Moja książka

O wydaniu książki

011216 Od wielu lat błądziła po mojej głowie myśl o wydaniu jakiejś części moich tekstów, ale było tak, jak często u mnie, czyli tak, ...

sobota, 28 marca 2015

Słownik współczesnej polszczyzny, fragment


Słownik.
-Suplement.
Czyli dodatek, uzupełnienie. Kiedyś używane właściwie tylko przez drukarzy w odniesieniu do uzupełniających tomów czy rozdziałów, na przykład encyklopedii, teraz jest w powszechnym użyciu, ale w jednej tylko dziedzinie: suplementem nazywane są preparaty odżywcze, te różne płyny i tabletki nadziane witaminami i żelazami. Nie sprzeciwiam się temu zwyczajowi, słowo używane jest prawidłowo, razi mnie tylko ta nagła moda, podatność wszystkich na nią, bo przecież jeszcze rok czy dwa lata temu nikt nie nazywał tranu suplementem, teraz wszyscy. Razi tym bardziej, że nazwa używana jest wybiórczo: nikt nie nazywa pieprzu suplementem, a jest nim dokładnie tak samo jak tamte, bo jedyna różnica (tutaj bogactwo smaku i aromatu, tam witamin i związków mineralnych) nie dotyka znaczenia słowa.
Kilka lat temu nasi, za przeproszeniem, politycy, nagle zapałali miłością do słowa konsensus, używając go nagminnie, tym częściej, im mniej porozumienia i zgody było między nimi; a później, równie nagle, słowa zapomnieli. Dlaczego? Możliwe wyjaśnienie znalazłem w wikipedii, a to poprzez skojarzenie z dawkinsowskim pojęciem memu, pasującym tutaj jak ulał. Definicja została sformułowana przez Glena Granta, oto ona: „Zaraźliwy wzorzec informacji powielany przez pasożytniczo zainfekowane ludzkie umysły i modyfikujący ich zachowanie, powodujący, że rozprzestrzeniają oni ten wzorzec. (…)”
Wyleczyli się z infekcji?
-Wskazane Dzienne Spożycie. GDA. Guideline daily amount.
To takie dziwadło wymyślone przez nie wiadomo kogo. To coś ma na celu zagłodzenie nas szybko i skutecznie, zmuszając do jedzenia otrębów i innego błonnika.
-Kalorie.
Coś, czego nikt nie widział, ale czego wszyscy mają za dużo, nawet jeśli bardzo się starają mieć tego mało. Kalorie mogą być zdefiniowane jako odwrotność pieniędzy, ponieważ o ile tych jest wiecznie za dużo, tamtych jest ciągle za mało, a podobną definicją posłużyli się Amerykanie, identyfikując nadmiar kalorii jako cechę biedy, a więc małej ilości pieniędzy. Postawienie znaczeń na głowie, bo wszak nasz język jeszcze pamięta wyrażenie „dobrze wyglądasz”, z czasów gdy otyłość była oznaką dobrobytu, chociaż teraz wyrażenie to jest już raczej uszczypliwością.

-Roboty drogowe.
Tak nazywane jest miejsce, gdzie przez szereg miesięcy smętnie szwendają się faceci ubrani w żółte koszulki odblaskowe. Gdy w końcu znikną, zostają po nich: czasami nieco równiejsza nawierzchnia drogi, często wysepki na środku jezdni bardzo przeszkadzające w jeździe i niepotrzebne im już znaki ograniczające szybkość. Ponieważ gdzieś tam w pobliżu zawsze znajdzie się jakiś krzak, zaraz pojawiają się smerfy z suszarkami. Siedzą ukryci za tym krzakiem, od czasu do czasu wypadając na jezdnię tak szybko, jakby gonili złoczyńcę, a wtedy kierowca musi ze swojej kieszeni podratować budżet państwa. Gdy już wszyscy kierowcy wiedzą o tej ich kryjówce, smerfy znajdują inną, a faceci w żółci zabierają znaki. Na tym kończą się roboty drogowe.
- Idiota.
Kiedyś to słowo oznaczało osobę o zaniżonej inteligencji, obecnie nazywa się tak osoby mało cwane lub z gruntu uczciwe, tym samym stawiając znak równości między inteligencją a cwaniactwem. Znamienne przestawienie znaczeń.
- Gwintex. Śrubex. Żelazex.
To przykładowe nazwy sklepów sprzedających śrubki i gwoździe, a więc dawniej nazywanych sklepami żelaznymi. Bez x na końcu. Dwie ciekawostki z „x”: wyciorex – to swojski kominiarz, oraz gnatex, czyli po polsku sklep mięsny.
-Bynajmniej.
Słowo modne ostatnio i przeżywające metamorfozę swojego znaczenia. Ściślej: zamiany znaczenia ze słowem przynajmniej. Gdy obserwuję ludzi używających tego słowa w znaczeniu „przynajmniej”, odnoszę wrażenie, iż słowo to wydaje się tym ludziom bardziej eleganckie, a oni sami sobie bardziej obyci z ojczystym językiem. Przy okazji drobna porada: jak szybko i skutecznie zniechęcić do siebie rozmówcę?
To proste, wystarczy zwrócić mu uwagę na ten błąd.
-Odkrycie.
Kiedyś odkryć można było Amerykę, talent w sprincie na 100 metrów, lub nowe zjawisko fizyczne – teraz wszystko: nowy smak chipsów, bar z paskudnym, śmieciowym, jedzeniem zwany restauracją Mc Donald’s, kolejny napój o egzotycznie brzmiącej nazwie, a nawet orzeźwienie, o czym dowiedziałem się z informacji wydrukowanej na etykiecie butelki wody do picia…
-sms.
Kiedyś, w zamierzchłych czasach prapoczątków telefonów bez kabelków, była to krótka wiadomość tekstowa od kogoś nam znajomego, teraz główną rolą smsów jest nachalne naciąganie nas na wydatek w kolejnej szemranej loterii organizowanej przez anonimowych cwaniaków.
-Promocja.
Dawniej nazywano tak działania mające na celu zapoznanie klientów z marką bądź produktem, obecnie wyraz ten znaczy tyle co przecena, czasami oszukana przecena. Mechanizm jest prosty: handlarz… przepraszam: handlowiec chce sprzedać produkt za 100 złotych, więc wypisuje na etykiecie 200, przekreśla kwotę, i pisze obok 120 oraz słowo „promocja”. I co? Ano, skutkuje!
-w.
Czy można przekręcić znaczenie najprostszego, bo jednoliterowego słowa? Można, a pokazali to miłośnicy motoryzacji. Samochód może być w garażu, w rzece, ostatecznie w naprawie, a nawet ktoś może mieć samochód w d… Owszem, ale to nie wszystko. Otóż okazuje się, że samochód można mieć jeszcze w metaliku, w skórze, w diesel’u , można też mieć go w benzynie. Jakim sposobem? Nie wiem. Nie wiedzą tego też ludzie mający samochód w metalicznie skórzanej diesel’owskiej benzynie, ale wiedzą, że można, bo oni tak mają.
I już.
-Ufiskalizowana kasa. Alufelga. Szyberdach.
Któregoś dnia sprzedając bilety w kasie, zauważyłem na elektronicznej drukarce paragonów nalepkę z napisem „ufiskalizowana”. Aż się wzdrygnąłem sylabizując tego potworka słownego. Któż, na Boga, wymyśla takie okropności?!
Kiedyś znana była skłonność komuszych Rosjan do tworzenia dziwnych zlepków słownych, ale i nam znana jest ta umiejętność. Pal sześć felgę, skoro nie mamy dobrego polskiego słowa na określenie „tarczy koła”, ale przecież można powiedzieć felga aluminiowa albo okno dachowe. Alufelga i szyberdach są jeszcze bardziej niemieckie, brzmią strasznie. Używanie takich słów kojarzy się mi z powolnym przesuwaniem kawałka styropianu po szybie; powinno być prawem zakazane.
-PLN.
To nazwa nowej waluty obowiązującej w Polsce od kilku lat. Jakoś tak cichaczem i nie wiadomo kiedy zmienili nam walutę, a właściwie jej nazwę. Owszem, na banknotach jeszcze jest nasz swojski złoty, ale wszędzie indziej mamy już PLN. Co prawda wymiana jednej waluty na drugą nastąpiła w relacji jeden do jednego, niemniej żal mi tej starej, poczciwej złotówki, i nawet skrót starej nazwy, te „zł”, wcześniej dziwnie źle mi się kojarzący, teraz, gdy jest utracony, wydaje mi się ładny. Pisownia wielką literą nowej nazwy każe domyślać się skrótu, ale gdyby zapytać Polaków, w końcu użytkowników tej waluty, o jego znaczenie, zapewne nie doczekalibyśmy się odpowiedzi, co jednak nie przeszkadza im używać tej nazwy swobodnie i powszechnie. Zawsze dziwiła mnie łatwość w używaniu przez ludzi słów i skrótów, których nie znają i nie rozumieją.
-„Najlepiej spożyć przed końcem: data na nakrętce”.
Ten pokraczny sposób informowania jest powszechnie stosowany. Jeszcze nie zdarzyło mi się przeczytać poprawnie sformułowanego zdania, tylko takie lub podobne potworki, a przecież można to zrobić na wiele sposobów. Na przykład: „termin przydatności do spożycia podany jest na nakrętce”. Dlaczego tak się nie pisze? Nasuwa się myśl o jakiejś normie tutaj obowiązującej, że po prostu istnieje odgórna dyrektywa urzędnicza, która nakazuje pisać właśnie tak. „Na opakowaniu należy wydrukować następującą informację: >Najlepiej spożyć przed końcem:< tutaj podać miejsce wydrukowania daty. Kto nie zastosuje się do powyższego, podlega karze.”

5 komentarzy:

  1. Ten tekst, także kilka innych, które wkrótce pojawią się tutaj, nie są nowe. Napisałem je kiedyś i zamieściłem na blogu rok temu, ale w pośpiechu zrobiłem to niedbale, publikując w jednym poście wiele różnych tekstów. Teraz rozdzielam je nadając im nazwy a propos.

    OdpowiedzUsuń
  2. Przypominają się hasła w słownikach W. Kopalińskiego, które czytało się niby beletrystyczne arcydzieło.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przypomnienie nobilitujące. Dziękuję Ci za nie, Anno:)

      Usuń
  3. Przed wielu, wielu laty ktoś ważny w Narodowym Banku Polskim wprowadził oznaczenie kodowe naszej złotówki jako PLZ czyli polski złoty. Skrót naszej waluty miał zastosowanie w użyciu międzynarodowym tak jak:

    - USD - amerykański dolar,
    - CAD - kanadyjski dolar,
    - AUD - australijski dolar,
    ...
    - CZK - czeska korona,
    - DKK duńska korona,
    ...
    - FRF - francuski frank
    - CHF - szwajcarski frank (kłopoty kredytowe)
    ...
    - PLZ - polski złoty.

    W 1995 r po denominacji złotego (cholewka, poprzednio zarabiałem miliony), ktoś "ważniejszy" w potocznym języku Z zamienił na N (nowy) Pamiętacie, były złotówki stare i nowe. A ktoś "jeszcze ważniejszy" PLN wprowadził do norm obowiązujących. Kod PLN (zamiast zł) oznacza naszą walutę w użyciu międzynarodowym. (ja wolałem PLZ)
    Masz rację, Krzysztof. Większość nadużywających PLN nie potrafi wytłumaczyć co to oznacza, ale za to jak bardzo mądrze w ich ustach brzmi .

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cześć, Janku.
      Podobnie tłumaczyłem sobie ten skrót i podejrzewałem, że jest symbolem używanym przez banki – Ty wyjaśniłeś to dokładnie. W codziennej praktyce chyba jednak wolelibyśmy swojskie zł, nieprawdaż?

      Usuń