Moja książka

O wydaniu książki

011216 Od wielu lat błądziła po mojej głowie myśl o wydaniu jakiejś części moich tekstów, ale było tak, jak często u mnie, czyli tak, ...

poniedziałek, 17 marca 2014

Anglia. O Eos i o Hekacie


6 października.
Uczę się. Zza ściany słyszę dudniącą rąbankę zwaną chyba hip hopem: facet nie mający żadnych predyspozycji do bycia piosenkarzem wykrzykuje do mikrofonu swoje kompleksy i kłopoty ze światem, zarabiając na tym pewnie więcej, niż ja na kierowaniu ciężarówką. On nazywa się artystą. Dziwny jest ten świat, jak to zauważył pewien piosenkarz starej daty.
“W szacie o barwie szafranu spłynęła Eos na ziemię...”
W czasie obowiązkowych przerw w jeździe czytam Iliadę. Wolno mi to idzie, ale nie popędzam, wystarczy na dłużej. Gdy dzisiaj przeczytałem te słowa, zachwyciłem się nimi. Tak po prostu byłem zachwycony ich pięknem. Ale gdzie ono, to piękno – zaraz przyszła krytyczna myśl – w tych kilku słowach? Nie wiem. Ta niewiedza nakierowała moją myśl ku Proustowi cytującemu gdzieś zdania z czytanej książki, zdania, które zachwyciły go, a mnie jakoś nie. Pewnie z tym zdaniem jest tak samo. Te słowa zapisuję tutaj w podziękowaniu za ofiarowaną mi przez nich przyjemność.
“W szacie o barwie szafranu spłynęła Eos na ziemię...”
Jakiego koloru jest szafran? Nie wiem.
Dzisiaj wstałem o trzeciej, odwoziłem znajomych do Luton, na lotnisko, i dopiero gdy przyjechałem na firmowy parking, do pracy, zaczynał się dzień. Piękny, ciepły, słoneczny od pierwszych swoich chwil, do ostatnich. Patrzyłem na Eos, była wyjątkowo śliczna dzisiaj, ale nie wiem, czy prawda to obiektywna, czy skutek uroku słów Homera. Niebo rozgarniane jej rękoma ma wiele kolorów, któryś z nich jest kolorem szafranu.
Nie wiem zupełnie jak wygląda Eos, niektórzy mówią o jej poplamionych różem dłoniach, ale mojemu magicznemu wyobrażeniu jej uroku nic nie jest w stanie zaszkodzić, nawet jej przykry zwyczaj codziennego zrywania się o tak wczesnej porze. Może dlatego, że robi to cichutko, nie budząc mnie?

8 listopada.
Piszę na palmie, stojąc pod sklepem w Saxmundham, małej mieścinie na wschodnim wybrzeżu. Mam jeszcze kwadrans przerwy, i ruszam w drogę powrotną. Ciepła noc, ale deszczowa, jak i kilka poprzednich. Obok mnie żółto - zielone drzewko brzozy błyszczy kroplami deszczu w świetle latarni, w stożku światła widzę lecące wodne drobinki mżawki. Pojawiają się na granicy światła, jakby ono je tworzyło, i spadają wolno, świecąc jak tysiące robaczków świętojańskich. Jest coś ładnego w tym tak typowo listopadowym widoku, jakaś nostalgia czy smutek, ale łagodny, z tych smutków, które potrafią się podobać, a może.. sam nie wiem... Przyszła mi do głowy dziwna myśl: że w tej chwili chciałbym zobaczyć Hekate, i wcale nie bałbym się jej smutnej twarzy. Podjąłbym próbę jej obłaskawienia, ponieważ teraz, w tej chwili, uważam, że ludzie źle ją oceniają. Ona nie jest zła, a po prostu smutna, bo samotna w listopadową noc. Wszyscy boją się jej, bo wszak to Pani Rozdroży, a może prawda jest zupełnie inna?: może ona na tych rozdrożach czeka – nie na ofiarę, a na kogoś, kto dostrzeże w niej kobietę?
Chyba plotę, a jeśli tak, to winna jest ta noc, w trudny do określenia sposób inna od swoich jesiennych sióstr. Zaraz odgrodzę się od niej zamykając okno i włączając światła, a wtedy przywita mnie inna “ona”: droga.

13 listopada.
Ona ciągle mnie zaskakuje. U schyłku deszczowej nocy listopadowej wstała czysta, rozjaśniona, piękna jak rzadko nawet w wiosenne dni. Gdy w czasie jazdy patrzyłem na nią, oczarowany, pomyślałem, że może dlatego pokazuje mi się taka piękna, właśnie mnie, bo wie, że o niej myślałem ostatnio? Dziękuje mi swoim najpiękniejszym uśmiechem? Ciągle nie znam koloru szafranu, ale dzisiaj na pewno go widziałem. Widziałem wszystkie kolory, i bardzo chciałbym znać nazwy ich wszystkich, by opisać je tak dobrze, jak były tego warte. Największe wrażenie zrobiła na mnie seledynowa barwa wschodniego nieba, czystego koloru powoli tracącego odcień zieleni, jaśniejącego aż do koloru płonącego złota, i ponad nim niewielkie, pierzaste chmurki, normalnie pewnie białe, a w tych krótkich minutach panowania Eos na Ziemi nasycone barwą jej rąk – najpiękniejszym różem. Był tak intensywny, że odbijał się na niemal całym nieboskłonie, strojąc kwiatami głogów brzuchy granatowych chmur jesiennych. Później droga skręciła, straciłem Eos z oczu, a gdy dojechałem do bazy i mogłem się rozejrzeć, nie było już ani śladu jej kolorów na zachmurzonym niebie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz