Moja książka

O wydaniu książki

011216 Od wielu lat błądziła po mojej głowie myśl o wydaniu jakiejś części moich tekstów, ale było tak, jak często u mnie, czyli tak, ...

czwartek, 1 marca 2018

O szybkim upływie dobrego czasu

250218



Pogórze Izerskie: z wioski Gierczyn przez Radoszków w stronę góry Tłoczyna. Przejście Ciemnym Wądołem do Skrzyżowania Pod Jodłą, południowy szczyt Tłoczyny, gołoborze, ścieżkami wokół Jelenich Skał, powrót via Radoszków i przełęcz między Blizborem a Stożkiem. Spotkanie z Pierwszą Damą i jej mężem.



Za bardzo mam ograniczone możliwości wyjazdów na wędrówki, żeby rezygnować z powodu mrozu czy deszczu, więc i dzisiaj, w wyjątkowo mroźną noc, pojechałem. Wyjazdem tym wyrównałem rekord sprzed kilku lat, gdy szwendałem się po moich górach przy kilkunastostopniowym mrozie. Od razu powiem, że nie marzłem, a nawet chwilami, zwłaszcza na podejściach, było mi za ciepło, ale przez pierwsze godziny dłonie marzły mi i to bardzo. Gdy wysiadłem z samochodu, mroźny wiatr przytkał mi oddech, a uszy zaprotestowały. Założyłem kominiarkę, kije wziąłem pod pachę i z dłońmi zaciśniętymi w pięści okrytymi dwiema parami rękawic poszedłem na drugą stronę pobliskiej przełęczy, skąd rozpościera się piękny widok na wschód. Piękny nie tylko z powodu rozległości: horyzont odległy o wiele kilometrów zamknięty jest Górami Kaczawskimi. Cały dzień był słoneczny, jednak wschodnie niebo o świcie było przymglone i zachmurzone. Cóż, w zimie różana Eos nie pojawia się często, ale przecież znam ją i wiem, że ona chce, aby jej pojawienie się było dla mnie wydarzeniem, chwilą olśnienia, i dlatego woli rzadziej się pokazywać. Będę na nią czekać.

Szedłem słuchając podwójnego skrzypienia śniegu – pod butami i grotami kijów; szedłem patrząc na zmieniające się kolory śniegu – od ciepłej bieli lekko zabarwionej słoneczną żółcią, do zimnej z odcieniem niebieskim; szedłem patrząc na drżące i migotliwie świecące śnieżne drobinki wirujące w powietrzu.

Idąc wygodną drogą leśników biegnącą podnóżem Tłoczny doszedłem do dwóch mostków nad sąsiednimi strugami, tam zaczyna się Ciemny Wądół – kamienisty, zalesiony, trudno dostępny jar, czy raczej wąska dolina, dnem której płynie Mrożynka, strumień, którego urodę miałem okazję podziwiać rok temu. Lubię takie trudno dostępne, dzikie miejsca, a że nieco dalej miały być ukryte w lesie zabytkowe ruiny świątyni… Nie od razu poszedłem: robiłem zwiady zanurzając się w las i wypatrując ścieżki prowadzącej samym dnem, ale nie znalazłszy, poszedłem szeroką co prawda drogą, ale biegnącą zboczem. W jednym tylko miejscu udało mi się zejść na same dno, ale przejście kilkunastu metrów zajęło parę minut, a to z powodu stert ściętych choinek leżących nad strumieniem i tworzących zapory naprawdę trudne do przejście.


 A szkoda, bo wędrówka wzdłuż brzegu miałaby pociągający urok. Nieco wyżej droga ostro skręcała, ale zgodnie z mapą prosto ku ruinom wieść powinna boczna dróżka. Była. Bardziej przypominała wyschnięte łożysko górskiego potoku, ale była. Tyle że z każdym krokiem było jej coraz mniej, a po stu metrach stałem w gęstym lesie świerkowym nie widząc nawet jej śladu.


Obok szemrał pod lodem strumyczek – jedyny dźwięk z cichym lesie ściśniętym mrozem. Wracać? Klucząc między drzewami dało się iść, sprawdziłem mapę, ruiny powinny być już bliskie… Poszedłem, ale pozostałości starej świątyni nie znalazłem. Starałem się utrzymywać kierunek, ale spodziewaną poprzeczną drogę wypatrzyłem gdy zacząłem już odczuwać niepokój.

Tłoczyna, podobnie jak sąsiedni Dłużec, jest pokaźną, rozłożystą, zalesioną górą. Obie wydają się większe niż są w istocie będąc ostatnimi górami – dalej rozciąga się pogórze z niewielkimi pagórkami, polami i łąkami. Pogórze Izerskie podobne jest do moich gór, natomiast Izery w moich oczach znacznie się różnią. Góry Kaczawskie są bardziej rozczłonkowane, a największe masywy leśne przejdzie się w dwie czy trzy godziny, natomiast lasami izerskimi można iść cały dzień i nie dotrze się do ich granic.

Szeroko rozsiadłe góry daleko wypuszczają swoje zalesione stoki – jakby broniły dostępu, i tak w istocie jest, ponieważ zapuszczenie się w izerskie lasy bez ich znajomości i bez mapy może skutkować znacznym opóźnieniem powrotu do domu. Czuję przed tymi lasami nieco respektu.

Po chwili marszu szutrową drogą doszedłem do Wolframowego Źródła, miejsca mającego bogatą historię sięgającą pogańskich czasów. Nieco dalej są rozstaje, którym nie Hekate, a jodła patronowała. Wieść głosi, że była imponującym okazem o kilkumetrowym obwodzie, ale już lata temu skończyła żywot i jedynie w nazwie miejsca jest żywa: Skrzyżowanie Pod Jodłą – kolejny dowód na wielką trwałość słów.

Pół godziny później kręciłem się po szczycie Tłoczyny szukając skał, które według mapy powinny tam być, ale nie widziałem ich. Jeśli jestem we właściwym miejscu – myślałem patrząc na mapę -- to idąc na południowy wschód po stu metrach powinienem wyjść na skalne rumowisko gołoborza. Poszedłem i po chwili stanąłem w pięknym miejscu, odruchowo szepcząc modlitwę Gołubiewa:

– Ziemio miła, jakżeś piękna i wielka!

Wzrok, niczym nie więziony, biegnąc nad niezliczonymi wzgórzami, polami i wioskami, sięgnął hen, po horyzont odległy o 20 i więcej kilometrów. Bliżej i niżej, na zadziwiająco rozległej przestrzeni pól, widziałem liczne skupiska domków wielkości kostki do gry i kościelną wieżę wielkości kciuka mojej wnuczki.

Spod nóg spływała po stoku łacha rumoszu, a jest to widok warty zobaczenia, chociażby z powodu rzadkości występowania takiej formacji skalnej.

Jeśli z macierzystej skały odpadną skalne okruchy, staczają się po zboczu i zalegają niżej, tam, gdzie mogło już być trochę ziemi i życia. Wtedy dość szybko zarastają roślinnością, wrastają w ziemię. Gołoborze inaczej jest budowane: rumosz skalny leży tam, gdzie powstał albo w niewielkiej odległości (geologowie lubujący się w tajemniczych nazwach mówią o skałach lekko redeponowanych, czyli po polsku niewiele przesuniętych), jest po prostu skruszoną, głównie wodą i mrozem, skałą górskiego kamiennego zbocza. Żeby powstało, mało jest zwykłych, jakie i obecnie zachodzą, procesów niszczących skalne masywy; uznaje się, że powstały w epoce lodowcowej, a więc wtedy, gdy ludziom lodówki nie były potrzebne. Pod rumoszem nie ma ziemi ani nawet piasków, jest tylko skała, na której rosnąć mogą porosty, co tłumaczy nazwę miejsca: gołe od boru. Takie jest faktycznie, ale na obrzeżach widziałem ślady uporczywej walki między martwotą skał, a drzewami próbującymi osiedlić się na nich. Sterczą tam liczne kikuty uschniętych niedużych drzew, które po kilku czy kilkunastu latach mordęgi dawały za wygraną. Jednak bliżej granicy lasu widać, że ich ofiara nie poszła na marne: stopniowo, powoli, w głębokich szczelinach między skałami widać zbieranie się resztek obumarłych roślin: próchno, liście, igliwie – materiał, z którego Natura mozolnie buduje żyzną warstwę ziemi, na której coraz śmielej osiedlają się kolejne pokolenia leśnych zdobywców. Z drugiej strony góry szedłem rumowiskiem, które kiedyś mogło być gołoborzem: pomiędzy drzewami sterczą czasami nagie, ale częściej zielone od mchów skały, a proces ich wrastania w ziemię, jak to się popularnie mówi, czyli tworzenia się życiodajnej gleby między nimi albo i na nich, jest już zaawansowany.




Skały i góry nie są wieczne. Wieczne są ich metamorfozy.

Gołoborze jest dzikim, martwym i pięknym miejscem. Jego przejście jest trudne, wymaga uwagi i rozwagi, ponieważ idealnie nadaje się na połamanie nóg albo chociaż zębów, jednak budowanie na nich stalowych kładek aby turyści w klapkach mogli po nich przejść (i przez barierkę rzucić pustą butelkę) nie podoba mi się, a zdjęcie takiej budowli widziałem w internecie. Na gołoborza najlepiej popatrzeć z ich skraju, a nie łazić po nich.

W kilka godzin później poznałem przyczynę nieznalezienia szczytowych skał: na mojej mapie znak skał postawiony jest na drugim szczycie góry, odległym o paręset metrów. Odszukałbym go wiedząc o błędzie na mapie, ale nic to: mam powód do następnych odwiedzin tej góry.

Gołoborze dzieli od Jelenich Skał kilometr, drogi ani ścieżki tam nie ma, las mi nieznany, ale wszak słońce wskazuje kierunek, a i ukształtowanie terenu sporo podpowiada. Ustawiłem się odpowiednio do słońca i bez problemu skały te znalazłem.







Na szczycie wyższej stałem długo, ile mróz mi pozwolił, ponieważ i z niej widok jest ładny, a szczególne wrażenie robi stojący vis vis Dłużec. Miałem dwie chwile satysfakcji: idąc w stronę skał zobaczyłem między drzewami zarys tej góry i rozpoznałem ją od razu, a widząc ze skały rąbek dalszego szczytu, rozpoznałem w nim inną górę.  

Na skale, obok pordzewiałego żelastwa, pozostałości po barierce, rośnie brzoza. Jest grubości dwóch palców i wysokości dwóch metrów, a jej pień w wielu miejscach jest wykrzywiony. Całe drzewko wygląda tak, jakby każdy rok swojego życia na tej skale, każdy centymetr swojej wysokości, kupowało za cenę życiowej mordęgi. Żyj, brzozo, i zasiej w lepszym miejscu swoich następców.



Skały od strony szczytu góry mają parę tylko metrów wysokości, ale od strony Ciemnego Wądołu sporo więcej. Zszedłem tam chcąc zobaczyć skały sterczące mi nad głową, zobaczyć je inne, bardziej niedostępne, dziksze – i dokładnie takimi je widziałem.

Przy okazji znalazłem ścieżkę ułożoną z kamieni. Stok jest tam dość stromy i najeżony skałami, trudno się idzie tamtędy, każdy krok wymaga uwagi, sprawdzania miejsca postawienia stopy, a ścieżka jest równa i wygodnie trawersuje zbocze. 



Od niższej strony podbudowana jest murkami ze starannie ułożonych kamieni; widać, że w jej budowę włożono mnóstwo pracy, a teraz jest zapominana, skoro widziałem siewki na niej rosnące. Rozczulają mnie i jednocześnie smucą miejsca naznaczone ludzkim trudem a później opuszczone. Na brzegu wioski mijałem ruinę domu, a gdy spojrzałem w pusty otwór okienny wydało mi się, że widzę w nim kobiecą twarz i przez głowę przeleciała myśl o jej czekaniu na powrót kogoś bliskiego.

Z przykrością stwierdzam, że winniśmy wielu zaniedbań w zagospodarowywaniu Sudetów po wojnie.

Idąc tą ścieżką, nieco dalej zobaczyłem drugą grupę skał; wydały mi się nieznane, później zorientowałem się, że od góry widziałem je wcześniej, ale ich prawdziwe oblicze, urok dzikiego miejsca, poznać można podchodząc pod skały od dołu. Ich niemal pionowe ściany układają się w kształt podkowy, a w jej wnętrzu rosną pokaźne buki. Ładne, odosobnione, nieco dzikie miejsce, które na pewno jeszcze odwiedzę.

O bukach powinienem napisać, ponieważ miały swój istotny udział we wrażeniach tego dnia. Lasy są tam głównie świerkowe, ale w wielu miejscach niemały jest udział brzóz i właśnie buków. Na dzisiejszej trasie widziałem je na ogół samotnie rosnące, ale może właśnie dlatego były... chyba były inne. Wrażenie mogło być rezultatem zwykle rzadkiego, tutaj powszechnego, opierania się o buki pni uschniętych świerków; na zdjęciach też są widoczne w postaci dziwnych, prostych kijów. Widać tutaj przewagę rodzimego drzewa tych gór nad sztucznym tworem świerkowego boru.

Ich silnie rozgałęzione korony, wykrzywione konary, oczywiście tak charakterystyczne pnie w kolorze spatynowanego ołowiu i napięte mięśnie pod gładką skórą, czyniły tym większe wrażenie, że rosnąc samotnie, skupiały na sobie całą moją uwagę. Słońce, tak rzadko świecące w czasie moich wędrówek, podkreślało urodę buków, ale gdy patrzyłem na nie, wspomniałem kaczawskie buki widziane we mgle i nagle zapragnąłem te też zobaczyć otulonymi mgłą. Nagłość i siła tego chwilowego pragnienia zaskoczyła mnie i rozweseliła: chcieć mgły w słoneczny dzień!




Wracając, jeszcze raz zszedłem na brzeg Mrożynki, strumienia płynącego kamienistym korytem. Niemal nie widać było wody spod grubej, nierównej, ładnie bulwiastej pokrywy lodu, jednak gdy stanąłem nieruchomo, po chwili usłyszałem cichy szmer. W jednym miejscy, na małym uskoku koryta, zobaczyłem ładny widok: pod gładką i przezroczystą warstwą lodu widać było migotliwą, jasną i prędką wodę płynącą kaskadą w dół.



Ten słoneczny dzień zimy miał niecodzienne popołudnie: w porze obiadowej umówiony byłem z Pierwszą Damą bloga, z Anną Kruczkowską i jej mężem w ich domu w Gierczynie.

Anna ugościła mnie obiadem, jakiego nie posmakuje się w restauracji, chyba że w jakieś wyjątkowej. Nie tyle mam na myśli podaną pieczeń z dzika, chociaż trudno przecież o takie danie, co sposoby przyprawiania potraw. Zupa miała smak… nie potrafię go opisać. Była inna i dobra, a pieczeń soczysta, z lekkim aromatem nieznanych ziół i grzybów, ale i zwykła, zdawałoby się, zimowa sałatka warzywna zrobiła wrażenie na moich kubkach smakowych. Jej skład był typowy, ale smak nie. Zrobiona była nie na occie spirytusowym, który zostawia swój charakterystyczny smak, ale na jednym z niezliczonych octów naturalnych robionych przez Annę. Aromat użytych roślin udzielił się sałatce, a podobnie było z grzybami. Deser był prawdziwie domowy i tradycyjny: ciasto (nie pytajcie jakie, bo nie wiem, dobre i już) ze śliwkami.

Gdy później policzyłem czas okazało się, że byłem u moich gospodarzy cztery godziny.

Kiedy one minęły?









11 komentarzy:

  1. Podoba mi się Twoje postrzeganie izerskich lasów. Faktycznie, mozna się wnich zagubić, zwłaszcza w dzień pochmurny, gdy kręcąc się łatwo zgubic kierunek. Ileż to razy szłam nimi, a gdy wreszcie wychodziłam w miejsce z jakimkolwiek widokiem w dal, widziałam zupełnie coś innego niż się spodziwałam. I pomyślec, że 30 lat temu punkty widokowe były wszędzie, bo lasu prawie nie było... Nawet nie wiesz, jak żałuję, że te wspólne godziny są tak krótkie i rzadkie! Rozmowy z Tobą są jeszcze bardziej pasjonujące od czytania Twojego bloga i tych blogowych dyskusji pod postami.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oj, uważaj z takimi słowami, Anno, bo mogę nagle i niespodziewanie zapukać do waszych drzwi! :-)
      Szczerze mówiąc żałuję, że nie pomyślałem o rozwiązaniu, jakie zaproponowałaś w niedzielę: przyjazdu w sobotnie popołudnie. Już za parę tygodni zaczynamy karuzelowy sezon, ale jesienią z przyjemnością przypomnę Ci tę propozycję.
      Pocieszyłaś mnie przyznając, że i Tobie zdarza się zaplątać w izerskich lasach. Patrzę na mapę i widzę lasy ciągnące się nawet kilkadziesiąt kilometrów; ich rozległość czyni wrażenie. Na dokładkę zbocza gór i drogi leśników są bardzo podobne. Daleko mi do dobrego poznania leśnych dróżek w moich górach, mimo iż bardziej są zróżnicowane, a lasów tyleż mniej, cóż więc mówić o Izerach? Potrzebne są lata wędrowania i jeżdżenia nimi, czego serdecznie Ci życzę. Właśnie rower mam za idealny środek lokomocji w tamtych lasach, bo wtedy i 50 km można przejechać – dystans nie do przejścia – nadto rower nie oddziela tak od przyrody jak samochód.

      Usuń
    2. Tak, rower idealnie się w Izerach sprawdza. Dobry góral z szerokimi oponami o dobrych przełożeniach. Taki, jakim teraz jeżdżę. Fakt, czasem trzeba przenieść go przez zwalone drzewo albo potok płynący dawną drogą, ale większość izerskich ścieżek da się nim pokonać. I 50 km to taka optymalna trasa na przedpołudnie :) A jesienią zapraszam na nocleg z ogniskiem i degustacją :)

      Usuń
    3. Na przedpołudnie, powiadasz? Trzeba mieć Twoje możliwości, jak wróciłbym z takiego wyjazdu akurat na kolację, chociaż nie wiem, czy dałbym radę ją zjeść.
      Kiedyś widziałem rowerzystów na szlaku w Górach Stołowych. Z powodu uskoków i kamieni nie wiem, czy bardziej oni na rowerach, czy rowery na nich jeździły.
      Dziękuję, Aniu. Jesteśmy więc umówieni na sobotnie, październikowe popołudnie.

      Usuń
  2. Piękne są migocące się drobinki śniegu. Wczoraj, bardzo wczesnym rankiem, też je widziałam. Pruszył śnieg, te drobinki tańczyły w świetle ulicznych latarń i pojedynczych, przejeżdżających samochodów. Leciuchne, wirowały, zapalały się i gasły. Zdawało mi się, że raz jednej, raz drugiej śnieżynce udawało się schwytać światło w lodową pajęczynkę i wtedy przeistaczala się w ognik. A może to światło wędrowało wśród płatków śniegu nie mogąc się zdecydować się, ktory z nich ładniejszy, ktory piękniejszy i jak pszczoła przeskakiwało z koniczyny na koniczynę.
    A może...uliczne latarnie są wielkimi kolekcjonerami śnieżynek i kiedy pada to mają pełne ręce roboty. Spieszą się zarejestrować każdy wzór w swoich klaserach pamięci. A zarejestrować trzeba wszystkie i wszystkie zapamiętać, ponieważ będą umilać nudniejsze chwile. Zwykle wokół latarń nic niezwykłego nie dzieje się. Codziennie oświetlają te same miejsca, przyglądają się tym samym ludziom, samochodom, a kiedy pada śnieg to atakują je miliardy nowości. Nurzają się więc w niezwykłej różnorodności i zachowują pamięć o każdej, najmniejszej drobince.

    Mało śniegu widzę na zdjęciach. Tym razem, w mieście (u mnie) było go więcej. W mieście mróz i śnieg nie zawsze jest zjawiskiem pożądanym. Jest dobrze przez pierwszych kilka dni i najlepiej, aby przypadały one w weekend, a potem, kiedy przedłuża się zimowy czas, zaczynamy narzekać, że zimno, że samochody nie odpalają, stopy marzną w przemokniętych, pokrytych solą butach, czapki są za mało ciepłe, a spod zakutanych szalami postaci twarzy nie widać, za wyjątkiem czerwonego czubka nosa.

    Skalne metamorfozy. Nawet skały nie są wieczne. Może wieczność jest przereklamowana i chwilą warto żyć. Chwilą płatka śniegu lub jętkii jednodniówki. Rozróżnienie na gołoborza i rumosze skalne bardzo ciekawe. Pod skałą jest tylko skała, bez życia, jednak rośliny są uparte i zasiedlają pustkę. Uparte życie, instynkt przetrwania, a może ekspansji i poszerzania terytorium.
    Niebezpiecznie po nich chodzić. Dobrze, że bokiem przeszedłeś.
    Wielu spotykasz na swoich drogach: Hekate, Mrożynkę, Ciemny Wądodół, Tłoczynę i Wróżca, Wolframowe Źródło i pamięć Jodły, Jelenie Skaly. Niektóre postaci mają już imiona, inne na nie czekają, jak ta brzózka i buki.
    O obiedzie u Pierwszej Damy bloga nie wspomnę, język uciekł mi i powędrowałam czym prędzej do kuchni, aby pocieszyć się kawałkiem mojej ulubionej, gorzkiej czekolady. Też bardzo dobra :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Moją ulubioną czekoladą, w właściwie jedyną kupowaną do wielu lat, jest mleczna goplanowska.
      Hmm, ciekawa myśl: nudzące się latarnie przeżywają festiwal światła, kształtów i ruchu, widząc lecące drobinki śniegu :-) Lubię w tekstach przydawanie ludzkich cech rzeczom, ten chwyt pozwala tworzyć tajemniczość, oddać ciepło chwili, dodać poetyckości prozie.
      Fajne:-)
      Hekaty tam nie było, ale napisałem o niej, bo grecka mitologia jest mi bliska. A może przez pamięć pewnego listopadowego wieczoru sprzed dziesięciu laty, gdy na spacerze poczułem… może nie tyle jej obecność, co swoją gotowość jej zobaczenia. Tę chwilę opisałem, tekst jest na blogu, ale nie pamiętam pod jakim tytułem, a znaleźć coś tutaj nie jest łatwo, skoro tekstów nazbierało się parę tomów.
      Słowa rumosz użyłem wymiennie na określenie gołoborza, ale żeby być ścisłym, powinienem zaznaczyć, że pojęcie rumoszu jest szersze, oznacza każde nagromadzenie pokruszonych skał. Rumosz może być zarośnięty lasem, gołoborze z definicji nie może. Czyli każde gołoborze jest rumoszem, nie każdy rumosz gołoborzem.

      Usuń
    2. Wszystkiemu przydaję wolę:), chociaż mogą jeje nie posiadać. Jeśli Ty nie potrafisz znaleźć to trzeba górnika złota do przesiewania. :D.
      Dziękuję za sprecyzowanie - zapamiętam rumosz nie może być gołoborzem

      Usuń
  3. Urzekła mnie ta kamienna ścieżka pośród brzóz - niezwykła i malownicza. Na Twoich zdjęciach śnieżna zima, a u mnie było dziś niemal wiosennie. Uprzytomniłam sobie, że tej zimy w Poznaniu widziałam śnieg (prószący jedynie) dwa, może trzy razy i nie utrzymał się nawet kilku godzin. Pewnie dlatego, przynajmniej po części, zima tak mi się dłuży (jest szaro, buro i ponuro). Przebyłeś piękną trasę, Krzysztofie, w towarzystwie Pani Zimy :-)
    A buki zadziwiające - nigdy nie widziałam takiego ich pokroju, ale też wielu ich nie spotkałam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję, Aniko.
      Dróżka w rzeczywistości wygląda ładniej niż na moich zdjęciach i faktycznie ma niemały urok. Schodząc stokiem, a widać na zdjęciach, że nie było to łatwe, nie wiedziałem o jej istnieniu. Nastawiony byłem na dłuższy mozół schodzenia po zarośniętym rumoszu, a nagle znalazłem się na równej, wygodnej drodze. A skoro droga, to skądś i dokądś prowadzi, wszak jest dziełem ludzi. Chwila jej zobaczenia warta była przeżycia.
      Buki lubią nieco wysokości, więc w niewysokich górach jest ich dużo, a kiedyś było jeszcze więcej. Te drzewa lokuję na mojej prywatnej liście urody na drugim miejscu, tuż za betulą pendulą.
      Och, nie: nie znam łacińskich nazw drzew poza tą jedną, przywołującą pewną miłą scenkę z moją małą wtedy córką.
      Patrzę na buki właściwie tylko w zimie, a ładne są przy każdej pogodzie, nawet deszcz i mgła nic im nie ujmują, a raczej dodają.
      Przy okazji powiem, Aniko, o swoim zdziwieniu przeżytym w Bieszczadach. Im wyżej, tym niższe rosną buki upodobniając się do krzewów – niskie i rozczłonkowane, wielopienne, powykrzywiane, a w końcu nikną. Tam, gdzie ich już nie ma, nadal rosną jarzębiny. Szedłem na sporej wysokości przez lasek jarzębinowy, jedyny taki las, jaki widziałem. Nie spodziewałem się po tym drzewie takiej wytrzymałości.

      Usuń
  4. Ścieżka ułożona z kamieni ... niezwykle mnie urzekła, pozostałość po dawnych mieszkańcach; a skały, widoki ... bajka. Tobie pogoda niestraszna, nas przepędził mróz z lasu, bo tak sobie z lekka pokpiliśmy odzież zimową, spodnie nieocieplane jak blachy, rękawice w aucie, i trzeba było wycofać się. Ale nic straconego, na przedwiośnie wyprawa będzie jak się patrzy:-) Brzózka jak bonsai, i to sama natura stworzyła, bez odciągów, sekatora.
    Są osoby, z którymi czas upływa nie wiadomo kiedy, na przyjemnej rozmowie, śmiechu ... też mam takie blogowe znajomości:-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mario, więc już kilka osób uwiodła ta kamienna ścieżka, pierwszą była Anna, która podobnie jak ja, odkryła ją przypadkowo.
      W pracy marznę codziennie, więc jadąc w góry zakładam tyle ciuchów na siebie, żeby mieć pewność niemarznięcia, a zwykłem jeszcze nosić w plecaku zapasowy sweter. Wiesz, kto swoje nosi, to się nie prosi, ale też mi się zdarzają niedopatrzenia.
      Nic to – jak napisałaś, zawsze można wrócić.
      Znowu wspomniałem zdjęcia z Twojej zaśnieżonej drogi; jeźdźcy na koniach, świerki, śnieżny pył w powietrzu – wrażenie zaczarowanej zimy.

      Usuń