją póki mogą. Dostrzegłem wtedy coś, co zdziwiło mnie samego: podobieństwo między ludźmi a tymi drzewami - ponad wszystkie tak liczne i znaczące różnice. Podobieństwo w dążeniu do życia mimo wszystko. Żyć, niechby krótko i w trudzie.
Bywa, że w pędzie naszych dni przychodzi chwila, w której czuje się znużenie codziennością i naszym otoczeniem; czuje się, iż pogmatwane i sztuczne relacje międzyludzkie ukształtowane w mrowisku społeczeństwa technicznego rządzonego przez zysk, odzierają z sensu i celu, czyli z radości. Oddalając się od szosy, od cywilizacji, jakbym się cofał w czasie, a takie miejsca jak te lasy i wzgórza wokół, były przez krocie tysiącleci domem dla moich odległych przodków. Czy w takim razie moje wędrówki są powrotami do źródeł? Nie wiem, czuję jednak tajemnicze przyciąganie tych skał tkwiących tutaj przez tysiąclecia, ziemi rozciągniętej po horyzont, i drzew – przewracających się i odradzających, zmieniających się, ale przecież wiecznych na sposób istot żywych.
Ech, zaczynam filozofować, pójdę dalej.
Dalej był brzydki las, dużo w nim rośnie olsz, a urody w tych drzewach wiele nie ma, zwłaszcza zimą. Wcześniej, na początku mojego dzisiejszego wędrowania, przechodziłem pięknym lasem, mimo iż zimowym, czyli szarym i nagim; dużo tam było dębów, sporo grabów, drzew zawsze ładnych, nawet w zimie, trafiały się oczywiście drzewa prawdziwie górskie – jawory, które czynią na mnie duże wrażenie. Bardzo chciałbym przejść ten szlak raz jeszcze, późną wiosną lub w lecie, albo wczesną jesienią, pod bajecznymi baldachimami kolorowych koron tych drzew.
Zgodnie z planem we wsi Grobla zacząłem powrót skręciwszy w polną drogę, która według mapy prowadziła niemal prostą linią do wsi Jastrowiec. O dziwo droga była dokładnie tam, gdzie według mapy być powinna. Piękna droga. 




Szedłem nią odczuwając radość wędrowania. Po prawej bliskie lasy porastające wąwozy, za mną, nad Groblą, wznosiły się wzgórza, wśród nich Grabową, a przede mną, daleko, na skraju horyzontu i rozległych pól, ciemniały lasy porastające rozległy masyw Żeleźniaka i Dłużca. Po lewej, blisko, stało niewielkie samotne wzgórze wśród pól. Przyciągało wzrok. Szubieniczna – przeczytałem na mapie. Dziwna nazwa. Nie można było nazwać tego ładnego wzgórza inaczej? 


Wspomniałem Storczykowe Wzgórze, brzydsze od tego, ale dzięki magii swojego imienia wołające wędrowca. W pobliżu tego wzgórza usiadłem na miedzy, piłem herbatę i patrzyłem na drogę wybiegającą zza horyzontu, mijającą mnie i biegnącą ku odległym wzgórzom. Przysiągłbym, że w nieruchomym pędzie, w lekkich zakrętach, widzę jej uśmiech. Uśmiechnąłem się w odpowiedzi.
A później ta droga zostawiła mnie samego na polu, jak tyle innych jej sióstr: po prostu skończyła się na brzegu pola. Poszedłem na przełaj kierując się słońcem, później widocznymi w oddali domami Jastrowca. Czułem zmęczenie, wybłocone buty ciążyły. Dla ułatwienia ostatnie dwa kilometry przeszedłem szosą, do samochodu dochodząc po ponad dziewięciu godzinach wędrowania.

2 komentarze:

  1. Interesujący opis. Jeśli chodzi o nazwę "Szubieniczna" czyli niemiecki Galgenberg to pochodzi ona z dawnych wieków gdy wieś Pogwizdów miała prawo do sądzenia niektórych przestępstw i wymierzania sprawiedliwości m.in. poprzez wieszanie. Wzniesionotu bodaj w XVII wieku szubienicę.Obecnie na środku wzgórza jest drewniana chatka zbudowana przez właściciela gruntu (nieużytek), która jest otwarta i można tam odpocząć. Chatkę zamieszkują chętnie popielice. Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję. Nie wiedziałem o chatce na Szubienicznej. Jeśli drogi zaprowadzą mnie tam raz jeszcze, obejrzę domek.
      Po jakimś czasie wróciłem w tamte strony, chcąc odnaleźć drogę, która tamtego dnia skończyła się w polu. Zgodnie z mapą łączy ona wsie Grobla i Jastrowiec. Nie znalazłszy uznałem, że bliżej Jastrowca droga została zaorana. Nie mam jej. Później poznałem inne drogi niknące w polu, albo wśród drzew.

      Usuń