Moja książka

Góry Kaczawskie słowem malowane

250619 Miałem okazję poznać świętokrzyskie drogi i tatrzańskie szlaki, przemierzałem łęczyńskie bagna i podlubelskie lasy, spędziłem ki...

poniedziałek, 2 maja 2016

Wokół moich lektur


140416
Z książki wypadła kartka, najwyraźniej używana przeze mnie jako zakładka przy pierwszym czytaniu, a na niej odręczne notatki o sedymentacji, abrazji, eworsji, etc. - ślady mojej dawnej lektury z okresu zainteresowań morfologią Ziemi. Kiedy to było? Myśl krąży bezradnie nad latami, w końcu dostrzega małego Bartka pomagającego przewracać mi kartki książki. Trzydzieści lat temu.
Arystoteles, „Zachęta do filozofowania”.
„W tymże badaniu przyrody zawiera się też jakaś nie dająca się zaspokoić, a wypływająca z poznania rzeczy rozkosz, wśród której jednej tylko możemy – po spełnieniu koniecznych powinności i wolni już od zajęć – wieść życie piękne i szlachetne.”
Cyceron, „O najwyższym dobru i złu”.
Nie czytałem Cycerona, te słowa zostały zamieszczone w dodatku do czytanej przeze mnie „Zachęty”, ale skoro w jednym tylko zdaniu autor zawarł tyle mądrości, niewątpliwie powinienem traktat przeczytać.
Czy Arystoteles zachęcił mnie? Nie. Jego argumenty zawierają aprioryczne założenia (oczywiście wypowiadam tutaj swoje zdanie, które nie musi być słuszne) i dlatego chybiają, chociaż powyżej tych założeń wydają się być logiczne. Owszem, cały tekst byłby zachętą, ale do filozofowania w starym, bardzo starym znaczeniu tego słowa. Oddam tutaj głos Kazimierzowi Leśniakowi, autorowi wstępu do mojego wydania „Zachęty”.:
>Przez długi czas termin „filozofia” ma znaczenie bardzo ogólne. Oznacza wszelką ciekawość, wszelką kulturę intelektualną, wszelki wysiłek umysłu dla wzbogacenia się nowymi treściami poznawczymi.<
Teraz ja.: Jednakże wcześnie zaczęło się filozofowanie w takim znaczeniu, w jakim nadal rozumiemy to słowo: jako dzielenie włosa na cztery; jako próby poznania i zrozumienia świata przy posługiwaniu li tylko umysłem, w fotelu, w czasie dyskusji; jako tworzenie rozległych systemów porządkujących świat. Systemów czasami dziwnych, a nawet dziwacznych – vide solipsyzm. Tekst Arystotelesa powinien nazywać się „Zachętą do bycia mądrym”, ponieważ filozofa nie można nazwać mędrcem tylko dlatego, że doskonale zna historię filozofii, ani nawet dlatego, że stworzył swój własny system filozoficzny. W swojej zachęcie autor myśli o byciu mędrcem w znaczeniu człowieka życiowo mądrego, zaznaczając jego umiejętność spokojnego i szczęśliwego życia bez niemożliwych do spełnienia namiętności, a jeszcze lepiej po prostu bez namiętności – a pisze raczej o typowym filozofie.
Na koniec o jeszcze jednym znaczeniu słów filozofia i filozof. Otóż w moim środowisku zawodowym nierzadko wystarczy wypowiedzieć myśl budując dłuższe zdanie lub używając trudniejszego wyrazu, by usłyszeć o filozofowaniu, nawet jeśli chodziło o przesoloną zupę w kuchni.

Garść cytatów z moich ostatnich lektur.
Zacznę od Aleksandra Krawczuka, naukowca i pisarza wyjątkowo wysoko cenionego przeze mnie, a tak mało znanego. Potrafi on tak pisać o czasach starożytnych, o ludziach i ich czynach, że ma się wrażenie czytania pasjonującej powieści, mimo iż nie ma w jego książkach fantazji, a jedynie fakty uzupełnione wnioskami lub uzasadnionymi przypuszczeniami. Starożytnik, pisarz i mędrzec w jednej osobie.
Niżej jego słowa z książki „Stąd do starożytności”. Słowa nieujęte w cudzysłowia są moje.

„Zgodnie ze słowami kapłanki Diotymy, która – jak każe nam wierzyć Uczta Platona – tak przedstawiała Sokratesowi drogę prawdziwej mądrości, wznoszącej się w górę jakby stopniami:
Od piękna jednego ciała do piękna ciał wszystkich, od pięknych ciał do pięknych czynów, od pięknych czynów do piękna nauki, od piękna nauki do piękna samego w sobie. I dopiero wtedy warto żyć człowiekowi, gdy patrzy wprost w piękno najwyższe – czyste i nieskazitelne, nie splamione niczym obcym. Czy sądzisz, że ktoś, komu dane byłoby je ujrzeć, mógłby jeszcze żyć marnie, bez celu, nie wiadomo po co?
Akt oglądu takiego piękna nosi w języku greckim miano theoria. I z kolei jest czymś bardzo pięknym, że obecnie właśnie tak nazywa się wszelkie próby naukowego wyjaśniania zjawisk otaczającego nas świata oraz naszego bytu, zarówno jednostkowego, jak i społecznego. W naszym bowiem kręgu kulturowym każda sprawa i wręcz każde słowo sprzęgają się w nierozerwalny łańcuch, którego ogniwa prowadzą jedno za drugim ku starożytności, ku Grecji.”

Seksualizm teraz i w starożytności.
„A jeśli chodzi o sprawy erotyki – bo wokół nich najwięcej nieporozumień – to wypada stwierdzić krótko, że były one ludziom starożytności, owym brzydkim, rozpustnym poganom, w gruncie rzeczy dość obojętne. I właśnie dlatego mówili o nich w swoich mitach z taką swobodą i tak beztrosko odtwarzali piękno ludzkiego ciała – bez listka figowego! Naturalia non sunt turpia – co naturalne, nie jest brzydkie. Seksualizm antyczny to strumyk toczący wody niezbyt głębokie, ale za to jasne i przejrzyste kapryśnym, miłym łożyskiem. Natomiast chrześcijaństwo cechuje się, jak też inne wielkie religie soteriologiczne – buddyzm, islam – wrogością wobec erotyki, a nawet wręcz antyerotyczną obsesją. Jej pochodną jest stosunek do kobiet, bardzo ambiwalentny. Jako rodzaj są one istotami, przed którymi należy mieć się na baczności, zło bowiem najczęściej poprzez nie działa, kusi, uwodzi. Natomiast mogą być i bywają otaczane czcią głęboką kobiety matki i dziewice, co zresztą ma swoje odpowiedniki, a raczej korzenie, w wielu kultach pradawnych.
Powracając jednak do obrazu, którym posłużyliśmy się poprzednio: chrześcijaństwo przegrodziło tamą ów bardzo niegroźny strumyk pogańskiej erotyki, czyniąc z niej jeden z podstawowych problemów moralności. Momentalnie powstało potężne rozlewisko, głębokie i groźne, ponure i mętne, a spiętrzone wody zaczęły szukać sobie przejść podziemnych. Zrodziły się z jednej strony wszelkiego rodzaju kompleksy, fobie, urazy, wręcz obłędne doszukiwanie się zła we wszystkim, co zaledwie ociera się o sprawy seksu, z drugiej strony prawdziwie faryzeuszowska satysfakcja moralna, że jednak jest się lepszym od tych brzydkich pogan. I nie ma się co łudzić, nigdy już nie powrócimy do stanu błogiej beztroski, bezgrzeszności świata antyku. Wszyscy bowiem, zarówno wierzący chrześcijanie, jak też osoby indyferentne, a nawet ideowi przeciwnicy religii noszą w sobie przekonanie, że sprawy to podejrzane, nieczyste, deprawujące.”

Cudowna etymologia słowa cmentarz.:
>>Nie wywodzi się on, jak utrzymuje etymologia ludowa, a za nią nawet niektórzy poeci, od smętku. Nie chodzi więc o zniekształcenie pierwotnego i rzekomego „smętarza”, miejsca, gdzie się smucimy. Nie, rzecz przedstawia się zupełnie inaczej. Jest to wyraz obcy, a wzięty został z łaciny, w której brzmi „coemeterium”. Tym mianem określali rzymscy pisarze chrześcijańscy miejsca spoczynku swych zmarłych już od wieku II n.e. Ale i w łacinie nie jest on rodzimy, przejęty został bowiem z greki, mamy do czynienia z latynizacją greckiego wyrazu „kojmeterion”. A Grecy posługiwali się nim w życiu codziennym po prostu dla oznaczenia sypialni, czyli pokoju, w którym się śpi; po grecku bowiem „kojman” to spać. Natomiast pisarze chrześcijańscy chętnie podchwycili go i przejęli jako znakomite, obrazowe określenie miejsca, w którym ich bracia odpoczywają i śpiąc oczekują zmartwychwstania.<<

O mądrości.
>>(…) jakże nie wspomnieć o antycznych rozważaniach poświęconych temu tematowi? Spotykamy je w starożytnej literaturze często, niektóre mają formę osobnych rozpraw i esejów, np. Seneki De vita beata. Tutaj jednak przychodzi mi na myśl inne dziełko łacińskie pod tymże tytułem, dziełko autorstwa św. Augustyna. W szczególności zaś wspominam piękne słowa jednego z końcowych rozdziałów. Powiada się tam, że człowiek szczęśliwy to ten, który nie odczuwa niedostatku, a takim jest mędrzec. Mądrość bowiem jest równowagą duszy. Jeśli dusza zostanie nią obdarzona, ani nie przekroczy pewnych granic, ani też nie skurczy się w ciasnocie. A kiedy dusza przekracza granice? Wtedy, kiedy daje się pociągnąć urokom rozkoszy, ambicji, dumy – słowem takim namiętnościom i występkom, w których ludzie nie panujący nad sobą widzą istotę szczęścia. A co zacieśnia duszę, co ją krępuje? Lęk, smutek, niska chciwość i tym podobne nieszczęsne dolegliwości.<<
------------
„Większość ateistów przyjmuje, że jakkolwiek substancja świata ma charakter czysto fizyczny, to z niej właśnie wywodzi się umysł, piękno, emocje i wartości moralne – wszystko, co czyni życie ludzkie tak złożonym i bogatym.”
Julian Baggini, „Ateizm: bardzo krótkie wprowadzenie”.
-----------
>>Dlaczegóż żadna z wielkich religii, patrząc na naukę, nie doszła do wniosku: „Jest lepiej, niż moglibyśmy przypuszczać. Wszechświat okazał się znacznie większy, niż przewidywali nasi prorocy, wspanialszy, bardziej skomplikowany, bardziej elegancki. Zatem Bóg musi być wiele potężniejszy, niż nam się wydawało”. Zamiast tego wołają: „Nie, nie, nie! Nasz Bóg jest malutkim Bogiem i chcemy, by tak już na zawsze zostało”. Religia, stara lub nowa, doceniając wspaniałość Wszechświata ukazywaną przez współczesną naukę, potrafiłaby wzbudzić uczucia czci i wiary, których nie poruszają tradycyjne religie.<<
Carl Sagan, „Błękitna kropka”.
------------
>>Gdy funkcją użyteczności, czyli tym, co ma być maksymalizowane, jest przetrwanie DNA, nie ma miejsca na żadną receptę na szczęście. Dopóki DNA jest przekazywane kolejnym pokoleniom, nie ma znaczenia co lub kto może ucierpieć w trakcie tego procesu. Dla genów osy samotnej korzystne jest, by gąsienica, w której składa jaja, pozostawała żywa – jako magazyn świeżego mięsa dla pożerającej ją osiej larwy i nie ma tu znaczenia, kosztem jakich cierpień to się odbywa. Geny nie liczą się z cierpieniem, ponieważ nie liczą się z niczym.
Gdyby Natura wiedziała co to jest współczucie, wykazałaby chociaż minimum dobrej woli i zadbała o to, by nieszczęsna gąsienica została przynajmniej znieczulona, zanim będzie zjadana od środka. Natura nie jest jednak ani współczująca ani bezduszna. Nie znajduje upodobania w cierpieniu żywych stworzeń ani też się nim nie przejmuje. (…) Całkowita ilość cierpień będących co roku udziałem wszystkich żywych stworzeń przekracza wszelkie wyobrażenie. W ciągu minuty, jaką zajęło mi napisanie tego zdania, tysiące uciekało przed śmiertelnym niebezpieczeństwem, umierając ze strachu, tysiące było powoli drążonych od środka przez pasożyty, tysiące umierało w koszmarnych mękach z głodu, pragnienia i choroby. Tak musi być. Gdyby kiedykolwiek nadszedł czas powszechnej pomyślności i obfitości, automatycznie nastąpiłby wzrost populacji wszystkich stworzeń, co przywróciłoby naturalny stan zagrożenia głodem i śmiercią.
(…)
Gdyby świat był wyłącznie zbiorowiskiem elektronów i samolubnych genów, bezsensowne tragedie, takie jak rozbicie się autobusu z dziećmi, byłyby właśnie tym, czego należałoby się spodziewać, podobnie jak równie ślepych trafów szczęścia. Taki świat nie byłby sam z siebie ani dobry, ani zły. Nie ujawniałyby się żadne rządzące nim normy. We Wszechświecie rządzonym przez ślepe prawa fizyki i zasadę replikacji genetycznej niektórym ludziom przydarzają się nieszczęścia, inni cieszą się zdrowiem i przychylnością losu, i nie sposób dopatrzyć się w tym jakiejś przemyślanej intencji ani jakiejkolwiek sprawiedliwości. Świat, który obserwujemy, ma dokładnie takie właściwości, jakich należałoby oczekiwać, gdyby nie było żadnego planu, celu, dobra ani zła, tylko ślepa, bezwzględna obojętność.<<
Richard Dawkins, „Rzeka genów”.

Długo buntowałem się, nim zrozumiałem i przyjąłem twierdzenia angielskiego biologa zawarte w tych cytatach. Dopiero gdy dostatecznie poznałem mechanizmy ewolucji, przestałem wierzgać przeciw ościeniowi. Wiedza ta nie tylko daje mi intelektualną satysfakcję, ale i pomaga wartościować zdarzenia mojego życia i jego odmiany. Paradoksalne? Nie, jeśli weźmie się pod uwagę mój ateizm. Cóż więc zostaje, skoro nie mam oczekiwania i nadziei ludzi wierzących? Nade wszystko w moich rękach znajduję cały sens i wszystkie cele, mam więc dużo, może nawet więcej niż tamci.

8 komentarzy:

  1. Książki Krawczuka bardzo cenił sobie mój ojciec- dogadalibyście się, jeśli chodzi o wybór lektur i postaw.
    Ateizm jest równie pociągający, jak każda religia. Tylko w inny sposób tłumaczy ludzkie postępowanie. Ważne jest przecież tylko to, czy o poranku możemy spojrzeć w oczy osobie, którą widzimy w lustrze.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Myślę, Aniu, że to kwestia mojej osobowości, nie uroku wiary czy jej braku. Chcąc wierzyć, nie potrafię.
      Nie potrafię nie tylko z powodu jak najbardziej oczywistego, mianowicie ze względu na niezależność wiary od naszej woli (w tym jednym wiara podobna jest do miłości), ale też ze względu na swoją rzeczowość, dociekliwość, na myślenie czasami zbyt logiczne. Nie potrafię przyjąć czegoś tylko dlatego, że przyjmuje tak wielu ludzi, albo że tak mówią autorytety. Muszę sam zrozumieć, „przetrawić” w sobie, znaleźć zgodność z moim sercem i moim rozumem - wtedy przyjmę. Tyle że takie podejście o mile odległe jest od wiary.

      Usuń
  2. Aleksander Krawczuk (ur. w 1922 r)zapytany o receptę na długowieczność odpowiedział:
    książki, koniak, kobiety,
    - książki na rozwój szarych komórek,
    - koniak na dobre krążenie,
    - kobiety dla przyjemności.

    Takie 3K bardzo mi się podoba.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A czyż nie pisałem, że Krawczuk jest mędrcem?! Oto masz przykład tej jego życiowej mądrości! :-)
      Janku, miałem przeprowadzkę, później jakieś awarie, siedzenie w kasie i znowu przeprowadzkę (pozdrowienia z Poznania!); jutro kończę pracę o 19, postaram się zadzwonić do Ciebie około dwudziestej. Nie śpij! :-)

      Usuń
    2. In vino veritas - prawda w winie, jak powiedział Pliniusz Starszy.
      A wiadomo, że koniak (brandy) powstaje z wina.

      Ja mam skłonność do modyfikowania niektórych rzeczy, więc do dzieła.
      - książki dla dobrego rozwoju szarych komórek,
      - koniak dla dobrego krążenia,
      - kobiety dla dobrego samopoczucia.
      Z życia należy czerpać jak najwięcej dobra.

      In vino veritas, in aqua sanitas
      - w winie prawda, w wodzie zdrowie.

      (Postaram się nie spać)

      Usuń
    3. Cześć, Janku.
      Modyfikacja zgrabna, nie powiem, jednak należałoby sprecyzować to dobro, które mamy czerpać z życia, ponieważ czytając Twoje słowa uświadomiłem sobie, że chyba nie znajdę człowieka nie zgadzającego się z nimi, a jednak ludzie różnią się, często zasadniczo, w swoim podejściu do życia i innych ludzi.
      Oj, długie zdanie mi wyszło…
      Więc jakie dobro? Należałoby poprowadzić rozmowę wzorem Sokratesa, próbującego prawdę wyciągnąć od rozmówców, ale w najogólniejszym zarysie powinno wystarczyć zaznaczenie, że to dobro ma być dobrem nie tylko dla tej osoby, ale i dla innych, a przynajmniej nie być złem dla nich.
      Mile odebrany zbieg czasu: kilka dni temu czytałem coś niewielkiego o Pliniuszu, właśnie tym starszym, który zginął w wybuchu Wezuwiusza.
      Prawda w winie… Ależ to prawda! Jeśliby rozszerzyć użyte słowo „wino” na wszelki alkohol, to wszak prawdą jest, iż działa on, zwłaszcza w znacznych ilościach, w ten sposób, że odsłania wnętrze człowieka, te jego cechy charakteru, które w stanie trzeźwości są ukrywane. Dlatego lubię ludzi, którzy po alkoholu śpiewają, tańczą lub… grzecznie usypiają.

      Usuń
    4. Krzysztof, może lubisz tych, co po alkoholu pośpiewają, potańczą, wrócą samodzielnie do swego domu i grzecznie zasną? Tak jak robię to ja?

      Usuń
    5. Właśnie takich, Janku! :-)
      Zastanawiałem się, jaki ja jestem po dużym alkoholu (pijąc często, nadzwyczaj rzadko nadużywam, stąd chwila zastanowienia), no i wyszło mi, że na początku jestem bardzo gadatliwy, a później senny. Czyli popaplam jęzorem i usypiam.

      Usuń