Moja książka

Góry Kaczawskie słowem malowane

250619 Miałem okazję poznać świętokrzyskie drogi i tatrzańskie szlaki, przemierzałem łęczyńskie bagna i podlubelskie lasy, spędziłem ki...

niedziela, 15 stycznia 2017

Powrót i odkrycie


080117

Z Wlenia czarnym szlakiem na pola w pobliże Czernicy, zejście nad strumień Lipka, przełomem do Nielestna. Z wioski wejście na wzgórze Dwory, powrót do wioski, przejście szlakiem rowerowym do Wlenia via wzgórze Szubieniczna.




Gdy z lasu wyszedłem na nagie zbocze wzniesienia, w oddali zobaczyłem Skowrona. Była pierwszą dostrzeżoną i rozpoznaną górą, w chwilę później, wodząc wzrokiem po linii horyzontu, poznawałem inne, niemal wszystkie znane mi. Patrzyłem na rozległą przestrzeń pól i łąk opadających w łagodną dolinę i za nią wznoszących się ku szczytom zamykającym widnokrąg. Westchnąłem. Tutaj wielkie przestrzenie, widoki dalekie, pola malowane miedzami, drogami i strumieniami, a tam, w Rudawach, horyzont odległy o parę drzew. Po co chodzić mi gdzieś tam, szukać nie wiadomo czego, skoro tutaj moje miejsce, tutaj dal, a właściwie Dal i swojskość i umiłowane widoki?




Minął miesiąc od ostatniej wędrówki kaczawskiej, więc tym razem, stęskniony, nie miałem wątpliwości gdzie jechać.

Na wzgórzu Dwory byłem ostatnio z Jankiem, chciałem wtedy zejść lasem do wsi Nielestno, ale nie mogłem znaleźć drogi, którą kiedyś poznałem i byłem pewny jej usytuowania. W rezultacie przeszliśmy na przełaj po stromym zboczu, i nim doszliśmy do wioski, znaleźliśmy zapomniany przez wszystkich kamieniołom. Tamto szukanie drogi utkwiło mi w pamięci:

– Jakże to? – myślałem, a raczej myślała za mnie poruszona ambicja – ja mam nie znać tego przejścia?

Ponieważ dobrze pamiętałem przejście w drugą stronę – pod górę ze wsi – postanowiłem przypomnieć je sobie, a przy okazji pomyszkować po okolicy. Samochód zostawiłem na ryneczku Wlenia, a więc po przejechaniu niemal całych Gór Kaczawskich bocznymi, zaśnieżonymi drogami; ze Złotoryi, bramy kaczawskiego pogórza, do Wlenia, miasteczka leżącego na granicy z Izerami, odległość wynosi 30 kilometrów.

Spóźniłem się nieco: było już zupełnie widno, gdy zaparkowałem, a nim założyłem plecak, sięgnąłem jeszcze po termos z kawą. Nie kierowałem się do Nielestna najkrótszą drogą, a przeszedłszy las zapuściłem się na rozległe pola na północ od Czernicy. Są tam łagodne wzgórza idealnie wyrównane pługiem.

Faliste, białe dzisiaj, pola ostrą linią przecinały świat wokół: gdy ja schodziłem po zboczu, linie pól stopniowo zasłaniały, wznosząc się, las i góry majaczące w oddali, ale i odwrotnie: gdy ja szedłem pod górę, linie pól opadały odsłaniając tamte szczyty i bliski las. Banalne, zdawałoby się, efekty perspektywy fascynują mnie. Oto nieruchomy świat z górami, lasami i polami przypisanymi do swoich miejsc, rusza razem ze mną! Swoim marszem uruchamiam wszystko wokół i nawet góry poddają się mi, posłusznie przesuwając się, a nawet wznosząc lub opadając. Mało tego! Gdyby na drugim końcu pola szedł ktoś inny, góry i dla niego przesuwałyby się, a mogło być i tak, że dla mnie jakaś góra wznosiłaby się, a dla niego w tej samej chwili opadała. Czyż nie jest to fascynujące? Szedłem rozglądając się.

– Zaraz wyciągnę mapę – mówiłem sobie – jeszcze tylko dojdę do tamtej kępy drzew.

Szedłem dalej. Gdy w końcu zobaczyłem po prawej domy między drzewami, uświadomiłem sobie, że zaszedłem za daleko, aż pod Czernicę. Wracać polami? Wszedłem w las, stok zaczął opadać coraz bardziej stromo. Zawróciłem i kawałek dalej ponowiłem próbę, tym razem udaną. Dopiero w dole, nad strumieniem, wyciągnąłem mapę. Byłem na przełomie strumienia Lipka. Nie wiedziałem o tym miejscu, omijając lasy w swojej chęci chodzenia otwartymi przestrzeniami łąk i pól, dopiero dzisiaj, przypadkowo, niechcący, odkryłem prawdziwie górski przełom w górach, które, zdawałoby się, znam dobrze.



Może dla niewtajemniczonych parę słów wyjaśnienia. Przełomem geologowie nazywają głęboką dolinę o wąskim dnie i stromych zboczach, czyli jar utworzony przez rzekę przepływającą przez góry stojące na jej drodze. Jakim cudem woda zaczęła żłobić swoje koryto na szczycie tego siedemdziesięciometrowego zbocza? Na przykład rzeka mogła płynąć nim powstały góry, a gdy te zaczęły się wypiętrzać, woda nadążyła z pogłębianiem swojego koryta. Różnie są mechanizmy powstawania przełomów, a każdy mają geologowie nazwany, jako że lubują się w nadawaniu dziwnych, uczonych nazw każdemu zjawisku, nawet najprostszemu.

W tym przełomie są miejsca szersze, z płaskim brzegiem, na którym jedyną przeszkodą w marszu są uschnięte badyle lub krzaki, ale są i takie, gdzie strome zbocze schodzi do samej wody. Dwa kilometry przeszedłem w ciągu niemal dwóch godzin; co prawda tu i ówdzie stałem gapiąc się, całkiem możliwe, że z otwartymi ustami.

Strome, miejscami urwiste, zbocza z wystającymi skałami i powalonymi drzewami, w dole czarny strumień wśród śniegów. Chwila wygodnego marszu po starej drodze, a za nią wylot bocznego jaru, jeszcze bardziej ciemnego, ze skalnym rumowiskiem pod gęstymi świerkami. Obiecałem sobie wrócić tam, przejść przełom jeszcze raz i pójść pod górę tamtym kamienistym jarem.

W najtrudniejszych miejscach chciałem przejść na drugą stronę strumienia, ale nie znalazłem ani dobrego miejsca, ani dość odwagi (lub braku przezorności), by przejść po dnie. Musiałbym postawić pięć kroków w wodzie o głębokości co najmniej 30 centymetrów. Buty, zasłonięte ochraniaczami sięgającymi kolan, raczej nie powinny nabrać wody, ale pewności nie miałem. Ponieważ liczy się szybkość, może przebiec strumień? Ale biec po kamienistym dnie strumienia, to prosić się o wywrotkę. Mokry na mrozie, nie miałbym wiele czasu na znalezienie się w ciepłym pomieszczeniu. Do końca przełomu nie zdecydowałem się przejść strumień. Może pomogło mi znalezienie przyjemności w tym moim zdobywaniu metrów, w wyszukiwaniu drogi, w kantowaniu na zaśnieżonych stromiznach, w omijaniu zwalonych drzew.

Na końcu przełomu, gdy obniżone zbocza odsunęły się nieco od wody, znalazłem chyba najładniejsze skały w moich górach. Mają kilka metrów wysokości, może 30 długości, a zbudowane są z czerwonego piaskowca przykrytego innymi, twardszymi skałami. Czerwona skała kruszy się tworząc fantazyjne formy, a jej nienaruszone przykrycie wisi coraz bardziej przewieszone. Na wierzchu rośnie las nic nie wiedzący o podcięciu skał pod nim.






W Nielestnie bez problemu znalazłem drogę przez las w stronę wzgórza Dwory. Będąc już wyżej i blisko brzegu lasu, między drzewami zobaczyłem słońce. Świeciło nieśmiało, przygaszone rozproszoną w powietrzu białą mgiełką, ale było! Jeszcze 200 metrów, jeszcze 100, i oto otworzył się przede mną rozległy przestwór pól schodzących w dolinę i gór, moich gór stojących w oddali.

Długo byłem na zboczu wzgórza, po prostu szkoda mi było odejść. Chcąc przedłużyć pobyt tam, wybrałem inną drogę powrotną, nieznaną mi polną drogę biegnącą dnem doliny o kilometr ode mnie. Schodziłem zaoranym polem; skiby ziemi przykryte były świeżym śniegiem tworząc morze muld. Ładny to widok, ale kto raz szedł takim polem, wie, jak ciężko się idzie: ziemia pod nogami nigdzie nie jest płaska, równa, a głębokie nierówności zasypane są śniegiem, jednak udało mi się przejść bez bliskiego spotkania z ziemią. Nie śpieszyłem się – za ładnie było, żeby gonić – ale droga, widoczna jako rząd drzew i nitka miedzy na gładkiej płaszczyźnie pól, zbliżała się szybciej niż chciałem. Obejrzałem się: mój ślad zsunął się ze zbocza wzgórza i biegł za mną.







Droga wprowadziła mnie w las, a że po lewej prześwitywała między drzewami biała płaszczyzna łąk, opuściłem drogę i wyszedłem na otwartą przestrzeń. Niskie już słońce zasłoniły chmury, a szkoda, bo chciałem jeszcze zrobić zdjęcia ładnemu miejscu: na niewielkim wzniesieniu, przy skrzyżowaniu dwóch polnych dróg, rośnie duży i szeroki dąb. Stojąc pod nim rozejrzałem się i westchnąłem: w letni dzień usiąść przy pniu drzewa i pogapić się na stoki wzgórz. Nim odszedłem, obejrzałem dąb. Jego pień opasywał drut nieistniejącego już ogrodzenia, wpijał się w rosnącą tkankę drzewa. Zakląłem nad ludzką bezmyślnością.

Za wsią, przy mostku nad strumieniem, jest stary kamieniołom. Byłem tutaj kiedyś nie wiedząc, że do tych ładnych czerwonych skał jest raptem trzysta metrów. Dzisiaj zauważyłem skały stojące nieco wyżej, a u ich podstawy coś, co bardzo było podobne do zasłoniętego wejścia do jaskini. Poszedłem tam, wejście było tylko ciemniejszym miejscem wnęki na skalnej ścianie. Westchnąłem: a mogła to być niezauważona przez ludzi jaskinia.

Gdy po drugiej stronie lasu wyszedłem na pola, zobaczyłem ludzkie ślady. Zatrzymałem się żeby je obejrzeć; ktoś idąc bezdrożem wyszedł z lasu i szedł przez pole używając kijów, więc prawie na pewno nie miejscowy.

Nie ja jeden – pomyślałem. Poczułem sympatię do tego nieznanego mi wędrowcy kaczawskiego.

Za tydzień wrócę tutaj. Rudawy nie uciekną, a Góry Kaczawskie czekają na mnie.


7 komentarzy:

  1. Krzysztof, pamiętasz naszą wyprawę na Popiela i Sośniaka? Wtedy również spotkaliśmy drzewo opasane drutem, który się wrzynał w jego korę.
    Na kolejną wędrówkę do plecaka zapakuję brzeszczot.

    Przypomniałem sobie, że most kratownicowy i stacja kolejowa w Nielestnie (jako Brzózkowo) zostały utrwalone
    w pierwszych sekwencjach filmu Jak rozpętałem II Wojnę Światową.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Janku, pomyślałem podobnie: że wezmę ze sobą przecinaki do drutu. Szkoda tego dębu. Okazałe drzewo rosnące przy rozstaju dróg ma dla mnie wyjątkowy urok. Chciałbym posiedzieć w letni czas gdzieś w moich górach w takim miejscu.
      Nie jestem pewny tego mostu; jeśli jest w pobliżu stacji kolejowej, to w Nielestnie jest jeszcze drugi most o kratowej konstrukcji: nad Bobrem, dokładnie na wprost pałacu, w którym teraz jest ośrodek pomocy społecznej. To stare mosty, o tradycyjnej konstrukcji. Sporo ich jest w tych górach, a większość nie jest używana, bo biegną nimi tory kolejowe, po których ostatni pociąg przejechał wiele lat temu.

      Usuń
  2. No tak, opisałam się, opisałam, i komentarz wessało w czarną dziurę:-)
    Mnie również cieszy widok turysty z plecakiem, który wędruje grzbietami pagórów ... człowiek, człowiek idzie, i dobrze, że to na razie rzadki widok z "widokowego" okna:-)
    Skały przepiękne, zaiste, przemieszanie kolorów, ciekawe formy, no i ten prawie seledynowy porost ... kiedy pierwszy raz zobaczyłam podobny w Skalnym Mieście w Adrspachu, myślałam, że ktoś farbą pomalował, i już psioczyłam na wandala:-)
    Aż mi żal, gdy czytam Twoje opisy, i zazdrość lekka ... mamy tyle podobnych miejsc do wędrowania na dziko, i przełomy, i puszcza karpacka, i mizernych skałek odrobina, i plany były ... a tu choróbsko się przyplątało, i to w parze; ale my wyleziemy z bidy, popędzimy precz słabości i ruszymy znowu, tak sobie obiecaliśmy z mężem:-) bo na razie to tylko z okna podziwiamy świat:-)

    OdpowiedzUsuń
  3. A jeszcze zapomniałam ... chyba każde pasmo górskie ma jakiś szczyt powiązany z szubienicą, nasze Pogórze ma Szybenicę, to tak z rusińska, ponoć stała tam szubienica, gdzie wieszali rozbójników, łotrów i rzezimieszków:-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Chyba wiem, co czujesz, bo podobnie miałem gdy choroba uniemożliwiła mi wyjazd na włóczęgę. Ale wiesz co, Mario? Popędzicie choroby i później pójdziecie gdzieś, gdzie was nie było, gdzie ładnie. Pójdziecie zobaczyć skały i przełomy, drzewa i wzgórza, a tak wielu jest ludzi, którym nic z tego nie jest potrzebne. Zapewne część z nich ma inne swoje miejsca i sposoby na wolny czas, ale przecież wiemy oboje, że niemało jest ludzi po prostu niewrażliwych na uroki natury. To trochę tak, jakby oni zawsze chorowali, nie mając potrzeby pójścia gdzieś za horyzont.
      Każdemu zdarzyło się stracić komentarz lub, co gorsza, spory list. Kiedyś wziąłem się na sposób: słowa do mnie kierowane kopiuję i wklejam w typowy plik tekstowy, mający swoją nazwę i zapis w komputerze. Tam też piszę odpowiedzi, a napisane kopiuję i wklejam w okienko strony. Nic nie zginie.
      W Górach Kaczawskich znam dwie góry o nazwie Szubieniczna. Ta druga jest tak ładna, że żałuję iż tak się nazywa, bo przecież nazwa wpływa na nasze widzenie miejsca. Wzgórze Storczykowe jest takim sobie wzgórzem, ale jak magiczną ma nazwę!
      Mario, dziękuję za czas i za słowa. Zdrowia życzę!

      Usuń
  4. Jeszcze miesiąc i ja ruszę w moje góry... a póki co powędrowałam sobie z Tobą zaśnieżonymi bezdrożami... Dziękuję :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Proszę bardzo, Anno. W tym zawsze jestem do usług :-)

      Usuń