Moja książka

Góry Kaczawskie słowem malowane

250619 Miałem okazję poznać świętokrzyskie drogi i tatrzańskie szlaki, przemierzałem łęczyńskie bagna i podlubelskie lasy, spędziłem ki...

niedziela, 6 kwietnia 2014

Góry Kaczawskie. O związkach między wiedzą a ciekawością

Dzień trzydziesty dziewiąty, luty.
Wieś Chrośnica, Kopa, Lastek, Skiba, Polna, Zazdrośnik, Ulina, Źróbek, Łysa Góra, Chrośnica.

Wiedza zwiększa ciekawość świata, wzbogaca jego widzenie i pogłębia przeżywanie.
Te jakże prawdziwe słowa odnoszę dzisiaj do swojej decyzji pojechania w znane mi masywy Okola i Chrośnickich Kop, a to dla lepszego poznania ich szczytów, skał i ścieżek. Po ostatniej tam bytności parę lat temu uznałem, że poznałem je już, ale lektura nabytej ostatnio encyklopedii poświęconej Górom Kaczawskim wzbudziła we mnie nową ciekawość i chęć bliższego poznania miejsc wcześniej niezauważonych albo niedocenionych. Pojechałem.
Samochód zostawiłem na starym swoim miejscu w Chrośnicy, na szerokim poboczu drogi tuż poniżej kościoła, i poszedłem na zbocza Kop. Wydawało mi się, że odnalazłem wszystkie skały które chciałem odnaleźć, ale po powrocie naszły mnie wątpliwości co do lokalizacji Skaliska. Pójdę tam raz jeszcze – zdecydowałem pochylony nad mapami i encyklopedią - a skoro będę na zboczach Chrośnickich Kop, przejdę nimi pod Ptasią, na jej urokliwe a nieznane mi jeszcze zbocza. Dzisiaj odnalazłem skały, które uznałem za Kazalnicę; co prawda bez pewności, bo w encyklopedii piszą o jednej skale, a ja znalazłem ich tam wiele, i miejsce wydaje się być trochę przesunięte w stosunku do znaku na mapie. Moja Kazalnica nadaje się na kazalnicę: jest płaska z wierzchu i przewieszona nad stromym zboczem z którego wyrasta. Gdy stoi się sporo niżej, skała robi wrażenie wysokością, także podcięciem podstawy, czernią i mchami przydającymi jej wieku. Czy faktycznie była w przeszłości wykorzystywana jako kazalnica w obrzędach chrześcijan wygnanych przez innych chrześcijan? Możliwe, ale gdy patrzy się na tą skałę, dokładnie tak samo stojącą teraz jak i przed wiekami, budzą się myśli o bezsensowności ludzkich szaleństw, zwłaszcza tych religijnych.

Kiedyś szedłem duktem przez grzbiet Lastka, ale na szczyt nie wchodziłem, chyba nawet nie wiedziałem gdzie go szukać; dzisiaj odnalazłem i wszedłem. Od strony drogi gęści się młodniak, na samym szczycie szczerzą zębiska niewielkie skały wśród drzew lasu. Widoków nie ma, ale jest satysfakcjonująca świadomość bycia tam. Nieco niżej usiadłem na brzegu drogi, w miejscu zawsze uwodzącym mnie swoim czarem: na granicy lasu i otwartej przestrzeni, na skraju drogi, która właśnie wyzwoliła się z okalających ją drzew i wolna wybiegła na otwartą przestrzeń łąk. Niech biegnie – pomyślałem patrząc na nią z przyjemnością. Piłem herbatę siedząc na brzegu otwartej słońcem przestrzeni, którą tak ładnie podkreślały kępy brzóz, a zamykał dopiero Leśniak po drugiej stronie doliny. Na prawo niebieściła się odległością góra, dopatrywałem się w niej Żeleźniaka, ale nie wiem czy słusznie (później, sprawdzając mapę, stwierdziłem, że to mogła być ta góra oglądana z odległości 15 km). Świeciło słońce, było ciepło, słyszałem śpiew ptaków, szybkie serie uderzeń; dzięcioł? – zapytałem się rozleniwiony słońcem, ale nikt mi nie odpowiedział.
Na przełęczy między Kopą a Lastkiem czekają widoki na dwie strony: na południe, w stronę Stromca, i na północ, gdzie wznosi się tak charakterystyczna, zgrabna i przyciągająca wzrok Ostrzyca, a za nią daleki Grodziec zamykający horyzont i rozległy obszar Gór Kaczawskich. 


Bliżej wiele innych szczytów, małych i dużych, znanych i nieznanych, a między nimi siedzące w dolinach wioski. Wiem, że tam są, ale wielu z nich nie widzę. Gdy ogranie się ten szeroki widnokrąg spojrzeniem, w pierwszej chwili widzi się tylko góry - bezludny świat oczyszczony z nas i naszego pośpiechu. Tylko góry, dla których czasu jakby nie było; góry wyniośle obojętne zarówno na nasze szaleństwa, jak i na nasz podziw.
Patrząc spod szczytu Lastka widzi się Szybowcową małym, rozpłaszczonym wzgórzem, a i Stromiec jakby stracił połowę wysokości, jednak gdy przeszedłszy Przełęcz Chrośnicką zszedłem na krawędź lasów południowych zboczy, obie góry wyraźnie wyrosły i zmężniały, zajmując dawne swoje miejsca na horyzoncie. Szedłem łąkami wzdłuż zboczy Kop kierując się na ich południowy cypel, tam gdzie tkwią Skiba i Polna.
Polną chciałem odwiedzić jako dobrą znajomą, oczywiście także przywitać się z samotną brzozą rosnącą dokładnie w połowie odległości między tymi wzniesieniami, Skibę natomiast i Zazdrośnika, drugie wzniesienie tej samej nazwy, chciałem poznać. Byłem we wszystkich tych miejscach, położyłem dłoń na pniu brzozy witając się z nią, w odpowiedzi czując jej ciepłą emanację. Na prawo od szczytu Uliny szukałem wzrokiem dębu, który chciałem odwiedzić i znalazłem go, mimo dwukilometrowej odległości, co sprawiło mi satysfakcję, chociaż tak po prawdzie to powodu ku niej nie było, bo dąb jest wielki i z daleka widać go jak na dłoni.




Ledwie dwa kilometry na północ, bliżej Łysej Góry, jest drugie wzgórze nazywane Zazdrośnikiem; nie wiem, czy to błąd na mojej mapie (a błędów zawiera sporo), ale jeśli nie, to – tak pomyślałem – może ktoś specjalnie nadał taką samą nazwę dwom sąsiadującym wzgórzom, aby wzajemnie zazdrościły sobie nazwy. Ja, przechodząc przez wioskę Dziwiszów w drodze na Ulinę, zazdrościłem mieszkańcom widoków, a jest czego zazdrościć, bo krajobraz wokół wioski jest panoramiczny, ładny i urozmaicony. Na dalekim południu świeciły śnieżną bielą kopuła Wielkiego Szyszaka i granie Śnieżnych Kotłów w Karkonoszach, wyraźne i bliskie jak rzadko kiedy. Ciemna ściana tych gór była majestatyczna, a mniejsze wzgórza u ich stóp wydawały się kupkami ziemi usypanymi ręką człowieka. Skiba, Polna, moja brzoza między nimi, Zazdrośniki, tyle innych gór wokół, tak swojskich i, wydawałoby się, tak znanych, ale przecież za każdym razem pokazujących mi nowe szczegóły – jakby, chcąc utrzymać moje nimi zainteresowanie, nie chciałby na raz pokazać mi wszystkiego, czym chwalić się mogą.
Dąb znalazłem takim, jakim go pamiętałem: starym samotnikiem górującym nad łąkami wokół, ale drogi pod brzozami, tak podobającej się mi rok temu, gdy byłem w tej okolicy po raz pierwszy, nie znalazłem. Później czyniłem sobie wyrzuty z powodu niedokładnego szukania, a teraz wiem, że mam powód do następnej łazęgi zboczami Uliny.
Poszedłem na Źróbek przez głęboką dolinę, dnem której płynie strumień o śmiesznej nazwie Bełkotka. Ze wzniesienia piękne widoki są na obie strony, chyba nawet ładniejsze od tak zachwalanej widokami Przełęczy Widok. To dość częste w różnych przewodnikach i na mapach: chwalą miejsca, które nierzadko oferują widoki wcale nie najładniejsze, milczą o wielu ładniejszych. Albo podają nieistniejące od wielu już lat. Chciałem pójść jeszcze dalej na wschód, na Kobyłę, może i na Ogiera, a tym samym i zajrzeć do Trzmielowej Doliny, której nie odwiedzałem już prawie rok, ale czas, ten stary pierdoła, nie pozwolił mi, nakazując iść w stronę Łysej Góry. Zajrzałem tylko do tej wielkiej wyrwy w zboczu Źróbka (między jej pionowymi ścianami czaił się już mrok), i via Widok poszedłem na Łysą Górę. 





Pusto tam i cicho, na narciarskim stoku smętnie bieleją ostatnie łachy śniegu, wyciąg zamarł już swoim letnim snem. Pod szczytem zagrodziły mi drogę szlaban i tablice zakazujące wejścia. Zbyt późno było abym szukał obejść stokami, poszedłem więc prosto licząc na wyrozumiałość właściciela terenu. W wielu miejscach Gór Kaczawskich, zwłaszcza bliżej wsi, spotyka się wielkie połacie ogrodzonych łąk i pól, czasami z tablicami zakazującymi przejścia. Rozumiem potrzebę grodzenia, skoro pasą się tam hodowane zwierzęta, ale zakazów przejścia niezbyt rozumiem, skoro prędzej ścieżkę wydepczą tam sarny niż ludzie.
Na północnych stokach Łysej Góry chciałem odnaleźć mały szczyt Skrzypczaka, ale przeszkodziły mi krowy licznie tam się pasące na ogrodzonym terenie. Mówiąc wprost: jakoś opuściła mnie pewność co do ich płci, a za nią odwaga. Szczyt oglądałem z dołu, z wioski, jest dokładnie na wprost kościoła.

Szaro już było, gdy dotarłem do samochodu, ciemno, gdy na nocleg przyjechałem do Zaczarowanego Ogrodu w Proboszczowie. Gdy wysiadłem, zagapiłem się w niebo – ogromne i świecące milionem gwiazd, a przy tym w przedziwny sposób bliskie, niemal na wyciągnięcie dłoni.
Ciekawe, czy właściciel znowu poczęstuje mnie winem własnej roboty – pomyślałem wchodząc do dużego, kamiennego domu.
Poczęstował.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz