Moja książka

Góry Kaczawskie słowem malowane

250619 Miałem okazję poznać świętokrzyskie drogi i tatrzańskie szlaki, przemierzałem łęczyńskie bagna i podlubelskie lasy, spędziłem ki...

środa, 14 lutego 2018

W odwiedzinach u znajomych

110218
W Górach Kaczawskich: Chrośnica, Leśniak, Okole, Pańska Wyskoczka, Chrośnica, Lastek, Chrośnica.


W czasie karuzelowego sezonu, będąc na permanentnym głodzie wędrówek górskich, wymyślam zajęcia lub zakupy związane z górami, aczkolwiek niekoniecznie z rozsądkiem. Mam dwie półki w szafie zastawione butami górskimi, oczywiście wszystkie są tradycyjne, czerwonosznurówkowe, ale przejawy mojej tęsknoty bywają i inne, równie dziwne. W sobotę, robiąc cotygodniowe zakupy, pomyślałem, że może mało mam woreczków śniadaniowych, a używam je tylko szykując się do wyjazdów na łazęgi. Kupiłem paczkę, a w pokoju, rozpakowując zakupy, zobaczyłem, że mam już dwie paczki woreczków, zapas na dwa lata. W pudle pod biurkiem mam różności związane z butami, wśród nich zapas czerwonych sznurówek na całe życie, a w szafie tyleż skarpet trekkingowych.
Z ciepłym, wyrozumiałym uśmiechem przyjmuję te swoje zakupy, widząc w nich przejaw tęsknoty, a tę mam za cechę bardzo ludzką i... nobilitującą.
Ileż to razy gmerałem w szafie nie mogąc się zdecydować, które buty mam założyć na najbliższą wędrówkę; nadmiar bywa równie kłopotliwy jak niedobór, ale lubię te moje niezdecydowanie, te chwile wyciągania kolejnych butów z szafy i ich oglądania. Przedwczoraj wybrałem buty, nasmarowałem je specjalnym tłuszczem, założyłem czyściutkie sznurówki i odstawiłem, gotowe na niedzielny wyjazd. Wczoraj zmieniłem zdanie, wybierając inne buty. Tamte odłożyłem do szafy obiecując im założenie ich za tydzień.
Uwaga a propos: nie zakładajcie na łazęgę skarpet bawełnianych, bo po przemoczeniu są zimne i długo schną. Zwolennikom nowoczesności polecam skarpety z coolmaxu, tradycjonalistom z wełny.

Rano byłem jakiś taki… niewydarzony. Spać mi się chciało okrutnie, głowa ciążyła, myśli się plątały niechciane – słowem: jechałem bez entuzjazmu, ale wierzyłem, że gdy już pójdę, droga i dal wezmą mnie w posiadanie. Tak było, ale moje niewydarzenie odzywało się jeszcze parę razy tego dnia.
Najpierw samochód przytuliłem do pobocza szosy, ale nim wysiadłem uznałem, że tutaj, na zakręcie, nie mogę parkować, więc pojechałem nieco dalej i zaparkowałem u wylotu leśnej drogi. Wysiadłem i rozejrzałem się. Kurcze, ten opel nie jest wiele wart, ale dla mnie jest cenny, a chcę zostawić go na takim odludziu? Zjechałem do wioski i zaparkowałem na stałym swoim miejscu. W efekcie wyruszyłem w drogę z opóźnieniem, ale że dzień wyraźnie już dłuższy…
W lesie, w niekorzystnych warunkach oświetlenia, zrobiłem kilka zdjęć aparatem, i wyciągnąłem swój nowy nabytek, smartfon z dobrym aparatem foto. Uruchomiłem go, ale nim prztyknąłem zdjęcia, maszyna wyświetliła mi komunikat, że się wyłącza. Nacisnąłem coś niewłaściwego? – oto pytanie człowieka, któremu przyciski zawsze sprawiały kłopoty. Przy drugiej próbie maszyna poinformowała o problemie. Brak prądu. Nie naładowałem baterii, skleroza.
Ale to jeszcze nic, największą niespodziankę miałem pod wieczór.
W ciągu dnia czas sprawdzałem na ekranie aparatu, nie mogąc sprawdzić w telefonie. Schodząc do wioski uznałem, że mam dość czasu, by przeciąć dolinę i po drugiej stronie wejść na ulubione zbocze Lastka. Nawet jeśli się spóźnię z powrotem, trafię, drogi znam. Poszedłem, a miejsca zobaczyłem takie, jakimi widziała je moja pamięć. Słońce już zaszło (a tam zachodzi wcześnie, zasłaniane łańcuchem wzgórz), pół godziny brakowało do siedemnastej, jakby odrobinę ciemniej się zrobiło, czas dojścia do wioski oceniłem na dobre pół godziny, pora więc na powrót. Zaraz na początku zejścia zobaczyłem dużego psa, z wyglądu właściwie przypominał nieostrzyżoną owcę, ale o sympatycznym wyglądzie. Bieg do mnie machając ogonem i głową, więc najwyraźniej w dobrych zamiarach. Gdy już przywitaliśmy się należycie, podeszła do nas jego właścicielka.
Zaczęliśmy rozmowę, która nie wiadomo kiedy skończyła się we wsi, na podwórzu jej domu.
Pozdrowienia dla Chrośniczanki :-)
Niewiele dalej miałem samochód, a gdy usiadłem i włączyłem stacyjkę, zobaczyłem zegar: pokazywał godzinę 16.20. Zamrugałem oczami nim zrozumiałem, że w aparacie miałem ustawiony czas letni.
Zdążyłbym jeszcze odwiedzić skały po drugiej stronie szczytu – pomyślałem i westchnąłem nad moją coraz częstszą gamoniowatością.

Zalesiony masyw Leśniaka i Okola jest drugim co do wielkości w tych górach, ale rzadko go odwiedzam właśnie z powodu lasów, więc i braku widoków, aczkolwiek na szczycie Okola jest popularny punkt widokowy. 



Na szlaku widziałem kilka ludzkich tropów – tak właśnie pomyślałem, nie śladów, a tropów; patrzyłem na nie z wyrzutem, bo któż to łazi po moich górach?
Cóż, na ścieżkach kaczawskich widuje się ślady saren, nie ludzi.
Szlak wiedzie grzbietem masywu, a mija się wiele skał, w tym kilka dużych. Górą obsiadłe są drzewami, niżej omszałe, niektóre cofnięte do drogi, zapomniane, stoją tam tak dawno, że starymi już były, gdy młody Bolko zalecał się do księżniczki Emnildy. Przez kilka lat nieobecności tutaj zapomniałem, jak wiele ich jest i jakie robią wrażenie.
Szedłem wiatrołomem – smutny widok lasu najpierw powalonego nawałnicą, później dobitego przez ludzi. Z ziemi sterczą postrzępione kikuty pni, niektóre chylą się na pół wyrwane z ziemi, albo leżąc mierzą w niebo bezradnie rozcapierzonymi pazurami korzeni. Pnie zostały pocięte i wywiezione, ale wokół zostały sterty gałęzi i wzgardzone strzępy rozerwanych pni; pod nimi głębokie koleiny podbiegają wodą. Trudno się idzie taką drogą, także dlatego, że i ona sama, rozjechana i poraniona, traci naturalny swój urok. Trochę niesamowite są takie miejsca, jakbym na miejscu zbrodni był.


Nie sposób ominąć dwóch najwyższych szczytów, sama droga do nich zaprowadzi, chociaż pod Okolem potrzebna jest uwaga. Szedłem szlakiem, później zostawiłem go i skręciłem w stronę głównego mojego celu, małej górki wyrosłej na stoku dużej góry. Po chwili zobaczyłem znaki szlaku – spotkaliśmy się idąc innymi drogami? Zapewne tak. Jednak niewiele dalej szlak gdzieś mi się zapodział, później znalazłem go na rozdrożu, którego nie ma na mapie ani w mojej pamięci; biegł w lewo, a ja idąc w prawo spotykałem go prowadzącego na bok, i tak było parę jeszcze razy. Mętlik. Otóż zmieniono bieg tego szlaku, zostawiając jednak stare oznaczenia, czyli zrobiono bałagan. Nie lubię chodzić kaczawskimi szlakami, ponieważ logika ich oznakowania przypomina mi logikę obsługi wielu programów komputerowych; może autorów łączy jedna szkoła?
W moich górach spotyka się górki mające takie same nazwy, bywają też podobne: nad Trzmielową Doliną wznosi się Wysoczka, natomiast na zboczu Okola pęcznieje mała Pańska Wysoczka. Takich górek, w większości bezimiennych, jest przynajmniej setka, ale akurat tę związałem ze sobą swoimi literackimi fantazjami i dwukrotnymi odwiedzinami. Dojście na szczyt od dołu pamiętam dokładnie, od góry niezbyt, więc oczywiście wybrałem trudniejszą drogę: schodząc szukałem dojścia w labiryncie leśnych dróżek. Sporo ich przybyło, kilka znikło, a to za sprawą maszyn leśników, jednak skały szczytowe znalazłem dość szybko. Otaczające je świerki sporo urosły, zakrywając skały całkowicie. To dobrze – pomyślałem – będą tylko moje, jednak gdy siedziałem tam, spokoju nie dał mi widok sporego młodniaka rosnącego po sąsiedzku. Jak na młode drzewka są dość wysokie... Za wysokie – stwierdziłem w końcu. Kiedyś próbowałem przejść tamtędy, ale las był zbyt gęsty, więc dzisiaj wyszukałem obejście i… Nie mam wysokościomierza, ale wiele wskazuje na ukrywanie się szczytu właśnie tam. Połowa wzniesienia jest odkryta, lasek wykarczowano otwierając ładny, daleki widok. Mogłem przyjrzeć się torowi narciarskiemu na Łysej Górze wznoszącej się vis a vis, po drugiej stronie doliny; porównując kąt widzenia toru do kąta widzianego na mapie, próbowałem upewnić się, czy stoję na szczycie. Wyszło mi, że owszem, a więc tamte skały są bocznym wzniesieniem. 



 
Po co to wszystko? Czy nie lepiej byłoby kupić GPS? Nie lepiej. GPS używałem już dawno jadąc samochodem, ale nie chcę wędrować z maszyną w ręku i być przez nią prowadzonym. Jej bezbłędne wskazówki zaprzeczałyby idei moich włóczęg, zmieniając je w marsz do celu. Nie chcę tak. Szukanie drogi i niepewność znalezienia mają urok, a nade wszystko są moje; nie zamienię ich na maszynową pewność.
Wiele już razy przekonałem się o odmienności widoków tej samej drogi w zależności od kierunku wędrówki. Dzisiaj doświadczyłem tego na południowych zboczach masywu, w czasie drogi powrotnej do wioski. Kilka lat temu szedłem tędy w drugą stronę, dzisiaj zobaczyłem urocze łąki podgórskie i nieznane widoki w górach nieźle mi przecież znanych.


 Takimi łąkami, w takim otoczeniu, chciałbym iść do zmierzch a rano od nowa, ale zobaczyłem dróżkę, a ona skusiła mnie. Tak, dałem się jej podejść, zostawiłem bezdroża rozległych łąk i wszedłem na drogę ciekawy gdzie mnie zaprowadzi. Nie były to manowce, a wioska. Mając czas, poszedłem na drugą stronę, w Chrośnickie Kopy, ale o tej przygodzie już opowiedziałem.

Przy innej okazji pisałem o nieżałowaniu żadnego wyjazdu w góry, nawet gdy cały dzień szedłem w deszczu. Dzisiaj słońce towarzyszyło mi przez kilka godzin, widziałem dzikie skał i odległy horyzont, wiele gór wokół, a każda z moimi śladami, i jeśli czegoś żałuję, to tylko chwil okazanego zniecierpliwienia i nienależytego uświadamiania sobie wyjątkowości mojego dnia.













8 komentarzy:

  1. Patrząc na Twoje zdjęcia, przypomina sbie, spoóśb w jaki trafiłam na Twój blog, zachęcona widokami gór tak podobnych do moich. I dzisiaj znów widzę pejzaże bliźniacze z moimi zdjęciami. I uczucia podobne, owo oburzenie, że oprócz moich śladów widziałam jeszcze czyjeś. No jak to? Ktoś wszedł zimą na Jelenie Skały? Ale dlaczego? To MOJE góry ;) No jedynie Tobie wybaczę deptanie śniegu na moich ścieżkach ;) Do zobaczenia niedługo ( mam już ułożone menu, nawet moczka mi się ostała z Wigilii!)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No widzisz, Anno: po Twoich górach też ktoś chodzi!
      Jeśli nic nie powiesz na Jelenie Skały, to może uda mi się któregoś dnia wybrać na masyw Gniazda pod Wleniem. Od jakiegoś czasu patrzę w tamte strony coraz częściej i obiecuję sobie bliższe ich poznanie. Zresztą, dalsze okolice Gierczyna też chciałbym poznać, tylko czasu brakuje, bo Kaczawy mi zabierają prawie cały.
      Moczka. W mojej pamięci moczka jest tuż przy Annie.

      Usuń
  2. Dziękuję za staranne zaznaczenie trasy z kółeczkami :). Bardzo dobra jakość zdjęć, co to za telefon?, bo jeśli aparat fotograficzny to spasuję, gdyż nie mam możliwości wchłaniać kolejnej nowej wiedzy. Najpiękniejsze dla mnie zdjęcia - piąte i ostatnie. Piąte, licząc w kolejności z mapą - słońce, kamień omszały i krzewinka, i niebo niebieskie z prawej. Ostatnie - zabawa słońca z roślinami, igranie z cieniem.
    Śnieg już stopniał w niższych partiach gór, na drogach pozostały tylko nieliczne placki, zanikające smugi, czy to już wiosna. Słyszałeś ptaki? Nie ma głosu w tekście. Zwróciłam na to uwagę, ponieważ dzisiaj i wczoraj nadspodziewanie je usłyszałam. Można powiedzieć, że się wepchnęły z trelami i rozpanoszyły w uszach. Wczoraj kiedy w przerwie wyszłam na balkon w wielkim mieście ( Wwa taką jest), samo centrum lecz taras od podwórka zaatakowały mnie odgłosy ptaków. Nie gołębie, gdyż ich gruchanie rozpoznaję. Dzisiaj, znowu uderzyły, kiedy wyszłam z domu. rozśpiewały się okrutnie. Jakie - nie wiem. Bardzo głośno. Wiosna? Martwię się, gdyż zdaje mi się to nienormalne. Połowa lutego. Jutro i ja pojadę w odwiedziny, wizyty są wspaniałe, a jeśli można jeszcze spacerować to… chyba raj?
    Skrzętnie notuję sobie praktyczne, wypróbowane informacje - skarpetki z coolmaxu (jestem nowoczesna ;) od kiedy zakochałam się w koszulkach przepuszczających pot na zewnątrz i pozostających suchymi).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Chomiku, dziękuję.
      Mam tani aparat kupiony w biedronce. Trochę go ustawiam, ale można też włączyć funkcję pełnej automatyki i wtedy nic się nie ustawia – to uwaga a propos Twojej niemożności zakuwania prztykologii, co doskonale rozumiem, bo podzielam z Tobą. Nawet zbieram się napisać tekst o tym. A zdjęć aparatem telefonicznym nie zrobiłem. Powinny wyjść porównywalnej jakości, a przy kiepskim świetle nawet lepsze, bo ten telefon chwalą za aparat foto. To motorola moto 3 czy jakoś tak.
      Coolmax działa tak samo. Nawet gdy but przemoknie, nie poczuje się zimna i wilgoci, bo te skarpetki nie namakają. Przy praniu jest fajnie: woda po nich spływa niemal nie mocząc, potrzebne jest namydlenie do namoczenia.
      A piąte zdjęcie wyszło tak mocno niebieskie, że kilka procent ująłem tego koloru a dodałem czerwonego, chyba jeszcze trochę za mało. Lubię zdjęcia dali z bliskim pierwszym planem, są wyrazistsze i prawdziwsze, bo patrząc w dal, na ogół katem oka widzimy coś blisko.
      Przyznam, Chomiku, że nie słyszałem ptaków, tej ich przedwiosennej wrzawy. W marcu owszem, słyszę je często; wtedy i skowronka już słuchać, cudnego zwiastuna wiosny.
      Te kółeczka są uproszczone, bo trochę więcej kręciłem się w okolicy Pańskiej Wysoczki :-)

      Usuń
  3. Co ja czytam u Krzysztofa! Ja nie wiem, co na siebie włożyć:-)!!!! Też mamy czasami opory przed pozostawieniem pojazdu gdzieś na odludziu, bo można nie mieć czym wrócić do domu po całym dniu łazęgi, jeszcze nam się nie zdarzyło, ale lepiej dmuchać na zimne. Słyszę już ptaki rano, koło 6 dnieje, potem mały koncert w lesie za drogą, a potem nalot na karmnik:-)
    Skały, kamienie, doskonałe punkty widokowe ... usiąść tam wiosną w słońcu, zapatrzeć się, wiatr osuszy pot na czole, i nie śpieszyć się nigdzie ... w Twoim wykonaniu to pewnie nieosiągalne, bo Ty zawsze idziesz i idziesz przed siebie, żeby jak najwięcej ogarnąć krokami tego kaczawskiego świata:-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ee, myślę, że żartujesz się, Mario. Wszak wełna z dawien dawna była i jest uznanym surowcem na zimowe ubiory, a w lecie, w górach, też, wszak chodzi się w wyższych, sztywniejszych butach, i jest potrzeba wchłonięcia potu i uchronienia stopy przed otarciami.
      Kiedyś przez przypadek kupiłem skarpetki z coolmaxu, i od tamtej pory używam albo takich, albo wełnianych. Tyle że zwykłe wełniane, to znaczy nie projektowane na piesze wędrówki, często są zbyt luźne, rozciągliwe, i potrafią przemieszczać się w bucie, bo brakuje im dodatkowych ściągaczy i pogrubień we właściwych miejscach, jak to mają skarpety trekkingowe.
      Trudno kupić dobre wełniane, bo oprócz dodatkowych ściągaczy powinny mieć niewielką domieszkę elastycznych włókien sztucznych, na przykład lycry albo czegoś podobnego, a to po to, żeby ze skarpetami nie zrobiło się tak, jak bywa z „góralskimi” swetrami, które w końcu potrafią sięgnąć kolan. Tyle że sprzedawcy oszukują zapewniając, że są z wełny, a okazuje się, że owszem, wełny jest, ale 20%, a powinno być 80.
      Mario, kiedyś wychodząc z kwatery wynajętej w Ustrzykach Górnych nie założyłem ochraniaczy, a trzeba trafu, że rozpadało się i deszcz nie ustał do wieczora. Założyłem pelerynę i nie zmokłem, ale wiesz, gdzie woda z peleryny ściekała, prawda? Tak, do butów! Na wieczór były totalnie zalane wodą, a ja ledwie czułem wilgoć na stopach, mając grube, trekkingowe skarpety z coolmaxu.
      Na mrozy jednak lepsze są wełniane.
      Powiem przy okazji, Mario, o swoim „górskim” podkoszulku. Średniej jest grubości, z długimi rękawami, upolowałem go w ciuchołku i dbam o niego, używając tylko w czasie wędrówek. W dotyku bardzo miły, ciepły, nie przepaca się ani nie chłonie zapachów. Bywało, że chodziłem w nim na trzydniowej łazędze i nie nabrał zapachów, ponieważ jest z najlepszego materiału na świecie, z prawdziwej wełny merynosowej.

      Próbuję wyobrazić sobie Marię karmiącą ptaki, podglądającą je przez okno i rozpoznającą tak wiele gatunków. Powiem Ci, że obraz, jaki podsuwa moja wyobraźnia, jest bardzo ujmujący i ciepły.

      Usuń
  4. Jak przyjemnie czytając Twoje wpisy poznawać nie tak odległe,a jednak dla mnie mało dostępne, tereny. Jedno co wiem i tylko mogę potwierdzić, że nie potrzeba koniecznie pchać się na uczęszczane szlaki - kiedy wokół nas tyle piękna mało znanego. Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie warto pchać się, to prawda. Wszak szlaki wyznaczono tylko po to, żeby turyści nie błądzili po nieznanych okolicach (oczywiście inaczej jest w rezerwatach), a skoro lepiej się ją zna, to wyznaczone szlaki raczej przeszkadzają niż pomagają. Poza tym im mniej ludzi, tym lepiej. Z przyrodą najlepiej obcuje się we dwójkę lub samotnie. W tłoku zawsze jest gorzej.
      Dziękuję, Aleksandro.

      Usuń