Moja książka

Góry Kaczawskie słowem malowane

250619 Miałem okazję poznać świętokrzyskie drogi i tatrzańskie szlaki, przemierzałem łęczyńskie bagna i podlubelskie lasy, spędziłem ki...

piątek, 13 listopada 2015

O moście nad rzeką liści


111115

Po trzech tygodniach przerwy w wędrówkach nie patrzyłem na prognozy pogody, goniony tym nigdy do końca nie pojętym pragnieniem drogi. Chmurny dzień wydawał się dobry do poznania zalesionego masywu Miłka, którego moje szlaki omijały aż do dzisiaj. Wchodzące w skład masywu trzy stojące obok siebie góry nie zajmują dużego obszaru, ich obejście podnóżem zajmuje dwie, może trzy godziny, a spędziłem tam cały dzień i według moich standardów, Miłka nie poznałem dobrze. Są tam miejsca, które ominąłem, inne chciałbym kiedyś odwiedzić; jedne i drugie doczekają się mnie na pewno.

Rozwidniało się, wstawał zapłakany, szary dzień listopadowy, gdy zostawiwszy samochód w Wojcieszowie, poszedłem w stronę nieczynnego wyciągu narciarskiego, licząc na dojście odkrytym stokiem w szczytowe partie masywu, ale znalazłszy lokalny szlak wiodący wokół masywu, poszedłem nim, wejście wyżej zostawiając na później. Muszę tutaj zaznaczyć, że cały masyw jest rezerwatem, wchodzić na jego teren nie wolno, szlaków nie ma tam żadnych, poza tamtym wiodącym podnóżem. Wchodząc, złamałem zakaz. Tak, złamałem, a na swoje usprawiedliwienie mam tylko dbałość o środowisko nakazującą mi zabierać ze sobą wszystko, co przyniosłem i chęć poznania Miłka.

Na prawie całej swojej długości trasa wiedzie lasami, na ogół mieszanymi z przewagą liściastych gatunków, czyli takimi lasami, jakie rosły tutaj zawsze. Miejscami idzie się tą sławną buczyną sudecką: jednorodnym lasem bukowym, lasem, który zawsze czyni wrażenie i którego nawet późna jesień nie potrafi pozbawić urody. W ciągu trzech tygodni mojej nieobecności znikły niemal zupełnie kolory złotej jesieni, las zszarzał. Na lipach i grabach, na jesionach i klonach, nie ma już liści, na jaworach wiszą jakieś skulone brązowe resztki, wiele liści dębów trzyma się gałęzi, ale są zbrązowiałe i zmatowiałe, licznie rosnąca nawłoć zapomniała o swoim kwitnieniu stając się szarobrunatnym badylem. Tylko buki trzymają i trzymać będą całą zimę żywe i nasycone kolory swoich jesiennych liści; tylko brzozy chwalą się nielicznymi już żółtymi liśćmi, resztką z królewskiego złotogłowiu rozpostartego tutaj przed kilkoma tygodniami.

Rozglądam się wokół z rokrocznie powracającym smutkiem… nie, nie smutkiem, raczej z łagodną nostalgią, tyleż razy odnawianym godzeniem się z naturalnymi i nieuniknionymi metamorfozami przyrody… Czy ja nie oszukuję się, skoro piszę o godzeniu? Z szarości listopadowego dnia, z brudnych mgieł zakrywających wyższe szczyty, z burego nieba, z nagich gałęzi drzew, które zawsze kojarzą mi się z rozpaczliwie wyciągniętymi do nieba dłońmi, sączy się smutek; niedokuczliwy, stonowany wiedzą… też nie: to kwestia odczucia, nie wiedzy, więc stonowany przeświadczeniem o powrocie słonecznych i kolorowych dni, ale jednak smutek. Wtedy chwytam się drobiazgów budując z nich swój obraz świata, który chciałby być niepodległy powszechnemu prawu listopadowego tracenia urody. Inaczej widzę błyszczące blaskiem drogich kamieni krople wody na liściach dębów leżących na leśnym dukcie, kilka zielono-żółtych liści na brzózce, maleńki krzaczek iglicy pokazujący mi swój jedyny kwiat, jakże piękny wyjątkowością, krople deszczu wiszące na czerwonych owocach dzikich róż. Gdy już zbuduję wysoki mur wokół siebie, gdy już mam się schować za nim, bezpieczny, uświadamiam sobie, iż wiele z użytych cegiełek wziąłem z jesiennego świata. Podnoszę głowę i nierzadko zdumiony patrzę na odmieniony dziwnym sposobem świat, bo widzę go… ładnym. 


Wyciągam dłoń i palcami dotykam maleńkich kropelek deszczu wiszących na końcach igiełek świerku; czując ich chłód i wilgoć uśmiecham się, ale nie wiem dlaczego; wciągam w płuca intensywny, gorzko-orzechowy zapach liści, patrzę na zamglony odległością szczyt widoczny między nagimi gałęziami brzozy i nie czuję smutku ani buntu. Patrzę na ładny i drogi mi świat. Wiem jednak, że uzyskany jego odbiór i pogodny nastrój nie są trwałe. Jeszcze nie raz osuwać się będę w jesienno-zimowy smutek, a broniąc się, szukać będę drobin piękna wokół siebie.

Gdy prowadzony drogą wyszedłem z lasu, zobaczyłem Osełkę, górę, która zauroczyła mnie sobą od pierwszej chwili zobaczenia jej kilka lat temu. 



Poszedłem ku niej, nawet myślałem o zmianie planów, bo ta góra czaruje mnie nadal, ale zawróciłem ku Miłkowi, obiecując jej i sobie powrót niebawem. Na południowo-zachodnim zboczu masywu jest nieczynny kamieniołom Aven: wielka wyrwa w stromym zboczu góry z pionowymi ścianami wysokości kilkunastu pięter. 






Miejsce warte poznania z powodu dostrzeganych tam przemian: w naturalnie ukształtowane zbocze wdarł się człowiek ze swoimi maszynami, rozdarł górę stalowymi pazurami i wywiózł niemałą jej część, a na koniec poszedł sobie zostawiając zranioną górę samą sobie. Zajęła się nią natura: na poszarpanych ścianach zaczęły pojawiać się pierwsze drzewka, w skalnych szczelinach znalazły dla siebie miejsca rośliny lubiące tak zdawałoby się niemożliwe do życia środowisko, wiatry naniosły ziemię na ludzkie drogi i zasiały trawy, a ceglane ruiny budynku zasłoniła wierzba iwa. 


Przyroda powoli przywraca kamieniołom naturze, z miejsca zniszczonego ludzką działalnością czyniąc miejsce ładne swoją dzikością i odmiennością.

Stoi tam tablica informująca o rzadkich roślinach rosnących w wyrobisku; ich nazwy zapewne wzbudzają ekscytację u botaników, mnie rozbawiły swoją oryginalnością i dźwięcznością: kruszczyk rdzawoczerwony, podkolan biały, gółka długoostrogowa, i rozkosznie brzmiąca ożanka pierzastosieczna. Był też motyl powszelatek sertor. Wybornie smakowite nazwy!

Zatoczywszy koło wróciłem pod stok narciarski, ale jego już tam nie było i to od lat. To, co na mapie jest wstęgą nagiego stoku aż pod szczyt, naprawdę jest gęstwiną młodego lasu, którą po prostu nie przejdzie się, jednak bokami wiodą na górę dwie ścieżki; najwyraźniej nie ja jeden złamałem zakaz wejścia na Miłek. Podobnie jest z zaznaczonym miejscem widokowym: miejsce jest nadal, nawet barierki uchowały się, tylko widoku już nie ma od lat, bo drzewa zasłoniły dal.

Droga na szczyt spacerkiem nie jest: nachylenie stoku sięga 30 stopni, pod warstwą liści są ruchome kamienie, a różnica poziomów wynosi 130 metrów, jak na te góry to dużo. Na Młyńcu, szczycie najbliższym miasteczku, stoi wieża obrośnięta antenami tak, jak widziany niedaleko martwy buk obrósł hubami. Na szczęście wystarczy odejść kawałek od masztu, by zapomnieć o tym śladzie ludzi i cywilizacji. Kręciłem się między szczytami parę godzin dla ich urody, chociaż nie tylko, o czym później. Wiele jest tam skał wychodnych, niektóre pokaźnych rozmiarów, wszystkie czyniące wrażenie dzikością i swoim odwiecznym trwaniem zarośniętym drzewami i mchami. 





Wrażenie ich dzikości i wiecznotrwałości potęgowała aura: mżył drobny deszcz, niebo było bure, czasami silny wiatr tarmosił bukami i osadzał kropelki deszczu na moich okularach. Ciężko się tam chodzi, nawet gdy trawersuje się stoki, bo te mają duże nachylenie, a liście przykrywają nierówności, gałęzie i luźne kamienie. Raz i drugi nogi mi się rozjechały i zawisłem na kiju wbitym w ziemię, raz noga wpadła mi w dziurę zasypaną liśćmi, a nawet udało mi się poznać twardość skał własnym tyłkiem. Liście na ogół sięgały od kostek do połowy łydek, ale w paru miejscach brodziłem w nich dosłownie po kolana; nie pamiętam lasu, w którym byłoby aż tyle liści. Piękny to las. Przeważają buki, niżej spotykałem jawory, ale i tak rzadkie graby też. Gładkie i wysokie pnie buków były ołowiane z jednej strony, z drugiej niemal czarne od deszczu i błyszczące; ziemia, gałęzie i mniejsze skały tonęły pod rozlewiskami liści, a na stromych stokach, w żlebach, płynęły ich potoki nadal w ładnych kolorach jesieni. Buki rosnące na skałach wypuszczały na zwiady swoje wężowe korzenie szukające szczelin, w które mogłyby wgryźć się, albo prężyły je, splątane i pełne bulwiastego napęcznienia, niczym strongmeni chwalący się swoimi monstrualnymi muskułami.




Szukałem jaskiń. Na Połomie nie udało mi się znaleźć żadnej, mimo że jest ich tam sto tysięcy (albo i więcej), więc może tutaj powiedzie mi się? Ech, żeby tak znaleźć chociaż jedną normalną, prawdziwą jaskinię!  Nie znalazłem. Owszem, udało mi się znaleźć kilka małych jaskiniątek, małych zaczątków jaskiń, ale żadnej takiej, do której można wejść głęboko. Na mojej mapie używa się nazwy „schron”, nazwy dziwnej dla mnie, bo schron jednoznacznie kojarzy się z wojskowym obiektem zbudowanym przez człowieka i tylko do takich budowli pasuje. 


Po powrocie poszedłem po rozum do głowy, czyli otworzyłem swoją encyklopedię sudecką. W niej napisano lepiej, bo o grotach, a nie o schronach, podając ich długości i lokalizacje. W zasadzie zgadzałyby się z moimi jaskiniątkami, zwłaszcza wobec wzmianki o skalnym moście. Tak! Znalazłem najprawdziwszy skalny most, i to nie w dalekim Utah, a u nas, pod nosem, w Górach Kaczawskich, na zboczu Cisowej. Most wyjątkowy, bo nad rzeką bukowych liści. Nie widać go ze zbocza, a wdrapałem się wyżej, na skalną półkę, zaciekawiony ukształtowaniem ścian; mam nadzieję na trafienie tam ponownie.


Była godzina 16, gdy wróciłem do samochodu. W 10 minut później mijałem jedną z moich ulubionych polnych dróg, ta łączy Sędziszową z Gozdnem, a wiedzie rozległymi stokami w pobliżu Wielisławki. Nagle szkoda mi się zrobiło tych dwóch kwadransów dnia, zapragnąłem popatrzeć na zmierzch stojąc wśród pól; zaparkowałem, dla rozleglejszego widoku poszedłem nieco wyżej i tam patrzyłem na powolny pochód mroku kończącego kolejny mój dzień w Górach Kaczawskich.




14 komentarzy:

  1. U nas Abigail szalejąc w koronach drzew zerwała z nich ostatnie liście...
    Góry Kaczawskie (podobnie jak Izery) zaskakują wyrastającymi nagle, nie wiadomo skąd, nagimi skałami. Na ogół łagodne, pokryte lasem bądź łąkami nie pokazują swoich pazurów. Dopiero zagłębiając się w las, w dzikie górskie ostępy znajdujemy ciekawe formy skalne- nagrodę za wierność, dociekliwość, cierpliwość. Skalny most wygląda pięknie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Aniu, mam nadzieję na roztrwonienie sił przez Abigail nim dotrze w głąb kraju. Prognozę na jutrzejszy dzień sprawdzałem, słońca oczekiwać nie mogę, deszczu owszem, ale i tak pojadę. Rok temu kupiłem rękawice, które mają nie przemakać, jeszcze nie miałem okazji wypróbować je, może jutro uda się?
      Nagroda za wierność… Przeczytałem te słowa i myślałem o nich, o mojej wierności Górom Kaczawskim. Może faktycznie tak jest z górami? Byłoby podobnie, jak z kobietami. Uczepi się człowiek tej jednej i nawet nie wie dlaczego – całkiem jak z moimi górami:) Wiesz, to taki mój odruch: zwracanie uwagi na podobieństwa gór i kobiet.
      Skalny most zaskoczył mnie swoim istnieniem, w końcu to rzadka u nas formacja, także liśćmi, które zdają się spływać po pochyłości, co i na zdjęciu trochę widać.

      Usuń
    2. Mam nadzieję, że Ci się wyprawa udała i obyło się bez wściekłej Abigail.

      Usuń
    3. Dziękuję, Aniu. Godzinę temu wróciłem. Suszę ubrania, bo calutki dzień szedłem w deszczu. Wiatru nie było dużego, chociaż popołudniu wzmógł się, ale wichurą nie był. W pokoju tak cieplutko i suchutko… Nie żałuję, cieszę się z decyzji wyjazdu, chociaż nad ranem, gdy zadzwonił budzik, miałem chwilę wahania.

      Usuń
    4. To dobrze, u nas też już spokojnie, tylko deszczowo. Swoje dzikie drzewka owocowe odwiedziłam i to była cała moja dzisiejsza aktywność. Czekam na Twój opis :)

      Usuń
    5. Poczułem takie fajne ciepełko. Dziękuję Ci, Aniu. Jesteś prawdziwą Pierwszą Damą.
      A aktywności powinno zazdrościć Ci naprawdę wiele kobiet.

      Usuń
  2. Ten, ta, to.
    Ten wiatr, ten wicher, ta trąba powietrzna, to tornado.
    Dziwne nieco, wszystkie gwałtowne zjawiska powietrzne nazywane są imionami kobiet.
    Abigail - biblijna postać kobieca, która uczyniła dobro.

    Ile mamy pór roku? Fenolodzy najczęściej mówią o ośmiu porach.
    Listopad jest wymieniany jako późna jesień inaczej nazywana szarugą jesienną.

    Góra Miłek ustanowiona została rezerwatem dla ochrony rzadkich roślin. Niektóre wymieniłeś w swoim temacie. Góra Miłek była jedynym miejscem występowania w Polsce w stanie dzikim cyklamena purpurowego.
    Chyba była. Wiele roślin chronionych została zniszczona przez mieszkańców Wojcieszowa, którzy wykopywali je z naturalnych siedlisk i przesadzali do swoich ogródków, a tam nie mając odpowiednich warunków bytowania, one ginęły. Wielka szkoda.



    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Janku, a widziałeś naprawdę wkurzoną kobietę? Widziałeś, więc czemu się dziwisz zwyczajowi nadawaniu kobiecych imion trąbom powietrznym?
      Abigail – piękne imię. Jeśli i ona sama taka była, można wybaczyć jej wzniecanie trąby powietrznej.
      Myślę, że słuszny jest ten dokładniejszy podział roku, bo i cóż wspólnego ma ze sobą aura z przełomu września i października, do aury z końca listopada czy początku grudnia? Wszak jest zupełnie inna.
      Nie wiedziałem o takich zwyczajach sąsiadów Miłka. Głupich zwyczajach. Pamiętam, było to w jednym z wąwozów kaczawskich, w którym jest rezerwat chroniący rzadką paproć, więc pamiętam, że gdy patrzyłem na te paprocie, przyszło mi do głowy, iż dobrze zrobiono ustanawiając tam rezerwat dla ochrony zwykłej, niepozornej roślinki. Nie jestem zielonym, ale trzeba nam dbać o różnorodność życia.

      Usuń
    2. Tornada noszą imiona kobiet ponieważ tak samo jak one przychodzą dyszące i wilgotne, a odchodząc zabierają dom i samochód

      Usuń
    3. Coś w tym jest, ale nim odejdą (czy raczej odjadą naszym samochodem) ileż miłych chwil dać mogą!

      Usuń
    4. Chwile, trwajcie!

      Ten wąwóz, o którym mówisz, jest jedynym miejscem występowania na Dolnym Śląsku języcznika zwyczajnego zwanego również językiem jelenim. Paproć ta posiada zimotrwałe liście i przez to jest atrakcyjna. W przeszłości była również kradziona i jej stanowisko zostało zagrożone do tego stopnia, że zaczęła zanikać. Wtedy władze postanowiły zamknąć ten odcinek, a dostęp do niego był możliwy tylko z przewodnikiem. Pamiętam okres, w którym oficjalny szlak przez ten wąwóz prowadził skrótem omijając miejsce, w którym na skałach zieleńcowych rośnie paproć, która wcale paproci nie przypomina.

      Usuń
    5. Tak, Janku, pamiętam: ta paproć nie jest podobna do paproci. Ogrodzenia już tam nie ma, chyba nawet są jakieś tabliczki informacyjne. Swoja drogą niedawno pomyślałem, że chciałbym przejść tamte wąwozy jeszcze raz; chyba zrobię to w tym sezonie.

      Usuń
  3. Dziękuję za kolejną wyprawę w góry - opowiadasz tak obrazowo, że czułam, jakbym też tam była :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję, Aniko. Skoro tak, to załóż płaszcz przeciwdeszczowy i pójdź na następną wędrówkę; gdzie będzie ślisko lub stromo, podam Ci rękę :-)
      Przed chwilą opublikowałem opis niedzielnego wyjazdu.

      Usuń