Moja książka

Góry Kaczawskie słowem malowane

250619 Miałem okazję poznać świętokrzyskie drogi i tatrzańskie szlaki, przemierzałem łęczyńskie bagna i podlubelskie lasy, spędziłem ki...

piątek, 20 maja 2016

O pustce w głowie


260416
Otworzyłem swoje dopiski, napisałem datę i zatrzymałem się, słuchając siebie. Migają mi obrazy z ostatnich dni przemieszane z ulotnymi, głęboko tkwiącymi we mnie, trudnymi do uchwycenia nawet myślą, wrażeniami budzonymi słuchanym koncertem La Notte Vivaldiego i pragnieniem pisania. Mieszają się moje własne przeżycia z fantazjami i z życiem stworzonych kiedyś postaci, chwile niedawne z chwilami sprzed wielu lat, myśli moje i nie wiem czyje, jakby obce, nieznane. Jest we mnie przekonanie – w podobnych sytuacjach odczuwane już wielokrotnie - o stworzeniu dobrego testu odkrywającego jakąś cząstkę prawdy o ludzkim życiu wewnętrznym, gdyby udało mi się scalić te wszystkie myśli i wrażenia, ułożyć je w jakiś sensowny ciąg i wyrazić słowami.
Trzymam palce nad klawiaturą, czuję pragnienie dotykania klawiszy, ale nie daję sobie tego cudownego podrażnienia palców odczuwanego po parogodzinnym pisaniu. Wstaję i wychodzę na dwór. Zimna noc kwietniowa bez zapachów nie pomaga mi, wracam i gapiąc się w ekran, próbuję dociec istoty swoich odczuć. Przebić mur niemożności i wychodząc na drugą stronę, w inny świat, odkryć w nim cząstki prawd o sobie i swoim życiu. Tak, tylko jak to zrobić? Siedzę i gapiąc się w ekran słucham La Notte Vivaldiego…
Wiele lat temu siedziałem w samochodzie zaparkowanym w zatoczce cichej uliczki gdzieś na krańcu Polski i patrząc na kasztany leżące pod gubiącym je drzewem, słuchałem tego właśnie utworu i myślałem o swoim pisaniu. To wtedy ten koncert stał się dla mnie wyjątkowy, z czasem związany ze mną dziesiątkami nitek. O jednej z nich napiszę.
Było to we Wrocławiu, w Auli Leopoldina. Dyrygował rozluźniony, opowiadający dowcipy, jak zwykle rozczochrany, Jerzy Maksymiuk. Nim podniósł pałeczkę, opowiadał o przeglądaniu nut jednego z koncertów wiolonczelowych Vivaldiego.
-Takie zwykłe plum plum, jakby Vivaldi jedną ręką pisał, a drugą trzymał na kolanie zakonnicy, ale później dostrzegłem tam… piękno. – jakoś tak podobnie mówił.
Od tamtych chwil minęło już ponad 10 lat, ale koncert pamiętam, wiolonczelistkę też, i chociaż wtedy słuchałem innego koncertu włoskiego księdza, teraz, po latach, tamte chwile znalazły sobie miejsce w mojej pamięci tuż przy La Notte, może właśnie z powodu wspólnego im piękna.
La Notte to wrześniowy ciepły wieczór i spadające kasztany, ale też tęsknoty, pragnienia i fascynacje. To lepszy świat i radość pisania.

Mało wyraźne zjawy obrazów i niejasne odczucia nie chcą się połączyć, ani tym bardziej wyrazić słowami. Ech, nic dzisiaj nie napiszę, sięgnę więc po książkę, ale może jeszcze utrwalę tutaj chwile sprzed kilku dni – dla kontrastu.:

Po piętnastogodzinnej, nie tylko fizycznie ciężkiej pracy, wyruszyłem w drogę. Jechałem walcząc z obezwładniającą sennością: mówiłem głośno, dłonią strzelałem się po twarzy, ruszałem szczękami. Daremnie. Trzęsienie scanii zjeżdżającej z szosy budziło mnie, przestraszony szarpałem kierownicą, ale adrenaliny wystarczało mi na parę minut, nie dłużej; pragnienie snu ciała zmęczonego wielogodzinną pracą zwyciężało i znowu usypiałem na sekundy. Zatrzymawszy się za naszą ciężarówką stojącą na światłach awaryjnych, nie wysiadłem od razu, zbierałem siły na opuszczenie ciepłej kabiny, a gdy w końcu wyszedłem, zimno uderzyło we mnie taranem. Drżałem i kuliłem się, a po przeraźliwie pustej głowie kołatało mi się rozpaczliwe pytanie: co ja tutaj robię!??
Do celu dojechałem cudem, po niemal dwudziestu czterech godzinach pracy non stop. Był już dzień, trawy siwo oszronione, w kampingu zimniej niż w zamrażarce mojej lodówki. Założyłem na siebie podkoszulki i swetry, skarpety i kalesony, skuliłem się pod dwoma kołdrami i czekałem na ustanie drżenia ciała żeby usnąć. Budzik zadzwonił po niespełna czterech godzinach. Wstałem zanurzając się w lodowatym powietrzu, a musiałem, żeby zmontować instalację elektryczną przed przyjazdem pogotowia energetycznego.
Kiedyś w jakiejś rozmowie powiedziałem, zapytany, że pracuję w branży rozrywkowej.
-Śpiewa pan?! – usłyszałem zdumiony okrzyk.

4 komentarze:

  1. Śpiewa Pan? - bezcenne. Na razie tyle.Potem spokojnie przeczytam jeszcze raz. Teraz za oknem mam majestatyczne Góry Stołowe i poranny rejwach ptaków, a w głowie już podjeżdżam pod Karłów. Dobrego dnia, Krzysztofie!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Och, Aniu, ależ Ci zazdroszczę widoków! Jedź i chłoń przyrodę, ale pamiętaj, bardzo Cię proszę, żebyś czasami i na szosę zerknęła :-)

      Usuń
  2. Ja również śpiewam
    - cienko przed wypłatą.
    Krzysztof, Ty coś napisałeś, a ja mam dołek. Jeden temat już się dawno przeterminował, drugi czeka na uzupełnienie, a trzeci chyba niedługo się ukaże...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Śpiewasz przed wypłatą? Wiem coś o tym, wszak nic innego, jak niezłe pieniądze trzymają mnie tutaj.
      Janku, tak napisałeś, jakbyś dołek miał w związku z pisaniem; jeśli tak, to doskonale Cię rozumiem, jako że też tak mam. W zaufaniu powiem Ci, że dołki to moja specjalność. Zsuwam się w nie nie wiadomo kiedy i z jakiego powodu, później coś popycha mnie ku górze, czasami nawet wysokiej, gdzieś w pobliże Olimpu, a później znowu… Przez te huśtawki czasami myślę, że miewam PMS, ale mówią, że to zdarza się tylko kobietom, więc nie wiem. A może po prostu brak mi snu?

      Usuń