Moja książka

O wydaniu książki

011216 Od wielu lat błądziła po mojej głowie myśl o wydaniu jakiejś części moich tekstów, ale było tak, jak często u mnie, czyli tak, ...

czwartek, 30 lipca 2015

Lipiec sprzed paru lat


Lipiec

Gdy słońce jest nisko, fale biorą na swój grzbiet ruchliwy, drgający cień i rzucają go przed siebie - na piasek plaży. Gdy cofają się, cień wsiąka razem z wodą w piasek, zostawiając na gładkiej jego powierzchni falistą nitkę - swój materialny ślad. Można jej dotknąć, nim kolejna fala przykryje ją nowym śladem cienia. Schodzące  słońce wydłuża cienie… nie, nie: ono je podnosi. Cienie pienistych bąbli stają się kopulastymi minaretami (jestem pewny, że to słowo przyszło mi na myśl w związku z Proustem, który gdzieś go użył), które rosnąc, tracą wyrazistość. Mój długi cień przecina wyzłocony piasek plaży, głowa ucieka ode mnie, chowa się w zaroślach na wydmie, ale zaraz niknie cały, zabrany przez słońce dotykające już wody. Tylko zarys fal na piasku zostaje – już bez śladu cienia.

Nie miałem co robić, tylko gapić się na cienie wodnej piany? Zajęcie dobre jak wiele innych, od tyluż innych lepsze, a ja chciałem przeprowadzić pewien eksperyment. Otóż ilekroć patrzę na morze stojąc na plaży, wydaje mi się, że patrzę na nie z wysokości większej od mojego wzrostu. Złudzenie, czy jakiś nieznany mi fenomen fizyczny? Dzisiaj klęknąłem i głowę pochyliłem nisko, tuż nad falami – wrażenie nadal było. A jeśli – myślałem – morze jest w tym miejscu w jakiś przedziwny sposób wygarbione, to przecież nie może tak być z promieniami słońca, więc aby poznać charakter tego zjawiska, należy obserwować cienie na brzegu morza przy zachodzącym słońcu. Obserwowałem. Cień fal był widoczny do końca, morze nie zasłaniało go, więc wybrzuszenie jest złudzeniem – w przeciwieństwie do śladów cienia na piasku:)



Słów parę w związku z letnią lekturą.

“Umrzemy, i to czyni z nas szczęściarzy. Większość ludzi nigdy nie umrze, ponieważ nigdy się nie narodzi. Ludzi, którzy potencjalnie mogliby teraz być na moim miejscu, ale w rzeczywistości nigdy nie przyjdą na ten świat, jest zapewne więcej, niż ziaren piasku na arabskiej pustyni. Wśród owych nienarodzonych duchów są z pewnością poeci więksi od Keatsa i uczeni więksi od Newtona. Wiemy to, ponieważ liczba możliwych sekwencji ludzkiego DNA znacznie przewyższa liczbę ludzi rzeczywiście żyjących. Świat jest niesprawiedliwy, ale cóż, to właśnie myśmy się na nim znaleźli, ty i ja, całkiem zwyczajnie.”

Richard Dawkins “Rozplatanie tęczy”, Prószyński i S-ka, Warszawa 2001, s.7.

Ty i ja, całkiem zwyczajnie...

Jest w tych słowach coś jeszcze, prawda głębsza niż ta, która nasuwa się sama – o radowaniu się niepowtarzalnym życiem. Już - już wydaje mi się, że chwytam ją, ale ona umyka mi nie dając się rozpoznać. W sumie nic nowego: wiele, naprawdę wiele razy szedłem w dobrą stronę, czułem bliskość czegoś... wielkiego, jasnego, wspaniałego, ale nigdy nie udało mi się przejść tych ostatnich metrów. Jednakże w tej myśli Dawkinsa jest jakieś przekłamanie, tak mi się wydaje, bo logik ze mnie kiepski. Myśl o śmierci jako o szczęściu wydaje się tutaj słuszna, ale tylko w kontekście zaznaczanym przez autora – jako naturalny skutek narodzin, do których mogło nie dojść, ale... Może tak: szczęściarz to ten, który na przykład wygrał w totolotka, ale czy można tak nazwać tego, który wygrywa, gdy wszyscy inni wygrywają dokładnie tyle samo? Szczęście czasami odnosimy do pewnych średnich wartości naszego świata, tego świata, w którym żyjemy, ale nie do średnich matematycznych. Inaczej: trudno nazwać pechowcami tych, którzy nigdy nie istnieli, a są jedynie statystyczną możliwością. Jeśli ten wniosek jest słuszny, to czy odwrotny (czy jesteśmy szczęściarzami z racji swojego istnienia) też takim będzie? Traktowanie tamtych jako potencjalne osoby (a tak jest w tym tekście) wydaje się być tutaj nie tyle naturalną konsekwencją podmiotowości ludzkich języków, co celowym działaniem autora. Ta celowość to chęć wywarcia wrażenia. Owszem, ja też piszę o tych statystycznych możliwościach jak o osobach (tych, tamtych), ale jest to tylko skutek takiej, a nie innej budowy ludzkiego języka, który, zgodnie z naszą psychiczną konstrukcją, wszędzie dostrzega podmioty.

Czyż nie o tym pisał Proust?:

“Rzeczy mają tyle życia, co ludzie, bo choć rozumowanie po fakcie przypisuje każdemu widzianemu zjawisku przyczyny zewnętrzne, to w pierwszym wrażeniu przyczyna nigdy się nie zawiera.? (“Pamięć i styl”, str. 158/9)



Połowa lipca.

Tak wyraźna na swoich krańcach, przy styku nieba i wody, linia horyzontu na całym pozostałym swoim ogromnym półkolu rozdzielała się. Patrząc przed siebie widziałem dwa horyzonty. Daleki kuter rybacki pojawiając się na wyższym, dalszym styku nieba i ziemi, zdawał się spływać ku mnie z wyżyn nieba, z innego świata, przekraczając drugą linię horyzontu w swojej drodze ku przystani.

Od zachodu szło rozpogodzenie; zrazu nieśmiałe, ledwie widoczne jaśniejszym skrawkiem horyzontu, później odważniejsze w odpychaniu ku wschodowi szarogranatowych zwałów chmur, które broniąc się, spuszczały ze swojej wysokości smugi ciemnych dymów chwytających się powierzchni zastygłego, granatowego morza. Oczyszczonym skrawkiem nieba sunęły tuż nad wodą perłowe, długie obłoki o brzegach płonących jaskrawym złotem, rozpalając pod sobą linię horyzontu kolorem niewidocznego słońca.

Zadziwiał kontrast barw i nastroju: jaśniejące i radosne, intensywne kolory żółci, oranżu i jasnych odcieni czerwieni, niżej woda płonąca blaskiem słońca – a obok szarość nieba, granat i ponurość martwej wody.

Słońce pojawiło się na chwilę jaskrawym i wąskim paskiem między chmurą a linią wody, złotem wyścieliło sobie drogę ku mnie, trwało tak przez minutę i znikło za horyzontem nie widząc mojej wyciągniętej ku niemu dłoni.



Po trzech miesiącach nieobecności, w pochmurny dzień środka lata, wszedłem do swojego zimowego pokoju: trwał opuszczony, niemy, szary i zakurzony, a ja, patrząc na kąty tak jednoznacznie kojarzące mi się z zimą, na chmury widoczne przez okno, poczułem dojmujący smutek – jakby lato nagle się skończyło. Usiadłem w fotelu i szukając ratunku skupiłem się na słowach, budując z nich mur wokół siebie, a gdy o godzinie 20.30 wstałem i spojrzałem w okno, poprzez liście mojej mirabelki zobaczyłem, zaskoczony, drzewa oświetlone zachodzącym słońcem. W porze doby, która w zimie będzie głęboką nocą – pomyślałem i poczułem inne, ale też silne i równie dojmujące uczucie jak pierwszy smutek – poczułem radość zaspokojonej tęsknoty i pragnienie oglądania słońca codziennie, w każdej chwili umykającego mi lata.



Słyszałem dalekie, nieznane szmery, jakieś stukania, odgłosy dziwnych kroków, jakby skradania się, ale wszystkie te dźwięki były dalekie, nie niepokoiły, dopiero nagły hałas podobny do trzaśnięcie ciężkimi drzwiami otworzył mi szeroko oczy. Nasłuchiwałem, oczekujący, zaniepokojony. Z chwilowej ciszy sączyły się rytmicznie powtarzające się odgłosy… mlaskania?, siorbania? Jakieś pompy? Tutaj? Wsłuchiwałem się w ciemność, bezskutecznie próbując zlokalizować dźwięki, aż w końcu przymknąłem oczy. Usypiając, słyszałem pochrapywanie i odgłosy ciężkich oddechów; później rozległ się nieprzytomny krzyk przez sen, po nim zapadła chwila ciszy momentalnie przerwana głośnymi jękami zmieniającymi się w rzężenie, od których ciarki przebiegły mi po plecach i zrobiło się niedobrze. Sen znowu odleciał ode mnie. Nasłuchiwałem.

Noc w dżungli? Nie, noc w szpitalu.



Czasami deszcz kapie mi do talerza, a wtedy zupa bulgocze jakby się miała gotować, czasami bliskie drzewo dodaje mi parę płatków swoich kwiatów do skąpo tutaj wydzielanych surówek, albo, dla odmiany, wiatr przygna chmurę kurzu przyprawiając mi sos, a bywa też, że oczy zapieką, bo sąsiad użyje pieprzu na wietrze – takie bywają uroki jedzenia posiłków na dworze. W ciągu tego półrocza czekam na słońce, a gdy świeci mam ucztę, chociaż bardziej wzrokową niż smakową.
Wszystko na stole, a już zwłaszcza produkty na talerzu, nabierają barw, masywności i smakowitości, pokazują ukryte normalnie bogactwo drobnych szczegółów swoich faktur, zaskakującą mnogość i nasycenie kolorów, wyrazistość struktur. Przekrojony pomidor, przyprószony czarnymi drobinkami pieprzu, błyszczy czerwienią apetycznej mięsistości przedzielonej miniaturowym jeziorkiem soku z zatopionymi weń ziarenkami nasion, przypomina mi kupiony gdzieś w górach przekrojony agat; kryształki soli, zrazu widoczne jako ostre chropowatości na powierzchni pomidora, nikną, roztapiając się. Skóra wędzonego dorsza błyszczy połyskiem starego bursztynu, a kromka zwykłego chleba staje się przekrojonym labiryntem mniejszych i większych jaskiń o gładkich, jakby wypłukanych, ściankach ograniczonych złocistą lub brunatną granicą skórki. Plasterek świeżego ogórka perli się apetycznie kropelkami swojego soku. Surówka jest kompozycją kształtów i kolorów: matowo połyskujące białe i z ledwie widocznym odcieniem zieleni paski i paseczki kapusty, pomarańczowe robaczki startej marchewki, kostka czerwonego pomidora z wilgotnym miąższem z jednej strony, z drugiej wypina gładką skórkę, na której błyszczy kropelka wody, żółte, połyskliwe i pękate ziarna kukurydzy, plasterek cukini pyszniący się swoim zielono-złotym grzbietem, a wszystko to przetkane ciemną zielenią maleńkich gałązek kopru budzących dalekie wspomnienie świąt i choinki.

4 komentarze:

  1. Piękny ten opis Bałtyku. Sama nieraz wgapiam się w wodę, przypatrując się rozbryzgującym się przy brzegu kropelkom lub odwrotnie stoję zapatrzona w dal, w głąb...Mam uczucie, że prawie dotykam Absolutu.
    Zaczynało mi już brakować lektury Twoich opisów.
    P.S. Zgodnie z obietnicą,link do zdjęć w galerii google:
    https://goo.gl/photos/pAau9QMHigFBEtxm8

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję, Anno, za tak mile łechcące słowa.
      Wróciłem. Wczoraj w południe wyjechali wszyscy moi i znowu zostałem sam. Zobaczę ich w pierwszej połowie listopada, po karuzelowym sezonie. Teraz nastał czas czytania i pisania. Na brzegu morza byłem kilka dni temu, bo albo towarzyszyłem Helenie na ślizgawkach, albo pogoda nie zachęcała do spacerów. Dzisiaj od rana pada, jest zimno i wietrznie:(

      Usuń
    2. Jakby to powiedzieć... Wiem, że pada, jest zimno i wietrznie... Mam wrażenie, że wszyscy wczasowicze najechali moje małe miasteczko. Taka pogoda sprzyja wydawaniu pieniędzy, ale potrafi być depresyjna.
      Czytaj, pisz, nie poddawane się tej jesiennej aurze. Na morzu sztorm. To dopiero widowisko!

      Usuń
    3. Ano tak, przecież z Trzebiatowa do Ustronia jest bliziutko. Dzisiaj nikt nie wygoni mnie na dwór. Cały dzień pracowałem na dworze, wystarczy. W campingu mam ciepło i mam słowa. Piszę, chociaż akurat ten tekst jest zbyt osobisty żeby go publikować, ale mam też garść notatek z mijającego miesiąca, w najbliższych dniach mam nadzieję zmienić je w kawałek tekstu.
      Tutaj jakby mniej ludzi, ale jeszcze tydzień temu były tłumy, trudno było przejść ulicą.

      Usuń