Moja książka

Góry Kaczawskie słowem malowane

250619 Miałem okazję poznać świętokrzyskie drogi i tatrzańskie szlaki, przemierzałem łęczyńskie bagna i podlubelskie lasy, spędziłem ki...

piątek, 9 grudnia 2016

Moje miejsca pod Wielisławką


041216
Wielisławka, Gozdno, Wielisławka, źródło Piekiełka, okolice Owczarni i Czeszki, powrót pod Wielisławkę.



Kilka lat temu, w słoneczny i kolorowy dzień wczesnej jesieni, szedłem leśną drogą prowadzącą zboczami Wielisławki. Wyszedłszy na otwartą przestrzeń, zobaczyłem drogę biegnącą brzegiem lasu pod górę, omijającą dąb i ginącą za drzewami. Poszedłem tam poszukać jej, a minąwszy drzewo obejrzałem się. Stałem tam długo, oczarowany, odchodziłem i wracałem nie mogąc odejść. Widok zauroczył mnie; chwila przeżytego wtedy piękna jest we mnie i – mam nadzieję – zostanie. W minione lata wracałem w tamto miejsce kilka razy, na ogół w mniej ładne dni od tamtego. Któregoś ponurego dnia zimowego wydało mi się to miejsce takie… zwykłe. Stałem tam z poczuciem smutku, może też oszukania. Po chwili obudził się we mnie protest – mój przeciwko mnie samemu. Broniłem urody miejsca dostrzegając w moim jego widzeniu podobieństwo do kobiety: kochając, widzi się ją taką, jaką była w tamtej odległej chwili zauroczenia nas, a jeśli zdarzy się czas zdjęcia okularów uczucia i zobaczenia znamion upływu lat, na pomoc przychodzi pamięć tamtej chwili – a w tle niezliczona ilość chwil późniejszych – i wtedy uświadamiamy sobie, iż przecież to ona, dziewczyna sprzed lat, ta sama, nie inna –  a wtedy znowu widzimy jej piękne oczy patrzące na nas.
Od tamtego dnia wracam do tego miejsca jak do towarzyszki moich kaczawskich lat.
Będąc w pobliżu góry dwa tygodnie temu, uświadomiłem sobie, że nie znam wszystkich dróg po sąsiedzku, a na tych znanych nie byłem od roku czy nawet od dwóch już lat. Pojechałem z zamiarem zobaczenia świtu z mojego miejsca i całodniowego myszkowania po okolicy.
Samochód zostawiłem na podwórzu kilku domów przy starym młynie w Wielisławiu Złotoryjskim pod Sędziszową. Dużo się tam zmieniło: stary, zaniedbany duży dom został wyremontowany, jest w nim teraz restauracja i agroturystyczne noclegi. 


Coraz częściej, nota bene, agroturystyczne są te usługi tylko z nazwy, w istocie będąc hotelami; niektóre z nich są eleganckie i drogie, nie dla takich wędrowców, jak ja. Posesja stoi tuż przy górze, obok budynków przepływa Kaczawa, do Organów jest około trzysta metrów, do jaskini ze dwieście – słowem: dobre miejsce na początek drogi.
Specjalnie wyjechałem wcześniej, chcąc być na zboczu z drugiej strony masywu, przy moim miejscu, o świcie. Gdy wszedłem na kamienistą ścieżkę skosem pnącą się po zachodnim zboczu Wielisławki, spojrzałem na zegarek: była 6.40. Niebo nieco rozjaśniło się, ale w dole, między drzewami, tyle widziałem, żeby nie zejść z drogi, ale gałęzi i kamieni, o które potykałem się, nie widziałem. Zbocza są tam strome, miejscami kąty ich nachylenia przekraczają 50 stopni, wokół stoją czarne i milczące drzewa, pod nogami szeleszczące liście ukrywają nierówności, ciemność i pustka wokół, jako że bliską szosą nikt nie przejeżdżał. Mocno napierając na kije, szybko nabierałem wysokości, ale nie wiem, czy potrzeba rozgrzania się bardziej mnie goniła w tę mroźną noc, czy chęć wyjścia z ciemnego lasu na otwarte przestrzenie. Parę lat temu gdzieś tam zakręciłem się totalnie: idąc między drzewami, zobaczyłem na śniegu ślady moich butów, prowadziły w przeciwną stronę. Nie wiem, jakim sposobem zrobiłem koło, ale dzisiaj szedłem jak po sznurku.
Do tej pory uważałem, że moje miejsce jest na wschodnim stoku Wielisławki, ale po tym, co widziałem dzisiaj, uznałem, że to już raczej Gajowa, drugi szczyt w masywie Wielisławki, jednak moja sudecka encyklopedia nie potwierdza tej informacji. Nic to, w końcu mało to ważne, jako że niewiele metrów dalej niewątpliwie jest stok tej znanej góry. Na miejscu byłem przed wschodem. 



Niebo nabierało kolorów, było już na tyle widno, że aparat robił zdjęcia, chociaż po każdym pstryknięciu długo coś majstrował przy nich; bezskutecznie, jak się później okazało. Siwym i grubym szronem mróz okrył trawy, a mnie zmusił do założenia drugich rękawic. Piłem herbatę chodząc w pobliżu mojego miejsca, kręciłem się szukając swoich dawnych śladów, robiłem nowe i patrzyłem na wschodzące słońce. 




Dwukrotnie w ciągu dzisiejszego dnia widziałem rzadki widok i dość nietypowy: rozłożoną mapę oświetloną poziomymi promieniami słońca – teraz wschodzącego, a na zboczu Czeszki zachodzącego. Minimalny ruch ręki zmieniający poziomą płaszczyznę mapy krył ją w cieniu.
Przed sobą miałem rozległy przestwór łagodnie fałdowanych pól, a na nich nitki zarośli i kępy drzew; jedno z nich zwróciło moją uwagę wysokością i ładnym kształtem. Jakie to drzewo? Z odległości setek metrów rozpoznam jedynie topolę włoską, więc poszedłem poznać je. Będąc bliżej zobaczyłem brązową mgiełkę na koronie drzewa i pomyślałem o lipie. To faktycznie była lipa, a mgiełkę tworzyły trzymane przez drzewo lotki z nasionami.



Dzisiaj kilka razy przechodziłem przez śródpolne zarośla, albo omijałem je nie mogąc znaleźć przejścia. Czasami bywa, że na brzegu, zwłaszcza od południowej strony tych jakże malowniczych kęp, rośnie gęstwina krzewów po prostu nie do przejścia, bo jak przekroczyć splątane pędy różanych krzewów i malin? W sukurs tym roślinom przychodzą krzewy tarniny, głogu, a nierzadko i czarnego bzu, razem tworząc ściany tak gęste, że zajrzeć do środka trudno, nawet gdy są bez liści. Jeśli już znajdzie się przejście, jest nią ścieżynka zrobiona przez zwierzęta, do przejścia na czworaka. Jeśli kępa jest szersza, jej środek zajmują drzewa. Nie zauważyłem przewagi któregoś ich gatunku: rosną tam dzikie czereśnie i lipy, osiki i jesiony, dęby i grusze. Na miedzach wszystkie te rośliny rosną wąskim pasem podcinanym rolniczymi maszynami, ale na stokach zbyt stromych do zaorania, albo wokół skał wychodnych lub starych kamieniołomów, także nad strumieniami lub na nieużywanej, zapomnianej przez ludzi drodze, wszędzie tam wykształcają ów piętrowy schemat zajmowania swoich miejsc. Wnętrze tych mini lasków jest ciemne i nie ma w nim wielu roślin – chyba tylko nieliczne są w stanie rosnąć w tak głębokim cieniu. Ziemia bywa tam mokra, bagnista, ale nierzadko leżą tam omszałe złomy skalne lub kupy kamieni zebranych z pobliskiego pola; zdarza się, iż wśród zarośli zieją dziury w ziemi albo sterczy naga ściana odsłoniętej skały nieużywanego wyrobiska. Bywa też, niestety, że leżą tam sterty śmieci. Te trudno dostępne miejsca są mieszkaniem wielu zwierząt: najliczniejsze są ptaki, nierzadko duże ich stada, ale i sarnę można tam spotkać, bliżej lasu i dzik się schowa, a dzisiaj spod moich nóg zając poderwał się do ostrego biegu.
Ruszyłem w poplątaną wędrówkę okolicznymi polami i drogami.
 





 Przeszedłem moją ulubioną drogę w obie strony i wszedłem w las, by na jego skraju, nieco z boku, odwiedzić miejsce ładne i pamiętane, a stamtąd poszedłem do Gozdna, małej wioski po drugiej stronie lasu, przypomniawszy sobie, iż będąc tam kiedyś, nie obejrzałem wielkich lip rosnących przy szosie.
Ostatnie kilkaset metrów przed wioską szedłem szosą, lekko pod górę. Patrzyłem właśnie w dal, na odsłaniane opadającą szosą szczegóły odległego horyzontu, gdy zobaczyłem szczyt Wilczej Góry wyłaniający się z asfaltu na środku szosy: niemal pionowa ściana urwiska przykryta jest kępą drzew niczym głowa punka stojącymi włosami. Zatrzymałem się, góra też stanęła. Przysiadłem, góra schowała się za… nie, ona schowała się w asfalcie, przecież widziałem, a gdy stanąłem na palcach, i góra wyżej wychyliła się ponad powierzchnię szosy. Wracając, taką samą zabawę ze mną w chowanego podjęła Śnieżka, czego nie spodziewałem się po królowej Sudetów.
Przy głównej ulicy wioski rosną nie tylko lipy, widziałem tam też pokaźne kasztanowce i proste, strzeliste, jasne buki. Jeden z nich wyglądał wyjątkowo ładnie: trzymał na końcach gałązek mnóstwo brązowych, pękniętych na cztery strony kolczastych kulek nasiennych. Obok stała największa lipa. Na zboczu Wielisławki widziałem tablicę z informacjami o drzewach, po jej przeczytaniu wiem, iż lipa kwalifikuje się do uznania jej za pomnik przyrody, gdy ma obwód pnia przekraczający 3 metry; średnicę tego drzewa oceniłem na nie mniej niż metr, więc warunki spełnia, jednak tabliczki nie zauważyłem.
Gdy stałem pod drzewami z głową zadartą, podbiegł do mnie pies wielkości wilczura; nie wiem, jakiej rasy. Obwąchał mnie i kręcił się przy mnie; po chwili podbiegł inny, temu najwyraźniej nie spodobałem się, co okazywał hałaśliwym zachowaniem. Ten pierwszy naskoczył na szczekacza, który natychmiast przybrał poddańczą pozycję i zaraz wycofał się. Milczący został. Wcześniej myślałem o powrocie lasami, ale teraz uznałem, że nie warto chować się w lasy w słoneczny dzień i zawróciłem. Pies ruszył za mną. Zatrzymałem się, on też.
– Chcesz iść ze mną?
Nic nie odpowiedział, zrobił wokół mnie parę kółek i pobiegł. Przez kilka kilometrów, aż do młyna pod Wielisławką, tak było: wybiegał na przód, albo znikał gdzieś z boku, po chwili wracał, szedł przy mnie i znowu biegł gdzieś. Byłem już blisko mojej góry, gdy zatrzymałem się na herbatę. Po chwili przybiegł. Podszedł do mnie blisko, powąchał kubek z herbatą, spojrzał na mnie i przysunął się bliżej. Tarmosiłem go po uszach i karku; odsunął się dopiero wtedy, gdy przerwałem. Wyciągnąłem kanapkę, pies raz i drugi wciągnął powietrze, więc wyjąłem z kanapki plaster wędliny i podałem mu.
-Weź – powiedziałem, i dopiero wtedy ostrożnie wyjął wędlinę spomiędzy palców.


Doszliśmy do góry, okrążyliśmy ją, a na zachodnim zboczu zszedłem z drogi (tej samej, na której potykałem się nad ranem) chcąc zobaczył dół na zboczu. Otóż parę lat temu runął strop jaskini, a na zboczu utworzyło się zapadlisko. Będąc tam ostatnio zapamiętałem wrażenie, jakie na mnie zrobiło to miejsce – jakbym na wejście do piekieł patrzył: obcość, niesamowitość, odpychanie, ciemność i zimno, przeciwieństwo życia i słońca. Poszedłem tam chcąc poczuć to wszystko raz jeszcze. Głęboka jama jest ogrodzona, na dnie leżą zwalone drzewa, a między ich korzeniami zieje czarna dziura. Podniosłem głowę – między gałęziami drzew zobaczyłem błękit nieba.
Przeszedłem podwórze młyna i szosę, psa nie było. Druga strona pola kończyła się uskokiem, miałem nadzieję, iż nie płynie tam strumień. Nie, wody nie było, zszedłem na dno i wtedy, między drzewami, wśród traw, zobaczyłem szynę kolejową. Patrzyłem na nią zdumiony.
Dobra stal, nie rdzewieje – pomyślał technik we mnie, a ja słuchałem łagodnego, zamyślonego smutku budzącego się we mnie. Tego samego, który nawiedza mnie gdy widzę opuszczone, niepotrzebne dzieła ludzkich rąk. Patrząc na szynę pomyślałem o ogromie prac potrzebnych do wytopu tej stali i do wykonania całej tej linii kolejowej, która teraz jest tylko pasem lasu w nienaturalnym zagłębieniu terenu.
Za torami zaczynała się długa łąka wznosząca się zboczem góry Czeszka. Gdy tylko wyszedłem spomiędzy drzew, usłyszałem szczekanie psa z tyłu. Obejrzałem się: trzysta metrów za mną i nieco niżej stały zabudowania młyna, ale psa nie zobaczyłem. 


Pomyślałem, że to „mój” pies żegna się ze mną.
–Mnie też było miło – odpowiedziałem mu.
Poznałem wygodne przejście na ładne i lubiane pola między wzgórzami Owczarnia i Czeszka. 



Nieśpiesznie, rozglądając się, przeszedłem okoliczne drogi i zajrzałem na dno Piekiełka, strumienia głębokiego i ładnego swoją dzikością. Źródło jest suche, maleńka strużka wody pojawia się nieco niżej, wyciekając z dna koryta. Któregoś dnia przejdę całą długość strumienia, a łatwe to nie będzie: zbocza jaru są strome, wiele tam zwalonych drzew i wykopów zrobionych przez poszukiwaczy agatów; buły agatowe można znaleźć idąc zboczem, tyle że trzeba pewnej wprawy, aby odróżnić je od grud ziemi.
Gdy słońce dotykało już lasów, wyszedłem na otwartą przestrzeń; stojąc na zboczu Czeszki, na skraju lasu i pól, żegnałem ten ładny dzień grudniowy.
Dzień słońca, lip, zarośli śródpolnych, milczącego czworonożnego towarzysza, dzień odnowienia moich związków z Wielisławką. 









21 komentarzy:

  1. Krzysztofie.
    Takie łagodne smutki odczuwam, gdy widzę rozwalające się ludzkie sadyby albo wręcz miejsca po nich: zarośnięte trawą zapadłe miejsca po fundamentach, powykręcane, zdziczałe drzewa owocowe, jedyne w okolicy. Myślę wtedy, że ktoś tu kiedyś żył, obchodził swoje domostwo, dbał o nie, mył garnki i talerze, kładł na stole czysty obrus, wychodził przed dom i czuł na twarzy słońce albo wiatr albo deszcz, ktoś tu czegoś pragnął, kochał, cierpiał, chorował może, wychowywał dzieci, patrzył, jak rosną, jak pochylają się nad lekcjami i jak, w końcu, odchodzą do swojego życia. Wtedy czuję smutek, bo bardziej, niż kiedykolwiek odczuwam przemijanie i to, że to wszystko, co takie ważne nam się w naszym życiu wydaje, te dążenia, marzenia, pragnienia - takie w dłuższej perspektywie nieistotne są. Bo cóż po tym życiu zostanie? Po tych wszystkich, tak istotnych, sprawach? Niezbyt wiele, jak się okazuje.
    Tak coś robimy, robimy, jak tę szynę kolejową, i po co?
    (Ja wiem, po co, i wiem, że tak trzeba. Ale ta nostalgia przychodzi i tak).

    Latorosłka

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nawet gdybym nie wiedział od początku, od pierwszego wpisu, że pisze do mnie Latorosłka, siostra wojewody księcia Bolka, po tym jednym tekście wiedziałbym bez cienia wątpliwości. Tylko Ty dajesz takie zestawy przykładów i tak budujesz zdania wyrażające myśl.
      Myślę, że pod Twoimi słowami podpisze się każdy człowiek zwracający uwagę na takie szczegóły świata wokół niego, jak porzucone budowle. Sam fakt dostrzeżenia i chwili refleksji jest tutaj wyraźnym wyróżnikiem tych ludzi na tle ogółu, jest ich cechą wspólną.
      Czas. Latorosłko, jeśli czas będzie dostatecznie długi, jest w stanie pozbawić sensu nie tylko dążenia człowieka, ale i całych społeczności. Jakie znaczenie mają obecnie wojny zaborcze Asurbanipala? Jakie znaczenie mają życiowe tragedie mojego pradziadka?
      Czy z negatywnych odpowiedzi wynika, iż wszystko jest nieistotne? Bez sensu?
      Latorosłko, obecnie w pracy robię duży wóz kampingowy – mieszkanie na kołach dla mojego pryncypała. Za 50 albo za 100 lat po tym wozie nie zostanie nawet zardzewiały kawałek stali, ale świadomość tego nie odbiera sensu mojej pracy, bo ten sens zawiera się w obecnym czasie: po prostu zarabiam. Mając pieniądze, nie tylko mam środki na swoje i mojej rodziny utrzymanie, ale też mam na wyjazdy w góry, na bezprzewodowy internet, etc., etc.
      To samo należy powiedzieć o wykonawcach tamtych opuszczonych dworców i szyn wśród drzew.
      Tak też można spojrzeć na ludzką pracę i jej owoce. To jedna z kilku możliwych perspektyw, ale zostawmy te roztrząsania i wsłuchajmy się w słowa Gołubiewa, które są jakże a propos:
      „...Każda chwila się liczy, każde drgnienie serca – najmniejsze, najsłabsze.”

      Usuń
    2. Przecież nie mogłeś nie wiedzieć, że pisze do Ciebie Latorosłka, skoro tylko ona tak pisze, prawda? :)
      Swoimi przykładami w komentarzu potwierdzasz, że w dłuższej perspektywie ani wojny króla Asurbanipala, ani moje, ani Twoje przypadki życiowe nie mają znaczenia. One są ważne wtedy, gdy się dzieją i może dla pewnej liczby potomnych (w przypadku Asurbanipala może trochę dłużej i liczba tych potomnych pewnie była większa), ale w ostateczności cóż się liczy? Życie w ogóle, życie, jako takie, trwanie - ale nie jednostki. Czy to powinno jednostkę jakoś unieszczęśliwiać? Sprawiać, że siądzie z założonymi rękami i smutkiem w sercu, bo nie warto? Nie. Jednostka ma jedno życie i powinna z niego czerpać, ile się da, nie myśląc o tym, że jest to życie tylko maleńkim ziarenkiem piasku w jakiejś gigantycznej klepsydrze. Czasem jednak dobrze jest zadumać się, i tyle.
      A wóz Twojego pryncypała? Myślę, że to nieprawda, że za 100 lat nie będzie śladu po nim. Tworzywa sztuczne są wieczne... :)

      Latorosłka

      Usuń
    3. Wiedziałem, że Latorosłka pisze, oczywiście, ale też wiedziałem która. Wszak nie jedna niewiasta nosi to imię.
      Coraz bardziej przekonuję się do filozofii mówiącej o pozytywnym przeżywaniu jako tym dodanym, rozumowym sensie życia. Dodanym, ponieważ pierwotny jest jeden: przekazanie życia dalej. Tyle że u mnie, osoby nie wierzącej w przetrwanie mojej osobowości po śmierci, taka filozofia ma pewną lukę: jakby wisi w powietrzu. Chociaż z drugiej strony pomaga tutaj nasza, ludzka, cecha: my tak myślimy, tak się zachowujemy, tak postępujemy, jakbyśmy mieli żyć wiecznie.
      Osobie wierzącej w życie po śmierci jest łatwiej. Dla takich osób ratunkiem i źródłem siły może być myśl wyrażona przez Prousta:
      “... jednostka, to co w osobie ludzkiej, w jej myśli najbardziej niezwykłe, nie umiera, pozostaje w pamięci Boga i będzie wskrzeszone.”
      Bardzo mi się te słowa podobają. Zauważ, że nie ma tutaj mowy o karaniu czy sądzie, a o puszczeniu w niepamięć złych naszych stron i o pamiętaniu tych dobrych. Wtedy wspomniane wskrzeszenie stałoby się jednocześnie naszym duchowym odnowieniem. Urocza myśl i bardzo pociągająca.

      Mój dziadek zwykł mówić, że szkło jest wieczne. Nie jest – jak i plastik, zwłaszcza wtedy, gdy wystawiony jest na światło słoneczne. Nadfiolet jest twardym promieniowaniem i szybko niszczy struktury plastików.

      Usuń
    4. Tak?
      A mówili, że butelki PET i foliowe torebeczki będą się rozkładały milion lat i nigdy się nie rozłożą... To co dopiero taki duży, plastikowy wóz...

      Latorosłka

      Usuń
    5. Hmm, może i ja nieco przyśpieszyłem te procesy, ale przecież nie miliony lat. Latorosłko, plastikowa butelka leżąca na słońcu rozpadnie się w proch dość szybko, to kwestia kilkunastu lat, co najwyżej paru ich dziesiątków. Wtedy nie będzie jej widać, ale całkiem możliwe, że te długie i nie występujące w naturze związki chemiczne, z których zbudowana była butelka, nadal są w ziemi, a do ich rozłożenia na proste związki chemiczne i pierwiastki mogące wrócić w naturalny obieg materii potrzebny jest znacznie dłuższy czas.
      Latorosłko, ten kamping który robię, nie jest taką małą przyczepką. On ma wielkość dużej chłodni tirowskiej, rozsuwane ściany i w większości stalową konstrukcję; jego żywotność liczę na nie mniej niż 20 lat. Tak, ocieplenie i wykończenie będzie plastikowe, więc po stu latach jakieś resztki zapewne będą leżeć gdzieś na wysypisku.
      Żelazo szybko utleni się, woda te tlenki rozpuści i zabierze w świat, ale puszka aluminiowa będzie długo leżała w ziemi; widzę, jak ludzie bezmyślnie wyrzucają puszki z jadącego samochodu…

      Usuń
  2. Tarninowo-różane zarośla kryją nie jedną tajemnicę. A ja mieszczę się bezproblemowo w zwierzęce prześwity w krzakach. dzięki temu zaglądam tam, gdzie rzadko gości człowiek... to dzięki rozmiarom mogę zbierać cudownie żółte i słodkie jabłka z jednego z dzikich drzew otoczonego kolczastym płotem. Oprócz mnie i dziewczyn zaglądają tam tylko sarny i... osy.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A nie masz przypadkiem zdjęcia czołgającej się pod krzakami Ani? Bo ja chciałbym zobaczyć Anię na czworaka pod różami :-)
      Przyznasz chyba, że te zarośla są bardzo malownicze. Ja je bardzo lubię, ich widok jest dla mnie jednym z symboli Gór Kaczawskich.
      Jutro ma padać, ale jadę. Czasami kicham, ale pojadę, bo za tydzień, 18 grudnia, będzie mój ostatni wyjazd w tym roku – przed trzytygodniową przerwą. Wybrałem drogę lasami pod Stromcem, są tam głębokie jary, dzikie miejsca. Tę górę widać z Twojego miejsca przy ławce, tylko jest trudna do zauważenia.

      Usuń
    2. Wiesz, jak się myśli o tych smacznych jabłkach ukrytych za tarninowym gąszczem, to o zdjęciach zupełnie się zapomina!
      A na ławce usiądę już 23 grudnia :) A potem w drugiej połowie lutego.

      Usuń
    3. Szkoda… :-(
      21 grudnia pojadę do domu, nazajutrz przyjedzie syn z żoną i córką. A teraz najlepsze: zostawiają mi wnuczkę na prawie dwa tygodnie! Już my się postaramy o odpowiedni bałagan w domu… :-)
      Aniu, gdy będzie bliżej lutowego pobytu w Domku, napiszesz, prawda?

      Usuń
    4. No pięknie! Na pewno świetnie spędzicie wspólnie czas!
      Oczywiście, że uprzedzę kiedy będziemy wyjeżdżać. Mam nadzieję,że nas odwiedzisz :)

      Usuń
    5. Ja też mam nadzieję na spotkanie z Wami :-)

      Usuń
  3. Bardzo mi się podobają Twoje zdjęcia :-) Czy to światło tak dopisało, czy coś tam pomajstrowałeś w aparacie? Ciekawa jestem...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Naprawdę tak uważasz? Oj, czuję jak rosnę: Anika mnie chwali! :-)
      Aniko, ustawiłem ostrość, jasność i nasycenie kolorów na plus jeden. Nie wiem, jaką wartość bezwzględną mają te plusy, ale jeśli miałbym porównywać do procentowych zmian w GIMPie, to oszacowałbym je na nie mniej niż 15%, raczej około dwudziestu. Przy pierwszych zdjęciach, gdy było jeszcze niezbyt jasno, zwiększyłem EV (dobrze pamiętam skrót?) o 30%, ale szybko wyłączyłem, bo było zbyt jasno. A!, i włączyłem funkcję niwelowania zbyt dużych różnic w jasności kadru. Najlepszym sposobem na ustawienie jasności jest dla mnie przestawianie aparatu po chwyceniu ustawień wciśniętym do połowy przyciskiem do robienia zdjęcia. Ten mój aparat ustawia jasność i ostrość według parametrów kadru w małym okienku na środku ekranu, a przyciśnięcie przycisku blokuje możliwość ich zmiany. Więc łapię taki fragment kadru, żeby uzyskać odpowiednia jasność, wtedy przestawiam aparat na właściwy kadr i wciskam przycisk do końca.
      Aniko, zwykle zdjęcia lekko poprawiam w GIMPie: ciut ostrości i nasycenia barw, ale tych nie poprawiałem. Trochę z braku czasu, trochę z braku potrzeby, chociaż tu i ówdzie jakieś korekty przydałyby się.
      Tak przy okazji: zauważyłem, że jakość zdjęcia pogarsza się, gdy zmniejszę jego rozmiar na potrzeby publikacji.
      Myślę, Aniko, że głównym autorem tych zdjęć było światło: niskie, ale mocne i jednocześnie kolorowe; zdaje się, że właśnie o takim właśnie świetle mówi się „złote”.

      Usuń
    2. Oj, nie jestem żadnym fachowcem - sama nadal nie umiem robić dobrych zdjęć (ani obsługiwać GIMPa!!), więc moja pochwała znaczy tyle, że Twoje zdjęcia bardzo mi się spodobały i z przyjemnością je oglądałam. Dostrzegłam też wyraźną różnice na plus :-)
      Doprawdy, interesujący jest ten Twój aparacik - pewnie dotąd sądziłeś, że nic nie da się w nim ustawić, a tu proszę! Oczywiście, jakość światła miała ogromne znaczenie i naprawdę, świetnie je wykorzystałeś.
      Nie poprzestawaj na eksperymentach i świadomym przestawianiu aparatu - sprawdzaj, które są bardziej lub mniej przydatne w ostrym słońcu, w zacienieniu itd. Powodzenia!

      Usuń
    3. Dziękuję, Aniko. Próbuję, chociaż mam dodatkowe kłopoty związane z okularami; bez ich wymiany wyraźnie nie zobaczę zdjęcia na małym ekranie aparatu. Poza tym pamięć, ech… To jest tak: gdy zmienię jakiś parametr, kieruję obiektyw na buty czy ziemię przed sobą i robię zdjęcie, później jest ono dla mnie sygnałem zmiany, żeby wiedzieć, od którego zdjęcia zmieniłem… tylko co ja wtedy zmieniałem?… Trzeba by mi zapisywać na karteluszce ustawienia, no i tak obrasta się zajęciami wokół aparatu. Ale jak widzisz próbuję, a Ty, Aniko, pamiętaj, że wystarczy jedno jedyne Twoje słowo, i… zamieniamy się aparatami. Wiesz, jaki mój jest maleńki? Garść na nim zacisnęłabyś, a swojego nie obejmiesz w dłoniach, ha!
      A GIMPa nie da się nauczyć. ENIGMA to fraszka przy tym programie.

      Usuń
    4. Zaglądaj więc do plików EXIF - początkowo nic nie będziesz z tego rozumiał, ale z czasem zauważysz, że dla różnych zdjęć podane wartości mogą być inne - dowiesz się jaki wybrałeś balans bieli, czy korygowałeś EV, jakie było ISO czy przysłona.
      Pomysł z karteczką nie jest zły :-) Zamiast butów zrób zdjęcie notatki. Poświęć się parę, paręnaście razy - dla zdobycia doświadczenia. A o mojej lustrzance zapomnij ;-P

      Usuń
  4. Kiedyś miałem okazję zajrzeć do pomieszczeń opuszczonego budynku firmy, w której przed laty pracowałem. Dawniej tętniło tu życie, a teraz panowała przerażająca pustka. Pomieszczenie było martwe, wyglądało jakby ktoś wyrwał mu duszę. Ja stanąłem jak wryty, mrowie przeleciało po moim ciele od czubka głowy do czubków palców u nóg. Czułem wielki smutek, rozpacz, bezsilność i jakąś trudną do określenia niemoc. A później, gdy wyszedłem z tych pomieszczeń, nic nie czułem. W moich oczach zakręciły się łzy.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Rozumiem, Janku. Na pewno podobnie odczuwałbym.
      Tak, smutek opuszczonych miejsc, a u Ciebie dodatkowo wzmocniony faktem Twojej pracy tam. Twoje odczucia w jednej części dotyczyły murów i miejsc, a w drugiej czasu tam przeżytego, pamięci zdarzeń i ludzi, bo nam się jakoś tak dziwnie robi, jakbyśmy swoim duchem, a więc wrażeniami, myślami, pragnieniami, obdarzali rzeczy z którymi często mamy do czynienia. Później one zwracają nam to wszystko: czujemy ich emanację skierowaną w naszą stronę.
      Ale wiesz co? Takie chwile, jak Twoje w opuszczonych pomieszczeniach firmy, wzbogacają nas. Tak uważam.

      Usuń
  5. Wstałam dziś tuż przed 5-tą, bo psy domagały się wypuszczenia do ogrodu; spojrzałam, a tam księżyc niziutko na niebie prześwietlał wysokie drzewa, kładł długie cienie na ziemi, ale to nie było takie zwykłe prześwietlanie, jakby opar, co jeszcze dodatkowo potęgowało czar tej chwili; szkoda, że nie jestem wytrawnym fotografem, ani nie mam tego zacięcia, które kazałoby mi wyjść w mróz i robić zdjęcia; i na pewno by nie wyszły, statyw potrzebny, bo byłyby poruszone:-) wyjście na wędrówkę, żeby zdążyć przed wschodem słońca, to coś, co podziwiam, a że było wart, to widać na zdjęciach; mgły w dolinach, oszroniona okolica, no i pogoda niezła Ci się trafiła; lubię takie drogi, dojazdy do pól, łąk, czasami skróty do innej wsi, niezajeżdżone zbytnio, tylko iść przed siebie; psy- towarzysze, pełno takich w górach rumuńskich, ukraińskich, wędrują z turystami, potem gdzieś wracają, ten chyba miał dom, ładnie wygląda:-) tak, to prawda, co jakiś czas temu napisałeś, Kaczawskie podobne do naszego Pogórza:-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mario, ładnie napisałaś. Tak, jak lubię: bardziej osobiście, od siebie. Nie wiem, czy zauważyłaś, że na blogach rzadko się tak pisze. Dziękuję Ci.
      Czytając Twój opis, zobaczyłem ten nocny widok. Czarno-srebrzysty, magiczny i magnetyczny, piękny widok. Na pewno kiedyś widziałaś jego przemianę przed wschodem słońca, jak jaśnieje; później te srebrzystości powolutku nabierają barw, a w końcu mgiełki świecą perłowo, różowo i pomarańczowo. Są coraz jaśniejsze, coraz przejrzystsze, w końcu znikają i zostaje tylko jasne słońce na błękitnym niebie.
      Trudno te subtelne kolory sfotografować, to prawda. Gdy już jest dość jasno, czasami udaje mi się złapać ledwie blade odbicie tego, co widzą moje oczy, a nocnych zdjęć nawet nie próbuję zrobić.
      Tak, mało używane dróżki są urocze, aż proszą by je przejść.
      Pogórze Kaczawskie jest znacznie rozleglejsze do Gór Kaczawskich i faktycznie jest podobne do Twojego pogórza, także do Pogórza Izerskiego Ani Kruczkowskiej. Najwyższe rejony tych gór już raczej nie. Byłem ostatnio na Żeleźniaku: ze szczytu schodzi północny stok pod kątem 40 czy 50 stopni, a dno doliny jest sto kilkadziesiąt metrów niżej. Patrząc z góry, między konarami świerków widać nitkę drogi w dole. Nie alpejski, ale jednak górski widok.
      Psy już kilka razy towarzyszyły mi na szlaku. Myślę, że one się nudzą, idą dla rozrywki i z ciekawości. Wszak to mądre stworzenia. Robak nie potrzebuje rozrywki ani nie jest ciekawy, psu pod tym względem bliżej do człowieka.
      Czy zgodzisz się ze mną?

      Usuń