Moja książka

O wydaniu książki

011216 Od wielu lat błądziła po mojej głowie myśl o wydaniu jakiejś części moich tekstów, ale było tak, jak często u mnie, czyli tak, ...

poniedziałek, 26 lutego 2018

O niekoniecznie zbawczej roli myślenia

230218

O książkach
Słyszałem niedawno pouczającą i nieco humorystyczną historyjkę o pewnym popularnym autorze książek fantasy. Otóż gdy rozmawiano z nim o finansowych warunkach zgody na nakręcenie filmu na podstawie jego książek, zażyczył sobie udziałów w zysku, jaki film przyniesie. Ponieważ film był źle nakręcony, niedorównujący dobrej prozie, zysków nie przyniósł, dlatego gdy później firma zajmująca się tworzeniem gier komputerowych poprosiła go o zgodę na wykorzystanie jego pomysłów, zażądał konkretnej kwoty, a nie procentowych udziałów. Gra okazała się światowym szlagierem, ale znaczne profity znowu ominęły autora. Ostatnio mówi się o nakręceniu w USA filmu na podstawie… tej gry komputerowej. Ciekawe, czy nasz autor będzie na liście płac.
Coraz częściej znajduję informację o nakręceniu filmu na podstawie fabuły gry komputerowej, a i doniesienia o napisaniu książki się zdarzają.
To oczywiste przekręcenie kolejności, a więc i ważności, wszak do tej pory pierwszą była książka, film z reguły kręcono wtedy, gdy powieść okazała się bestsellerem, natomiast uznawanie sukcesu gry jako dobrego wskaźnika opłacalności filmu czy książki jest znamieniem ostatnich lat.
Daje się tutaj zauważyć przemiana, której się obawiam. Książka przestaje być wzorem, nośnikiem wartości, środkiem przekazu myśli i idei. Nie sukces książki jest miarą opłacalności przyszłego filmu, a komputerowa gra. Bliżej teraz książce do tych licznych gadżetów, którymi chce się wycisnąć dodatkowe pieniądze z dochodowego pomysłu.

Telefony i słowa
Najbardziej pasujący mi telefon nie jest już produkowany ani nawet naprawiany, kupiłem więc typowego smartfona. Tamten nieodżałowany staruszek miał porządną klawiaturę qwerty, na której dość szybko pisałem dwoma, trzema palcami, oraz niezły edytor tekstu, nowsza odmiana jedno i drugie miała znacznie gorsze, a jak ma smartfon, to wszyscy wiedzą. Jeśli do tego faktu dodać wielką popularność komputerów bez klawiatury, wyraźnie widać odchodzenie od pisma. Akurat tutaj rozumiem producentów, którzy dają ludziom to, co chcą. Mamy więc wiele w naszych komputerkach, ale litery są na tej liście na dalekim, właściwie na ostatnim miejscu.
Aparat fotograficzny noszony przez każdego i zawsze jest przydatny w wielu sytuacjach, ale to, co nierzadko widuję, budzi moją niezgodę. Tam, gdzie informację można precyzyjnie zapisać w paru słowach, robi się zdjęcie, które nie zawsze jest czytelniejsze do słów. Któregoś razu dałem szefowi odręcznie, ołówkiem (a moje pismo trudno przeczytać; upewniałem się, czy zapis jest dla niego czytelny) zapisaną kartkę z paroma wymiarami, razem może kilkanaście słów i liczb; dane te miały być wysłane mailem. Ze zdumieniem, ale i odrobiną rozbawienia, patrzyłem na wygładzanie karteluszki, na robienie kilku zdjęć, ich oglądanie i wybieranie wyraźniejszego, na koniec wysyłanie zdjęcia jako załącznik do pustego e-maila.
Pisanie coraz częściej jest kłopotem dla ludzi. Wielka sztuka, którą ludzie doskonalili przez tysiąclecia, na naszych oczach jest zapominana. Boli mnie wzruszanie ramionami nad traceniem zdolności rozumienia pisma. Trudno mi się pogodzić z tą obojętnością ludzi, z jakże łatwym i szybkim odchodzeniem od zwyczaju używania liter.

Telefony i milimetry
Znajomy używający bardzo często telefonu podzielił się ze mną ciekawym spostrzeżeniem: telefony były i są z kabelkami. W samochodzie ma ładowarkę – tłumaczył – oczywiście w pracy oraz w domu też, i korzysta nich przy każdej okazji. Tyle że, dodam od siebie, kiedyś kabelkiem płynęły nasze słowa, teraz prąd do bateryjki. Dlaczego nie wyposaża się telefonów w większe baterie? Ponieważ ludzie chcą mieć cienkie telefony, słyszę. Otóż nie zgadzam się z takim wytłumaczeniem. Przy niemałej powierzchni obecnych telefonów, po ich pogrubieniu o 2 milimetry wielkość miejsca na baterię wzrosłaby przynajmniej dwukrotnie, a telefon nadal byłby cienki. W początkach ery telefonów mobilnych modna była nokia 450, pierwszy telefon prawdziwie kieszonkowy; kosztował, nota bene, 4500 zł. Można było podłączyć do niego standardową baterię lub, bez żadnych przeróbek, dwakroć większą, która sporo pogrubiała telefon. Większość użytkowników, łącznie ze mną, kupowała większe baterie, ale wtedy był wybór, którego obecnie producenci nas pozbawili, na dokładkę wmawiając nam, że właśnie tego chcemy. Telefon musi mieć 8 mm grubości i ważyć 8 deko, bo dziesięciomilimetrowy i dziesięciodekagramowy jest be.
I ludzie w to wierzą, a nawet zaczynają uznawać takie poglądy za swoje własne.

Elektronika i samochody
W moim samochodzie jest coś, co nazywa się klimatronik: skomplikowany zespół czujników, silników, przekładni i komputerowy sterownik na dokładkę. To wszystko w miejsce dwóch czy trzech zwykłych mechanicznych pokręteł do ustawiania temperatury w samochodzie. Ten mój nie działa zbyt dobrze, ale gdy usłyszałem możliwy koszt naprawy uznałem, że... właściwie działa bardzo dobrze.
Z każdym rokiem w samochodach przybywa elektroniki. Dawniej rewolucją był cyfrowo sterowany wtrysk paliwa w miejsce gaźnika, później ABS, czyli elektroniczno-hydrauliczny nadzór nad hamowaniem, a teraz jest systemów tyle, że chyba tylko redaktorzy motoryzacyjnych magazynów znają je wszystkie. Nawet otwieranie okien czy bagażnika, nie mówiąc o zawieszeniu czy przeniesieniu napędu, nadzorowane jest specjalistycznymi komputerkami.
Co mamy w zamian? Według mojej oceny niewiele istotnie przydatnych funkcji, dużo więcej bajerów obliczonych na zaszokowanie klienta, jak otwieranie bagażnika machnięciem nogi czy domykanie drzwi siłownikami. Mamy ślepą uliczkę. Wszechobecność elektroniki spowodowała nie tylko konieczność wykonywania prostych napraw w warsztacie, ale i unieruchomienia samochodu mechanicznie sprawnego z powodu złego działania jakiegoś programu komputerowego lub jego najzwyklejszego zawieszenia się. Każdy z nas zna z autopsji lub z opowiadań zdarzenia, które szokowałyby, gdyby nie ich powszechność. Wiezienie samochodu na lawecie z powodu spalonej żarówki, która unieruchomiła swoim zwarciem niezawodną jakoby elektronikę, przejście w tryb awaryjny w momencie wyprzedzania, uparte informowanie komputera o zepsutej sondzie, bezzasadna odmowa uruchomienia silnika – przykładów mnożyć.
Podobnie jak w przypadku cieniutkich telefonów codziennie ładowanych, przekonuje się nas, że tego właśnie chcemy – i, podobnie jak tam, nie zgodzę się.
Owszem, bajery nieco poprawiają wygodę, to i owo zdejmują nam z głowy, ale tylko nieco, tylko to i owo, a dzieje się to znacznym kosztem cen samochodów i napraw, a nade wszystko ich zwiększonej zawodności.

O kosztach utrzymania samochodu
Napiszę coś, co niektórych dziwi; słyszę jednak i podobne zdania. Otóż przeciętnego Polaka tak naprawdę nie stać na nowy lub niewiele używany samochód, o ile przyjmie się dwa warunki: na nowy samochód średniej klasy (czyli kosztujący 100, albo niewiele mniej, tysięcy złotych) nie można oszczędzać kilka lat lub tyleż lat go spłacać, ponieważ ekonomicznego sensu w takim postępowaniu nie ma, a niewielu z nas jest w stanie wydać takie pieniądze po rocznym, na przykład, oszczędzaniu. Drugi warunek, to nieprzekraczanie rozsądnych kosztów utrzymania samochodu w stosunku do dochodów. Przed chwilą sprawdziłem ceny. Nowy opel astra kosztuje od 60 do 90 tysięcy, natomiast dziesięcioletni 15 - 20 tysięcy, a to znaczy, że na samą amortyzację wydajemy pięć lub więcej tysięcy złotych rocznie. W przypadku droższych samochodów ta kwota wzrośnie nawet parokrotnie; podobnie, gdy wymieniać będziemy pojazd częściej. Trudno więc się dziwić małej liczbie nowych samochodów kupowanych przez prywatne osoby. Przecież jeśli dodam paliwo na przeciętny przebieg roczny i parę innych niezbędnych wydatków, kwota przekroczy 15 tysięcy; a są jeszcze naprawy – nie tylko wymiana zużytych opon czy klocków, ale i wariującej elektroniki.
Piszę o tym nie dla wykazania naszej małej zamożności, bo ta jest znana większości Polakom z autopsji, ale z powodu tej elektroniki. Kiedyś przyszła mi do głowy myśl o budowaniu samochodów pozbawionych tych wszystkich bajerów, a za to wyraźnie tańszych. Słyszałem opinię, że nikt nie kupowałby takich samochodów, ale na podstawie mojego własnego stanowiska i odbytych rozmów myślę, że jednak nabywcy byliby. To ci spośród przeciętnie zarabiających, którzy w nosie mają fajerwerki i błyskotki, a chcą mieć w miarę cichą i wygodną, a nade wszystko niezawodną i w rozsądnej cenie, maszynę do przemieszczania się, a nie do pokazywania swojego statusu, przedłużania męskości czy prób upodobnienia się do zamożniejszych.
Skoro nie byłoby potrzeby drogiego opracowywania nowego modelu, tylko odchudzenie istniejących, dlaczego nie są produkowane? A może faktycznie ma rację mój syn mówiący mi, iż w swoich oczekiwaniach i preferencjach znacznie odstaję od średniej, co tutaj znaczy, że bardzo niewiele osób ma takie oczekiwania jakie ja mam.
Mimo tych jego słów dołączam listę elektronicznych gadżetów do cieniutkiej jak listek bateryjki w telefonie i razem kładę obok naszej podległości polityce wielkich koncernów.

Precyzja języka a komputery
W mojej pracy dość często koresponduję z firmami w sprawie usług lub towarów przez nich oferowanych, obserwując przy tej okazji dużą i ciągle narastającą trudność ludzi w jasnym wyrażeniu swoich myśli na piśmie i w zrozumieniu czytanych słów. Nonszalancki stosunek do klienta mającego jakieś pytania czy wątpliwości jest normą, i to starej już daty, której kapitalistyczna walka o klienta nie zmieniła, a jedynie pokryła cienką warstwą błyszczącego lakieru. W ostatnich latach tej niedbałości wobec języka, także pisanego, szybko przybywa. Można by strony całe zapisywać przejawami językowego uwstecznienia ludzi, ale moim zamierzeniem przy pisaniu tego tekstu było tylko zasygnalizowanie pewnych przemian, a nie pisanie elaboratów, więc wspomnę o tekstach technicznych tłumaczonych z języków obcych, ponieważ z nimi mam nierzadko do czynienia zawodowo.
Niezrozumiałe dziwolągi słowne, zwykłe reklamówki zamiast istotnej treści, brak odpowiedzi na pytania lub odpowiedź nie na temat, sprzeczne informacje – to tylko kilka przykładów, niestety typowych, w treściach stron firmowych.
Jest na blogu tekst o tego rodzaju moich przygodach, z niego wklejam fragment otrzymanego listu związanego z przesyłką kurierską:
„Użytkownik HEWLETT PACKARD zażądał wysłania tej wiadomości w celu powiadomienia o przesłaniu do firmy UPS poniższych informacji o przesyłce elektronicznej. Wysyłka fizycznych paczek mogła faktycznie nie zostać zlecona firmie UPS.”
Na szczęście prywatnie nie mam już do czynienia z firmami posługującymi się takim bełkotem, w pracy jednak mam inaczej. To, z czym najtrudniej mi się pogodzić, to nie same błędy, wszak i ja je czynię, ale absolutna, totalna obojętność ludzi na ich popełnianie. Kilka razy wskazywałem moim rozmówcom błędy, i to wcale nie ortograficzne czy stylistyczne, a merytoryczne, dotyczące istotnych treści technicznych, albo błędy w budowie zdań czyniące ich treść nieczytelną – jak w tych przykładowych zdaniach wyżej – ale nigdy nie poprawiono błędów i jedynym rezultatem uwag było silnie wyczuwalne złe nastawienie rozmówcy lub po prostu jego milczenie.
Doszedłem do dwóch przyczyn takiego stanu rzeczy: pierwszy stary jest jak świat, mianowicie niechęć ludzi do wskazywania ich błędów. Drugi dawniej był mało znaczący, zwłaszcza wśród ludzi lepiej wykształconych, obecnie jednak szybko nabiera znaczenia, a jest nim obojętność na jakość słownego wyrażania swoich myśli.
Dawno zrezygnowałem z wysyłania takich wskazówek, w końcu na stronę tej czy innej firmy zajrzę, załatwię co mam do załatwienia i na tym koniec. Jest jednak miejsce, gdzie styczność z nieporadnością językową mam na co dzień, zwłaszcza w czasie wolnym, a okoliczności nie pozwalają mi z nich zrezygnować: to programy komputerowe. Przykładów można wymieniać bez końca, a wszystkie byłyby miejscami źle, bo nielogicznie, nieprecyzyjnie nazwanymi lub znajdującymi się w przypadkowych miejscach menu, jednak podam tylko dwa przykłady, wcale nie najbardziej znaczące, a po prostu ostatnie dwa przykłady.
W nowym systemie operacyjnym znalazłem ikonkę powszechnie i od wielu lat używaną jako symbol wyłącznika zasilania, a gdy kliknę na nią, otwiera się lista, na której funkcja wyłączenia komputera nazwana jest „zamknij”. Przez dziesięciolecia funkcja wyłączenia komputera nazywana była wyłączeniem komputera, no jak inaczej miałaby się nazywać. Cóż, może się nazywać jego zamknięciem. Drobiazg, powie ktoś? Dla mnie o tyle drobiazg, że dzięki wcześniej widocznej ikonce zorientowałem się co naprawdę oznacza przycisk, ale jednocześnie bardzo poważna sprawa, ponieważ niepozwalająca, albo przynajmniej bardzo utrudniająca, posługiwanie się logiką w obsłudze programów. No bo skoro wyłączenie urządzenia nazywa się zamknięciem, to właściwie spodziewać się można wszystkiego. I tak jest, bo oto z wielkim trudem, korzystając z pomocy syna, skopiowałem via internet zakładki przeglądarki internetowej ze starego na nowy komputer. Tyle że nie było ich, dopiero syn je znalazł. Ja szukałem tam, gdzie logika i spodziewanie mi nakazywały, mianowicie pod przyciskiem nazwanym „pasek zakładek”, a one były w „menu zakładki”. Gdzie tutaj jakaś logika? Myślę, że tym bezradnym pytaniem doszedłem do istotnego powodu szybkiego opanowywania obsługi programów przez dzieci: one nie doszukują się w prztykologii logiki, a po prostu prztykają gdzie się da i tym sposobem trafiają.
W obsłudze programów jest istotny pierwiastek powiązania między użytkownikiem a programistą, powiązania tykającego sfery psychiki i ducha, ponieważ do skojarzeń programisty użytkownik musi się nagiąć, wytłumić swoje odruchowe skojarzenia, nauczyć się innych odruchów, jakże często obcych i niezrozumiałych, aby móc obsługiwać dzieło umysłu nieznanej osoby – program komputerowy. Gdy czytana książka okazuje się być dla mnie niejasna, źle napisana, przestawiająca poglądy czy wartościowania obce mi, po prostu ją odłożę, nie ma nic ani nikogo, kto mógłby wywierać na mnie presję. W przypadku programistów i owoców ich myślenia jest inaczej, ponieważ albo nie ma wyboru, albo jest między złym i niewiele się różniącym (owszem, dobre programy też się zdarzają, ale rzadko). Fakty te powinny mobilizować firmy software’owe do tworzenia jak najprzejrzystszych programów, ale po co mają zadawać sobie ten trud, skoro i tak mają klientów…
Mają klientów z paru powodów, chociażby z powodu znikomo małej konkurencji piszącej przyjazne programy.
Coraz mniej jest ludzi, którzy potrafią napisać jasne i proste wyjaśnienia, przecież dlatego mało kto zagląda do funkcji pomocy w programie, a nawet jeśli zajrzy i trafi na rzetelne wyjaśnienie, to może mieć kłopot jeśli jest osobą nienawykłą do czytania, ponieważ człowiek, który nie czyta przez lata, przeczytać nadal potrafi, ale miewa kłopoty ze zrozumieniem. To fakt potwierdzony badaniami.
Niejako z drugiej strony bardzo wielu ludzi tak dalece przywykło do kłopotów z programami, że taki stan rzeczy traktują jak coś normalnego.
Nie jest to normalne.

O zbawczej roli myślenia
„Nie ma nic bardziej zbawczego niż rozmyślać ile wycierpiał za nas Bóg-Człowiek.
Św. Augustyn.”
Te słowa przeczytałem na tablicy ogłoszeniowej kościoła.
Myślałem, że Kościół wreszcie zrezygnował z oddziaływania na wiernych takimi okropnymi „myślami”...
Czy ludzie tej organizacji przyjmą kiedyś do wiadomości, jakie spustoszenie czynią w psychice ludzi, zwłaszcza dzieci, budząc w nich poczucie winy?
Czy zrozumieją, jak paskudnymi malują siebie i swojego Boga pisząc takie sentencje?
Czy znajdzie się ktoś, kto wytłumaczy Kościołowi, że coraz częstszym skutkiem „nauk” tego rodzaju jest wzruszenie ramionami lub grymas niesmaku?

17 komentarzy:

  1. Z jednej strony zgadzam się z Twoim ubolewaniem nad coraz słabszą komunikacją językową, z drugiej nie podzielam opinii na temat cyfryzacji. Na moim odludziu smartfon, tablet i laptop są podstawowymi narzędziami nawiązywania relacji ze światem. Lubię elektronikę i chętnie z niej korzystam. W zależności od odbiorcy posługuję się też różnymi formami przekazu. Czasem piszę długie e-maile, na wzór dawnych listów. Czasem wysyłam emotki lub zdjęcia i nie widzę w tym nic złego. Ot znak czasu. Ubolewam jednak niesamowicie nad zubożeniem języka i jego niepoprawnością. Ostatnio mając dużo wolnego czasu, czytuję nie tylko ksiażi, ale i blogi książkowe. Niektóre recenzje napisane są skandalicznie! Co gorsza, blogerzy posługujący się kaleką polszczyzną, chwalą się... współpracą z wydawnictwami! No cóż, będąc wydawcą chyba wolałabym, aby recenzje pisali ludzie umiejący pisać. Ale widać się mylę.
    O korespondencji z firmami już mi się nawet nie chce pisać, bo tego chyba opisać się nie da. Ostatnie moje przygody z reklamacją do... reklamacji w firmie d-link są tego przykładem- dogadałam się z programem do wysyłania wiadomości, ale gdy zaczął mi odpowiadać człowiek, okazało się, że czytać ze zrozumieniem to on nie potrafi. Ech...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Anno, wbrew pozorom mam podobnie: elektronikę „domową” używam od dawna i akceptuję; wielu ludzi poznałem dzięki internetowi i komputerom, bez komputera nie wyobrażam sobie swojego pisania, a nade wszystko ogarnięcia tego mrowia różnych tekstów, jednak elektronika w samochodzie kojarzy mi się głównie w kosztami napraw i z przesadą. Tutaj jestem minimalistą: samochód ma po prostu jechać, a wodotrysk prędzej pasuje do łazienki.
      Piszą koślawym stylem i chwalą się współpracą z wydawnictwami, piszesz. Faktycznie, znamię czasu.
      Smuci mnie to bardzo jako miłośnika słów.
      Tekst o niedzieli napisałem prawie cały. Jutro dokończę i przejrzę, opublikuję zapewne w czwartek.

      Usuń
    2. Świetnie! U mnie chyba dziś pojawi się tekst o pieczeni w kontekście naszego spotkania, bo... znów nie zrobiliśmy sobie "foci z rąsi". Cóż z nas za blogerzy, że o tym nie pamiętamy? Jako ilustracja naszego spotkania posłuży... zdjęcie mięcha ;) Cóż... to może też znak czasu? LUdzie lubią czytać o jedzeniu.

      Usuń
    3. Ano, zapomnieliśmy o zdjęciach, Anno.
      O jedzeniu przeczytają i u mnie, ale więcej o kamieniach na Tłoczynie. Przyznam się do ambiwalentnych odczuć przy kulinarnej lekturze: chcę czytać i wyobrażać sobie opisane pyszności, ale jednocześnie nie chcę, bo wzbudzają poczucie głodu.
      A posiłek już zjedzony i następny dopiero jutro, ech...

      Usuń
  2. Krzysiek, jeżeli najedziesz wskaźnikiem myszki nad napis "Zamknij" nie naciskaj lewego klawisza, lecz poczekaj chwilkę, a wtedy pojawi się zdanie w dymku:

    - Zamyka wszystkie aplikacje i wyłącza komputer.

    Najdłuższy napis pojawi się nad funkcją "Uśpij"

    Moim zdaniem to ma sens.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zapisać kredą w kominie: Janek się odezwał! :-)
      Faktycznie, pojawia się dymek zawierający czasami przydatne podpowiedzi (wiele z nich nic mi nie wyjaśnia), jednak moja uwaga pozostaje aktualna, ponieważ istotną funkcją tego przycisku nie jest zamknięcie programów – to niejako przy okazji – a wyłączenie komputera i tak też powinno być nazwane.

      Usuń
  3. Tyle elektronicznych wyświetlaczy, napisów, wskaźników, rozprasza moją uwagę w samochodzie, bo zamiast patrzeć na drogę, ja sprawdzam, jakie jest zużycie paliwa w danej chwili:-) kiedyś egr spłatał nam psikusa na granicy rumuńskiej, rzuciło czarnym dymem, zawróciliśmy do domu, a mechanik zasklepił urządzenie i powiedział, że niepotrzebne ... tyle kilometrów przejechanych na darmo:-) no coś Ty, piekiełkiem zawsze warto postraszyć:-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W takim razie masz wypasiony samochód, w moim zużycie paliwa poznaję na stacji paliw, jak drzewiej bywało :-)
      Wiadomych ludziom warto straszyć, bo wtedy mogą oferować wiernym swoje zbawcze i pocieszające usługi, czuć się potrzebni, wtajemniczeni, władczy.

      Usuń
  4. Już marzec. Z dużą przyjemnością przeczytałam Twój esej. Piszesz pięknie, tak poprawnie i w zdaniach, w których można się zakochać. Jeśli to Proust był nauczycielem to obiecuję samej sobie, że sięgnę po niego.
    Sapkowski? O nim piszesz?
    Nie wiem czy książka, ale moim zdaniem słowo zawsze będzie nieść, tworzyć znaczenia. Bez słów nie ma cywilizacji. Wszystkie nasze myśli, pojęcia, cały świat, my sami, nasze relacje są opisane przez ciągi liter. Pozbawieni znaczków, w różnych alfabetach pisanych, utracimy nasz świat i zbarbaryzujemy się. Po części można takie zjawiska już zauważyć. O tym piszesz. Kłopot polega na tym, że kultura stała się rozrywką, li tylko wyłącznie służącą konsumpcji i zagospodarowaniu wolnego czasu. Wszystko musi czemuś służyć, być po coś.
    Nie mam nic przeciwko miłemu spędzaniu czasu ale rolą kultury (książki, obrazy, sztuka cała) zawsze było być PO NIC i to jest jej największą wartością. To PO NIC, ta funkcja kultury zawsze generowała kierunki, zwroty, umożliwiała, prawdziwy rozwój człowieczeństwa, ludzi, świata. Jeśli wszystko jest po coś to musimy działać reaktywnie, zaprogramowani wg cudzych wyobrażeń, przekonań, byle jak i idziemy nie wiadomo dokąd.

    Jeszcze jedna myśli obija się wewnątrz mojej głowiny. Nie chcę takiego postępu, o którym piszesz wspominając o telefonach, samochodach, aplikacjach komputerowych. Kto definiuje, w którą stronę idziemy, że potrzebne są cieńsze telefony, mega wypasione samochody, auta elektryczne, samobieżne samochody? Enigmatycznie nazwany postęp, rozwój. Kto decyduje, czy warto włożyć wolną gotówkę w rozwój leków, zadbać o to, aby dzieci nie głodowały w Afryce, aby nie głodowały nawet w Ameryce i Europie, czy przeciwnie - przeznaczyć środki na pocienienie telefonu i kolejny system do hamowania itp. Decyzje są przypadkowe, motywowane osiągnięciem większego zysku indywidualnego, kilku procent najbogatszych osób na Ziemi. Ostatnio, na konferencji, Musk z wielką swadą i dumą przedstawiał swoją wizję technologicznego świata: samochody samobieżne opanują świat, zniknie zawód kierowcy, tysiące ludzi pójdzie na bruk, będziemy sobie wszczepiać części zamienne z przysłowiowego „metalu”, aby poprawić efektywność zawodową. Przewidywane korzyści: zwiększą się zyski, tak, jego zyski. Czy zwiększy to dobrobyt i dobrostan żyjących na kuli ziemskiej ludzi – nie, ale co go to obchodzi. Najważniejszy jest postęp.

    Czy jeśli ktoś zapytałby nas o zdanie to powiedzielibyśmy – tak chcemy takiego świata. Myślę, że nie. Kłopot polega na tym, że coraz trudniej jest nam przedstawić swoje zdanie, opinię, pomyśleć, ponieważ zaczynamy funkcjonować w formatach podobnych do telewizyjnych. Potrzebne do tego jest słowo, wyobraźnia. Masz rację Krzysiek, że nie obrazek. Twój syn się myli, nie ma racji.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję, Chomiku, za kolejny Twój zaangażowany komentarz. Jesteś z tych nielicznych osób, dla których słowo pisane i ogólniej wyrażanie się ma znaczenie.
      Parę lat temu podkradłem żonie jeden list, który napisałem do niej z wojska i z ciekawością przeczytałem. Zauważyłem znaczne podobieństwo stylu, aczkolwiek i postęp też. Także dlatego uważam, że z pisaniem jest podobnie jak z muzyką: przed własnymi staraniami musi być coś nam dane niejako z góry. Inaczej mówiąc własny udział jest tylko częścią przyczyn.
      Wydaje mi się, że Proust w pewnej mierze wpłynął na moje pisanie, a w jakiej, sama możesz sprawdzić, porównując moje pierwsze czytatki z biblionetki z tymi, które napisałem po przeczytaniu Poszukiwania. Daty też tam są.
      Myślę, że większy udział ma Marcel w przeobrażeniu mojego pojmowania sztuki i jej roli w życiu człowieka, także w docenianiu zwykłych chwil naszego życia. Wszak takimi właśnie chwilami wypełnił swoje dzieło. Nazwać je trzeba dziełem sztuki, jeśli wziąć pod uwagę możliwość oddziaływania na czytelnika i zdolność ukazywania własnego świata autora. Piszę tak, ponieważ dzięki Proustowi uznałem, iż najwartościowszą cechą sztuki jest umożliwienie jej odbiorcy dostrzeżenie świata twórcy. To, jak on postrzegał świat i jak go przeżywał, jakim go widział i co w nim budził. Jeśli uda się pokonać granicę naszych ciał i umysłów, świat ulega rozszerzeniu, wzbogaceniu i wypięknieniu; wydaje się nam, że stoimy u wrót czegoś nieznanego a pociągającego, a bywa, że i oszałamiającego. To właśnie czujemy, gdy uda się nam przeżyć dzieło sztuki, i właśnie wtedy ukazuje się najistotniejsza cecha sztuki i największa jej wartość. Bez tego mamy tylko muzeum ze starymi obrazami albo nierozumianą muzykę.
      Ja też widzę w zysku siłę napędową gospodarki i postępu technicznego, a ze względu na współczesne metody oddziaływania na ludzi mające na celu wzmożenie ich konsumpcjonizmu, także w wielu dziedzinach, które zwykło się uważać za humanistyczne, jak psychologia, socjologia czy etologia, zysk ma niemałe znaczenie.
      Tyle że nie ma jak tego zmienić. Ideał opisywali entuzjaści komunizmu (przy czym mam tutaj na myśli czystą jego definicję, a nie poczwarne płody stalinizmu), ale jest nie do wprowadzenia, przynajmniej w dającej się przewidzieć przyszłości. Niektórym autorom powieści science fiction to się udawało i obraz kusił swoją urodą, ale póki są mamy najlepszy, chociaż najgorszy, ustrój kapitalistyczny. Dobrze, że wielkimi staraniami milionów ludzi uczłowiecza się, chociaż pojawiają się nowe zagrożenia – jak te, o których wspomniałaś. Myślę jednak, że poradzimy sobie w nimi, ale co do sztuki pisania, posługiwania się słowem nie w celach czysto utylitarnych, a dla tworzenia literatury pięknej, jestem pesymistą. Coraz mniejszą ilość osób interesuje ta sztuka i tak będzie w przyszłości. Myślę, że społeczeństwa przyszłości będą żyć dostatnio i bezpiecznie, stać je będzie na wyrafinowane sposoby spędzania wolnego czasu, będą fachowcami w coraz węższych specjalnościach, ale ich wiedza ogólna, ich znajomość kultury i potrzeba jej przeżywania (kultury w obecnym znaczeniu tego słowa) będzie niemal zerowa.
      Mnie też nierzadko porusza paranoja obecnego świata: tutaj wydaje się olbrzymie pieniądze na zachcianki, wszędzie na zbrojenia, a tam ludzie, także dzieci, umierają z głodu lub pędząc nędzne życie bez radości i przyszłości. Ile istnień ludzkich można by uratować za pieniądze przeznaczone na myśliwiec, półkilometrowy wieżowiec lub jakieś reality show!
      Wbrew oficjalnym zapewnieniom życie ludzkie ma swoją cenę, zwłaszcza, gdy ten człowiek żyje gdzieś daleko i różni się od nas.

      Usuń
    2. Krzysiek, kłopot polega na tym, że to słowo konstruuje nasz świat i jeśli nie będziemy umieli nim się sprawnie posługiwać to dostatnie żyć nie będziemy. Niestety, nie podzielam Twojego optymizmu. Tu nie chodzi o socjalizm, komunizm, czy nie daj Boże stalinizm, na razie chodzi o marną demokrację i umiejętności rozmawiania i uzyskiwania konsensusu ( nie mówię tu o naszym kraju, chociaż i w nim się bardzo źle dzieje). Marną, ponieważ zajmuje czasu co niemiara, nie jest decyzją tak/nie podejmowaną na szybko i bez wiedzy oraz jednocześnie nie jest kompromisem, który nie uwzględnia priorytetów.
      Życie ludzkie, powiem niestety, jest zero warte, chyba że chodzi o nasze życie. Z kolei my mamy tez tylko jedno życie i podejmujemy niewiarygodny wysiłek, aby przeżyć je godnie, szczęśliwie, jak najlepiej umiemy, uwikłani w zależności.
      Co robić, nie wiem? Stać na gruncie rozumu i zdrowego rozsądku oraz wiedzieć, kiedy wystąpić zdecydowanie przeciw i wyrazić swoje zdanie.

      Beztroska koncernów jest niewiarygodna (napiszę tak ogólnie), a edukacja jest słaba jak mysz. Wszystko ma się zadziać samo z siebie, toż świat ludzki to nie przyroda, w której po zimie następuje wiosna. Jestem po porannej awanturze z jedną młodą kozą i jej kierowniczką. Prawie rok trwały rozmowy, rady, podpowiadanie i dzisiaj doszło do porządnej kłótni. Zero rozumienia i obijasz się o mur, robią po swojemu i w przeddzień wysyłają wesoły email - pomocy, kto jeśli nie wy. Koszmar. w czasie spotkania usiadłam w kącie, aby nie widzieć łez kozy i kierowniczki i nie dać się zwieść. Bez myślenia sobie nie poradzimy, a myślenie to słowa. świat to słowa, my to słowa, tylko w nich opisujemy rzeczywistość.

      Usuń
    3. Chomiku, stworzyliśmy świat techniczny, do obsługi którego nie jest potrzebna umiejętność ładnego wyrażania swoich myśli, a zwykłe porozumienie się. Słyszałaś zapewne, jak rozmawiają ludzie w swoich środowiskach zawodowych. To slang o bardzo uproszczonych formach gramatycznych i składniowych, ale jeśli mniej więcej te same zasady są stosowane przez jego użytkowników, wtedy funkcjonuje, spełnia swoje zadanie porozumiewania się. Nie wyrazi się nim skomplikowanych stanów ducha, ale co włączyć, gdzie kliknąć, owszem. I tyle wystarczy, skoro od świata natury, który wymagałby innego słownictwa, oddzielamy się coraz bardziej.
      Możliwe są, i dają się zauważyć od jakiegoś czasu, dwa stany w jednej osobie, pogodzone, chociaż zdawałoby się, że nie mogą współistnieć: wysokie umiejętności zawodowe, a poza nimi prymitywizm. Dobrze opłacany specjalista światowej klasy od projektowania automatycznych skrzyń biegów, który na niczym innym się nie zna i nic więcej go nie interesuje. Może poza golfem, w który czasami gra, bo to wypada. W moim środowisku zawodowym zdarzają się ludzie, którzy piszą „pszewut” albo „pszut”, a bywa, że wzruszają ramionami, gdy się im powie o błędach. Wiesz, co mówią wtedy?
      A co za różnica? I tak wiadomo o co chodzi.
      Możliwy jest świat jednocześnie bardzo nowoczesny i bardzo zacofany. Zdaje mi się, że taki właśnie jest budowany, mimo iż w takich zawodach jak Twój słowa są bardziej ważne niż w technice.

      Usuń
  5. Pięknie napisałeś o Marcelu. Wcześniej. Dużo błędów było w moim poście, pisałam wieczorem i już choć godzina była jszcze nie póżna to bardzo zmęczona.
    Nie zgadzam się z Tobą, nie ma podziału świata na techniczny i humanistycznej. Tak się tylko ludźmi wydaje, jeszcze, ponieważ po drugiej stronie mają ludzi mówiących w języku. Ten pan, o ktorym wspomniałeś to połgłowek i ani orichypu nie wymyśli, ani ńiczego nie naprawi - chyba że odtwórczo, albo będzie popisywał się swoją próżnością i pychą wobec zespołu młodych ludzi, ktorzy powielą jego błędy. Nie mówie o okresie roku, dwóch lat lecz dwudziestu, trzydziestu i drżę o dzieciaki.
    Wszystko dzisiaj wykonuje się zespołowo, a do tego potrzebna umiejętności, a poza tym co mi z tego, jeśli kolejny XY sprawi, że: pralki będą jednorazowe, ubrania teź, telefonu będziemy wyczarowywać z pierścionka lub bransolety, a w uchu będziemy mieli słuchawkę z translatorami online w kilkunastu językach. Ja tego nie potrzebuję, wolę mieć więcej czasu wolnego, dzieciaki, które będą mogy zdecydować się na dziecko i nie bedą pracowały do póżna, wolę nie widzieć wojen i więcej płacić za rzeczy produkowane w Indiach, Tajlandii, aby ... sam wiesz

    OdpowiedzUsuń
  6. Oj, przepraszałem za błędy, a w ostatnim pojawiło się ich tyle samo lub nawet więcej. Tym razem nie będę przepraszała, obwinię aplikację komputerową - nadpisuje i robi więcej błędów niż ja :)

    OdpowiedzUsuń
  7. No proszę, sam widzisz, nawet płeć mi zmienia. Pogniewam się na nią, niech przeprasza Ona - ta aplikacja komputerowa :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Chomiku, wiem, że czasu brakuje na dopieszczanie komentarzy, ja też robię błędy, mimo że sprawdzam tekst przed publikacją. Gdy zauważę błąd, a pod spodem nikt jeszcze nie napisał odpowiedzi, kasuję i wklejam wersję poprawioną, a mogę do zrobić bez śladu skasowania, Ty już nie.
      Pralki jednorazowe, napisałaś, a wiadomym jest, że to tylko przykład. Owszem, tak właśnie coraz bardziej się dzieje, ale jeśli już o tym mówię, zauważyłbym dwa powodu znacznie się różniące w przyczynach i konsekwencjach. Otóż wyraźnie widać celowość produkcji urządzeń mało trwałych, aby zapewnić sobie produkcję na przyszłość i żeby urządzenia były tanie, ponieważ solidne zawsze będą droższe, a ludzie nie bardzo wierzą (i słusznie) w zapewnienia ich trwałości, a nierzadko i nie stać ich na te drogie bo trwałe. Drugi powód to ceny napraw. Urządzenie jest produkowane na wysokowydajnej linii produkcyjnej w oszałamiającym tempie, a pochylić się musi nad nim fachowiec ze znacznie większą wiedzą od tych, którzy obsługują tamte maszyny produkcyjne. On chce zarobić. Jeśli czajnik kosztuje 40 złotych, a właściciel zakładu naprawczego musi (przynajmniej) wziąć tyle za godzinę swojej pracy, to praktycznie wyklucza możliwość jakiejkolwiek naprawy.
      Nie miałbym nic przeciwko temu gdyby nie olbrzymie marnotrawienie zasobów Ziemi, przerabianie ich na śmieci, nierzadko trudne do utylizacji. Gdy widzę, nota bene, tekturowe, kolorowe opakowania pokryte folią dla blasku, to cholera mnie bierze, bo okazuje się, że blisko nam do sroki.

      Zjawisko nieopłacalności napraw będzie nasilać się i nic nie można tutaj poradzić, chyba że automaty przyszłości zaczną naprawiać taniej niż ludzie, natomiast z pierwszym powodem moglibyśmy coś zrobić, tylko że spadek cen i związana z nimi bylejakość jest także pochodną naszego konsumpcjonizmu. Nam coraz trudniej pogodzić się z faktem, iż na coś nas nie stać, a że jest to myśli producentów, jest jak jest. Przy okazji korzystają oszukańcze firmy, reklamując swoje bardzo przeciętne produkty jako super trwałe, a siebie w związku z tym kreują na obrońców środowiska naturalnego.
      Mam swój własny sposób wyjścia z impasu: oszczędne kupowanie produktów w średnich cenach. Mam też prywatną wojnę: nie kupuję reklamowanych produktów. Po prostu rezygnuję, jeśli tylko przypomnę sobie, że widziałem bądź słyszałem reklamę tej rzeczy. Gdyby ogół ludzi przyłączył się do tej wojny, świat byłby mniej zwariowany, a ja może wybrałbym się do kina. Byłem w nim ostatni raz kilka lat temu i już więcej nie pójdę. Nie mam ochoty oglądać reklamy przez pół godziny i jeszcze płacić za to.

      Usuń
  8. Takich jak ja, nie zdarza ci się popełniać:) Ja się uczę lecz powoli. reklam nie oglądam, za to sprawdzam opinie lecz są umiarkowanie przydatne.

    OdpowiedzUsuń