Moja książka

Góry Kaczawskie słowem malowane

250619 Miałem okazję poznać świętokrzyskie drogi i tatrzańskie szlaki, przemierzałem łęczyńskie bagna i podlubelskie lasy, spędziłem ki...

wtorek, 4 sierpnia 2015

Lato


Jest upalne, nawet skwarne, popołudnie. Chciałbym schować się gdzieś przed upałem, ale wychodzę na spacer pchany nieokreślonym pragnieniem. Idę niezdecydowany, zatrzymuję się i rozglądam, czasami wyciągam aparat i robię kilka zdjęć. Siedzę na brzegu łąki opierając się o sosnę, między stopami leżą jej szyszki, wokół mnie unosi się tak lubiany aromat żywicy. Po chwili jednak wstaję i idę dalej rozglądając się, a przy szpalerze drzew rosnących nad wodą zatrzymuję się i gapię na nie. Odwracam się i tuż przy ogrodzeniu lunaparku widzę kilka krzaczków cykorii podróżnika. Ocalały – myślę. (Kilka dni później, w dzień wyjazdu, manewrując stojącą obok moją scanią, udało mi się ominąć rośliny.) Klękam przed ich pięknymi, drogimi mi kwiatami i patrzę na nie. Ich widok ma dla mnie istotną cechę wspólną z widokiem jaskółek: rozpogadzają moje wnętrze.




Szukam czegoś? Co właściwie chcę uchwycić pamięcią i obiektywem? Nie bardzo wiedziałem. Lato?.. Tak, przecież lato, bo cóż innego? Patrzę na blask słońca na liściach drzew, ich cień na trawie, szybki ruch uciekającej jaszczurki, czuję zapach sosnowej żywicy i gorące słońce na ramionach. Jakbym chciał z pojedynczych obrazów lipcowego dnia złożyć obraz lata, jego ideał. Uchwycić nie jedno czy drugie jego oblicze, obraz czy cechę, a jego samego, istotę, sedno letniego dnia. Przyjrzeć się, zapamiętać i nacieszyć.




Czytam książkę o ewolucji. Z satysfakcją stwierdzam, że bez wyjaśnień rozumiem myśli w niej zawarte, jak w tych przykładowych zdaniach.:

„Aby cecha mogła ewoluować w drodze doboru naturalnego, konieczne jest występowanie w populacji genetycznej zmienności pod względem tej cechy.”

Ciąg dalszy tej myśli:

„Ewolucja w drodze doboru naturalnego niszczy genetyczną zmienność, na której bazuje.”

Proste, jasne, logiczne.

W innym miejscu tej samej książki przeczytałem słowa budzące we mnie odczucie zgoła odmienne od satysfakcji.

„W obrębie gatunku geny ulegają permutacjom i spotykają się w coraz to nowych kombinacjach. W gruncie rzeczy gatunek rozmnażający się płciowo traktować można jako urządzenie do permutacji zamkniętego zbioru genów przystosowanych do siebie nawzajem i występujących w rozmaitych kombinacjach.”

A ja, głupi i tęskniący, biegnąc do niej, nie wiedziałem, że chodzi o permutację!

Tyleż najsilniejszych uniesień, rozpaczy i szarpiącej niepewności, tyleż eksplodujących barw świata, oszałamiającego bicia serca, uskrzydlającej radości, a tak naprawdę chodzi o permutację genów, a więc w istocie o połączenie dwóch gamet. Po co ten eufemizm? Mówiąc wprost, chodzi o zapłodnienie. Przeczytawszy te słowa, poczułem sprzeciw i gorycz. Dlaczego sprzeciw, wiadomo, a gorycz wzięła się z wiedzy, z przyznania racji autorowi tych słów. Czasami ta wiedza, świadomość istnienia owej ogromnej różnicy między najgłębszą praprzyczyną pchającą mężczyznę do kobiety, a wysokim gmachem budowanym na tych podstawach przez ludzką kulturę i ludzkiego ducha, gmachem o subtelniejących kolejnych piętrach, ta świadomość jest mi obelgą, ale też bywa powodem do dumy. Obelga ukrywa się w fundamentach, na wysokich piętrach jest duma.



Cytaty pochodzą w książki „Ślepy zegarmistrz” autorstwa Richarda Dawkinsa.



Wychodzę na dwór ubrany jedynie z spodenki, jest późny wieczór lipcowy, czuję na nagim ciele rozkoszną po upalnym dniu pieszczotę lekko chłodnego powietrza. Nie chce mi się wracać do rozgrzanego campingu, myśli uparcie krążą wokół pracy. Jutro wstajemy wcześnie, żeby przed południowym skwarem skończyć demontaż urządzeń. Po obiedzie zaplanowałem kilka godzin sjesty, a wieczorem, około godziny 21, wyjazd w długą drogę nad morze, do Ustronia. Za trzy dni przyjedzie do mnie młodszy syn, później przyjedzie starszy z żoną i córką, przyjedzie żona. Wakacje.

Późniejszy dopisek.

Już minęły, rodzina wyjechała, zostałem sam. Zobaczę ich dopiero w listopadzie, po zjechaniu karuzel do bazy. Nie pisałem i raczej nie będę pisać tutaj o sprawach rodzinnych, blog jest o moich wrażeniach i chwilach i niech takim zostanie. Powiem tylko o rokrocznie odradzającym się we mnie przymusie zaglądania w kąt działki, gdzie stoi przenośny domek, w którym od kilku lat mieszka moja rodzina w czasie wakacji. Więc zaglądam tam z dziwną, nierozumną nadzieją zobaczenia otwartych drzwi, albo czyjejś sylwetki w dużym oknie, ale drzwi ciągle zamknięte, a okno ślepe. Nie wiem, dlaczego tam zaglądam.



Po raz pierwszy po kilkudniowej przerwie byłem nad morzem. Pamiętałem zabrać aparat, zapomniałem zrobić zdjęcia, i tak niewydarzony był cały mój spacer plażą. Nie mogłem się odprężyć, wyciszyć, po głowie przewalały się niechciane myśli, do powrotu goniła mnie też potrzeba pisania. Chcąc być tutaj i tam, nie byłem nigdzie.

Ech, za dużo ludzi, za dużo hałasu; nigdy nie przyjechałbym na urlop do tak zatłoczonej miejscowości – tłumacząc się ze swojego stanu, skręciłem ku wyjściu z plaży.

-Dlaczego tak się oglądasz?

-Bo może widzę cię po raz ostatni. – ponownie, jak wiele już razy i w różnych sytuacjach, usłyszałem słowa z odległej przeszłości, z innej rzeczywistości.

Nie spojrzałem na morze opuszczając plażę, uświadomiłem sobie. Zawróciłem.

Idąc do campingu, niosłem pod powiekami obraz wyraźnej, czystej linii horyzontu, na którą nakładał się obraz sceny sprzed lat.



W ramach porządkowania działki miałem wyciąć gęstą, krzewiastą, wielką wierzbę. Z obawą wziąłem w rękę piłę spalinową, pierwszy raz w życiu miałem obsługiwać tą straszną maszynę. Z wielkim trudem (silny nigdy nie byłem) udało mi się odpalić jej duży silnik i niosłem ją, wściekle warczącą, tak, jakbym tykającą bombę niósł. Żeby tylko ucięty konar nie spadł na mnie, żeby tylko maszyna nie wyrwała mi się z rąk, żeby tylko nie dotknąć łańcucha, nie potknąć się - tak, trochę się bałem.

Poszło lepiej niż się spodziewałem, chociaż wierzba była tak gęsta, tak rozrośnięta, że musiałem partiami wycinać konary i wynosić, właściwie wyszarpywać je z gęstwiny.

Parę lat temu uciąłem kilka jej gałęzi, teraz widziałem, że poniżej cięć wierzba wypuszczała dziesiątki, dosłownie dziesiątki, nowych gałęzi. Nawet na pół przełamane konary, leżące już na ziemi i nielicznymi włóknami połączone z macierzystym pniem, obrośnięte były, niczym jeże, gęstwiną odrośli. Niektóre z nich wyrosły od strony ziemi, ale skręcały i pięły się w górę nie zważając na ciasnotę, silną konkurencję, a nade wszystko na bardzo marne szanse długiego życia, a nawet na wydanie owoców. Stojąc na brzegu gęstwiny nie do przejścia, dżungli najprawdziwszej, patrzyłem na żywiołowość tego drzewa, na jego przemożny i nie liczący się z niczym pęd do wzrostu, do słońca i życia, którego jedyną mądrością, sensem i celem, jest trwanie i przekazanie życia dalej. Prostota celu i jasność sensu, których w tamtej chwili jakbym trochę zazdrościł drzewu, mimo iż musiałem zakończyć jego życie.
 ----------------
Zdjęcia pięknego ranka w Bieszczadach - dla Pierwszej Damy.


 


7 komentarzy:

  1. Byłam nad morzem i wiesz, nie zrobiłam zdjęć. Dlaczego? Bo tłum na plaży mnie przeraża, deprymuje. Wolę spokój, ciszę i Bałtyk w listopadzie po sztormie. Dopiero droga w głębi lądu przywróciła mi spokój. Piła łańcuchowa kojarzy mi się z przygotowaniem drewna na zimę w górach. Pomaga mężowi, przytrzumuję długie pnie, ale nie opuszcza mnie lęk. Wolę pocięte już klocki układać w stodole. Czuję wtedy satysfakcję i pewien spokój, że w zimie można przyjechać, a dom powiat nas ciepłem.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Droga potrafi uspokoić, to prawda doświadczana przeze mnie na każdej wędrówce, ale miło dowiedzieć się, że i na Ciebie tak ona działa. Podobieństwo też w naszym reagowaniu na tłumy i na piłę łańcuchową:) Nie, stanowczo nie polubiłem tej maszyny, mimo jej szybkości cięcia. Wiesz, Anno… zawsze chciałem mieć kominek. Kupować bale drewna chciałbym, ciąć je i rąbać, układać w stosy pod zadaszeniem, a zimie palić i patrzeć na ogień… Ogień jest czarodziejski i magiczny. Przyciąga nas, uspokaja, szepcze o bezpieczeństwie, hipnotyzuje całkiem podobnie, jak robią to córy Nereusa.

      Usuń
    2. Nie mam kominka, za to od dzieciństwa pamiętam ogień w kaflowym piecu. Nieraz zostawiałam otwarte drzwiczki,by wpatrywać się w pełgający po drwach ogień. Lubię też trzaskanie palących się szczap. dopóki je słyszę, wiem, że będzie ciepło. Magia ognia jest niesamowita.

      Usuń
    3. Ostatni raz przeżyłem coś takiego trzy lata temu, w sali wspólnej schroniska Chatka Puchatka w Bieszczadach. Ciemność raczej podkreślana była niż rozjaśniana maleńką żarówką zasilaną z parkoczącego generatora, siedziałem i gapiłem się w ogień pełzający po grubych polanach…
      A rano widziałem jeden z najcudniejszych świtów!:)

      Usuń
    4. Bo nigdzie świty nie są tak piękne jak w górach...

      Usuń
    5. Są najpiękniejsze. Zajrzyj wyżej, Anno, zamieściłem tam dwa duże zdjęcia tamtego ranka.

      Usuń
    6. Dziękuję za świt i chmury w dolinach. Piękne. A w Bieszczady mam tak daleko...

      Usuń