Moja książka

Góry Kaczawskie słowem malowane

250619 Miałem okazję poznać świętokrzyskie drogi i tatrzańskie szlaki, przemierzałem łęczyńskie bagna i podlubelskie lasy, spędziłem ki...

poniedziałek, 17 marca 2014

O kształtach kwiatów


16 kwietnia.
Jestem w domu. Duże okno pokoju świeci słonecznym blaskiem wpuszczanym do wnętrza, i poprzez jego przestrzeń zasiedloną drgającymi drobinkami kurzu, jaskrawo oświetla regał z książkami. Moja ręka trzymająca książkę też jest jaskrawo oświetlona, podkreślone są na niej linie zmarszczek z błyszczącymi, jakby szklanymi, włoskami zarostu. Na pofałdowanym materiale spodni słońce kreśli zawiłe linie granicy blasku i cienia; w płaskim, prawie równoległym świetle, strona otwartej książki pokazuje swoją chropawą fakturę miniaturowych gór, po których kręte wężyki czarnych dróg pną się na strome szczyty i spadają w maleńkie doliny, układając się w litery i słowa wprowadzające mnie w świat wielkich szczytów myśli.
Słońce, wiosna i M. Proust.

2 maja.
W tym tygodniu wyjątkowo pracuję w warsztacie, w bazie, a że zaczynam wcześnie, popołudnie mam wolne. Co za rozpusta! Maj, o którego urodzie zapewniają mnie drgające w słońcu liście drzewa tuż przy oknie mojego zimowego pokoju; drzewa, które przez tyle zim oglądałem nagie i brzydkie, a które dopiero minionej jesieni, w czasie jednego z tych nielicznych słonecznych dni październikowych, pokazując mi swoje ostatnie liście pod błękitnym niebem, uświadomiło mi niesprawiedliwość mojej oceny. W tamtej chwili, siedząc w swoim fotelu i patrząc przez małe, górne okienka pokoju na resztki letniej urody drzewa, na te nieliczne, na pół już zwiędłe liście, które w promieniach słońca, na tle jasnego nieba, na chwilę odzyskały swój zwykły urok, pomyślałem o starzejącej się kobiecie pieczołowicie dbającej o ostatnie ślady swojej urody; dostrzegłem wtedy i doceniłem jej starania. Dzisiaj to samo drzewo pyszni się swoją wiosenną urodą nie pamiętając o jesieni i o swoim przeszłym pochylaniu się nad ostatnimi liśćmi, teraz wydaje się być młodą dziewczyną która myśli, że kiedyś była dzieckiem, ale już dorosła i taką zostanie. Teraz to drzewo jest piękniejsze, ale jesienią było mi bliższe.
Wolne popołudnie, więc las! Szedłem tak dobrze mi znaną z zimowych spacerów dróżką, a tak dzisiaj uroczo odmienioną słońcem, dróżką biegnącą granicą dwóch światów - pól z dalekim horyzontem ściganym wiatrem i moim wzrokiem, i lasu z jego bogactwem zapachów, kształtów, kolorów i dźwięków; szedłem, gdy wzrok musnął jakiś krzew, minął go, i zaraz wrócił kierowany niejasnym skojarzeniem. Gałązki obsypane tysiącami białych, kulistych, ślicznych pąków kwiatowych, charakterystyczne, głęboko wcięte liście. Głóg. Dotknąłem gałązki, i zaraz pamięć podsunęła mi obraz Prousta stojącego przy krzaku różanym i skubiącego swój wąs w scenie opisanej przez Reynaldo Hahna; ręka w jakimś dziwnym odruchu powędrowała do twarzy, ale nie natrafiając na wąsy – opadła. Chcąc popatrzeć na krzew i posłuchać siebie, usiadłem na kamieniu tuż obok głogu, ale nie miałem spokoju, bo przysiadły się do mnie komary, a machając rękoma nie potrafię wsłuchiwać się w swoje myśli. Poszedłem dalej.
Bez okularów zobaczyłem te kwiaty jako niewyraźne, białe punkciki, i dopiero gdy kucnąłem przy nich z okularami na nosie, zobaczyłem całą ich urodę. Prawie zawsze pochylam się nad kwiatami, i to nie ze względu na wzrok, a na zmianę perspektywy: widzi się je inaczej, lepiej, jakby z pozycji kwiatów właśnie, albo małego dziecka. Nie miałem pojęcia o nazwie tych kwiatów, były z tych bezimiennych, maleńkich kwiatków, które w dziesiątkach gatunków rosną wszędzie, i jeśli tylko zechce się je zauważyć, odwdzięczą się szczodrze pokazując nam królewską urodę swojego kwitnienia. Te miały po pięć białych płatków, a każdy z nich był głęboko nacięty, jakby to były dwa bliźniaki przytulone do siebie; wzdłuż płatków biegł ciemniejszy deseń - szybkie a pewne muśnięcie pędzlem artysty; wdzięczny łuk wychylenia na zewnątrz tworzył kształt głębokiego kielicha o idealnych proporcjach, a z jego dna wyrastała piętrowa, skomplikowana, misterna konstrukcja wąsików zakończonych maleńkimi kuleczkami. Rozejrzałem się i zobaczyłem wokół siebie setki takich kwiatów.
Zerwałem jeden, i obracając w palcach podziwiałem jego kształt, a pamięć podsuwała wspomnienia wielu innych, równie ładnych kształtów... Po co to piękno? Poczułem w sobie coś podobnego do bezradności. Kwiat oglądany z boku prezentował ten swój idealny łuk rozchylonego kielichu, jakby się otwierał na spojrzenia... Ależ tak! Kielichowy kształt kwiatu jest jego chwaleniem się i wołaniem: spójrz na mnie!, zobacz, jaki jestem piękny! Wejdź do mnie, oto otwieram się dla ciebie.
Dla kogo Natura jest tak rozrzutna? Dla ludzi? Dla owadów? Czy w swoim działaniu Natura kieruje się zmysłem estetycznym? Czy swoją estetykę dzielimy w jakiejś mierze z owadami?
Już sam fakt istnienia podobieństwa odbierania zapachów jest intrygujący, ale w połączeniu z kolorami to podobieństwo zadziwia.
Zapach i kolor kwiatów ma przyciągnąć zapylające je owady – wiadomo, ale czyż nie jest dziwna niemal identyczność reagowania owadów i nas, ludzi? Nie wiem, jak odbiera zapach pszczoła, skoro jej zmysł węchu jest czulszy od ludzkiego, jak widzi kolory, skoro nadfiolet jest dla niej promieniowaniem widzialnym, ale mimo tych różnic, mimo istnienia największej różnicy w rozwoju naszych systemów nerwowych, wydaje się, że mamy wspólne kryteria oceniania zapachów i kolorów. To, co pachnie pszczołom – pachnie i nam! Skoro kwiat kusi pszczołę także kolorem, tym kolorem, który i my podziwiamy, to zapewne mamy wspólne kryteria oceny kolorów.
A kształty? Dlaczego kwiaty mają piękne kształty?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz