Moja książka

Góry Kaczawskie słowem malowane

250619 Miałem okazję poznać świętokrzyskie drogi i tatrzańskie szlaki, przemierzałem łęczyńskie bagna i podlubelskie lasy, spędziłem ki...

piątek, 16 listopada 2018

Góry Kaczawskie znane i nieznane

131118

Z Sokołowca na Wygorzel, następnie przejście całej długości strumienia Piekiełko. Szosą do Różanej, stokami Wołka i Czeszki pod Wygorzel, następnie polami pod Nowy Kościół, okrążenie Buczynki, powrót do Sokołowca wzdłuż strumienia Czermnica.



Przez Pogórze i Góry Kaczawskie biegnie kilka głównych dróg, które tak naprawdę są lokalnymi szosami łączącymi powiatowe miasta. Między nimi rozciągnięta jest siatka bocznych, już nienumerowanych, dróg między większymi wsiami i głównymi drogami, ale są też drogi łącznikowe, prowadzące skrótami do tych znaczniejszych lub do małej wioski z kilkoma domkami przycupniętymi gdzieś na uboczu. Najładniejsze to drogi. Asfaltu mają tyle, żeby zmieścić koła samochodu osobowego, a w swoim biegu pamiętają polne dróżki – ich poprzedniczki – i jak one nie kłopoczą się stromością podjazdów, ostrością swoich zakrętów czy brakiem widoczności. Nierzadko zastanawiałem się, dlaczego taka droga wije się po rozległej i w miarę równej płaszczyźnie pól, dlaczego akurat w tym miejscu, niczym przecież niewyróżnionym, decyduje się na nagły skręt o 90 stopni, którego nawet rowerem nie przejedzie się bez znacznego zwolnienia szybkości. Szybsza jazda nimi przypomina mi jazdę pewną karuzelą, która nieustannie podnosi się i opada, a nie zrobi jednego nawet obrotu bez paru zniesień na boki zmuszających do silnego trzymania się. Jednakże drogi te nierzadko prowadzą bardzo widokowymi zakątkami, skoro nie omijają wjazdów na strome zbocza wzgórz czy karkołomnych zjazdów w doliny, i w tym ich urok.

Jeżdżę nimi z przyjemnością, ale tylko przy dodatniej temperaturze. Którejś mroźnej zimy jechałem taką drogą gdzieś pod Ostrzycą. Byłoby nieźle, gdyby nie zatkany kanał pod jezdnią, którym normalnie płynie strumyk. Nie mogąc płynąć pod, płynął po jezdni, a że był mróz, utworzył się rozległy lodowy wzgórek. Udało się przejechać tylko dlatego, że będąc spanikowany, ograniczyłem manewry do odruchowego zaciśnięcia dłoni na kierownicy.

Jedna z takich dróg łączy Sokołowiec Dolny z Nowym Kościołem. Przy okazji kilkakrotnego przejeżdżania tą drogą zwróciłem uwagę na malownicze otoczenie, a zastanawiając się nad trasą dzisiejszego dnia uświadomiłem sobie, że tyle razy będąc w tych górach, tam nie chodziłem. Dorzuciłem jeszcze poszwendanie się po okolicznych wzgórzach - znanych, ale lubianych - i oto miałem plan.

Decyzję wyjazdu podjęliśmy, ja i Janek, w przeddzień, pojechaliśmy w dzień roboczy (w ten sposób odebrałem sobie niedzielę spędzoną w pracy), dlatego na wszelki wypadek zabrałem ze sobą także telefon służbowy. Wiele razy dzwonił, aż miałem chęć go wyłączyć, ale moje poczucie obowiązkowości nie pozwoliło mi zrobić tego, co bywa wykorzystywane w mojej pracy.

Wyruszyliśmy sporo przed siódmą, niemal w ciemności, więc dopiero gdy byliśmy za wsią, na zboczach wzgórz, Eos otworzyła zaspane oczęta i podeszła do okna. Miała na sobie koszulę nocną o jaskrawych barwach płynnie zmieniających się od ciemnej czerwieni zmieszanej z granatem, a miejscami jakby z dodatkiem fioletu, do jaśniejącego oranżu. Wymalowanymi wzorami natomiast jako żywo przypominała strzępy chmurek na niebie oświetlonych od dołu niewidocznym jeszcze słońcem. Bogini zamknęła okno nim wzeszło słońce, chyba znowu nie była sama…


Na zachód od wsi, między kilkoma niewielkimi wzgórzami, jest duża polana przecięta dwoma dróżkami, ozdobiona nitkami drzew, paroma strumieniami, falowaniem pól podchodzących ku ciemnym ścianom lasów i widokiem nieodległej Ostrzycy. Pola wciskając się szerokim pasem na zbocze wzgórza Wygorzel, zapraszają do poznania ich. Może słowo o nazwie: trzymając się odwiecznych zasad tworzenia nazw miejsc należałoby uznać, iż w tej nazwie zapisane jest wspomnienie pożaru, który strawił lasy na tej górce. Jeśli tak było, to najwyraźniej dawno temu, skoro śladów nie ma już żadnych, ale też wiadomo, że słowo, ów niematerialny i zwiewny jak eter twór człowieka, bywa trwalsze od kamieni i ludzkiej pamięci.

Na mało zaznaczonym i zalesionym szczycie nie byłem, ale dzisiaj zaciągnąłem mojego towarzysza na brzeg lasu bliski szczytowi, a tam zobaczyłem niebo między drzewami. Spodziewając się otwartej przestrzeni, weszliśmy między drzewa i po paru minutach zatrzymałem się oczarowany nagłą zmianą widoku i jego rozległością. Mały wzgórek pokazał mi swoje drugie, jakże odmienne, oblicze: stok góry opadał stromo w wąską dolinę, po drugiej jej stronie pięła się ściana Dłużycy, a wydawała się niemal pionowa. Dnem wiła się szosa, pełzały nią malutkie samochody, a po lewej horyzont uciekał daleko, po Złotoryję i wyraźnie widocznego Wilkołaka. Wysokość sprawdziłem na mapie: stok opada tam 115 metrów, co na standardy kaczawskie, a już zwłaszcza pogórzańskie, jest dużą różnicą. 



Tylko dla tego miejsca, tej chwili i tych widoków, warto było brać wolne i zrywać się w nocy, a przecież dzień jeszcze się nie kończy – pomyślałem, stojąc na krawędzi stromizny i gapiąc się. Mam jeszcze jedno miejsce na swojej liście miejsc ładnych i wartych powtórnego odwiedzenia.

Oddalaliśmy się od tamtej bocznej dróżki, ale nie zapomniałem o niej; mieliśmy zrobić zakole i wrócić do niej. Droga wypadała przy źródle Piekiełka, więc nie mogłem nie zajrzeć między drzewa. Wyraźnie wykształcony od pierwszych metrów jar strumienia był suchy. Zszedłem niżej chcąc zobaczyć, gdzie pokaże się woda, była dopiero ponad 100 metrów dalej. Wtedy wróciła do mnie myśl o przejściu całego jaru. Byłem tam kilka lat temu, ale szybko zrezygnowałem z przejścia, ponieważ iść można było tylko dnem, a woda była zbyt głęboka. Teraz jest jej dużo mniej, więc poszliśmy. Kilkumetrowej wysokości ściany, miejscami urwiste i kamieniste, głęboki półmrok, kamienno-roślinny chaos, pod nogami chlupocząca woda lub mlaskające błoto, ale zwalone drzewa nie zagradzały tak przejścia, jak wtedy. Patrząc na ślady stwierdziliśmy, że dnem jeżdżą motocykliści i usunięcie zwalisk jest zapewne ich dziełem. Potwierdziłem to w drodze powrotnej: na początku swojego biegu strumień spadał ze skalnego, pionowego progu wysokości metra, teraz tego progu już nie ma. Czyżby okazał się za wysoki dla tych kozaków?








Cała tamta okolica, to znaczy zbocza Wygorzela, Czeszki i Wołka, jest zasobna w agaty, kiedyś była tam kopalnia, teraz spotyka się dzikie wyrobiska, dziury w ziemi kopane przez amatorów tych ozdobnych kamieni. Uderza kontrast między ich urodą, a brzydotą miejsc wydobywania. Doły, zryte zbocza, walające się opakowania, ziemia z wykopów osuwająca się po zboczu, pochylone, podkopane drzewa – oto wygląd agatowych miejsc. 


Znalazłem też jaskinię wykutą w kamiennym zboczu; co motywuje ludzi do tak ciężkiej i nie zawsze bezpiecznej pracy? Umiłowanie kamieni czy pieniędzy? Te kamienie niewielką mają wartość rynkową, więc może raczej fascynacja? Ale wtedy trzeba by uznać, że ci ludzie jednocześnie są pod wrażeniem dzieła natury i naturę ranią ryjąc dzikie wyrobiska. Nie wiem, co myśleć.

U wylotu jaru i strumienia zarządziliśmy przerwę na posiłek, a miejsce nie było przypadkowe. Rośnie tam kilka daglezji, drzew, którym zawsze warto przyjrzeć się uważnie. Te są średniej grubości, mierzą niewiele ponad pół metra, a jedną z nich uwiódł nasz swojski buk: ona stoi skromnie, on obejmuje ją korzeniami niczym ramieniem jakby chciał wrosnąć w nią, zespolić się w jedno drzewo z kochanką. A może po prostu boginki tych drzew, hamadriady, mają się ku sobie? Jeśli tak, to niech im będzie dobrze ze sobą i niech jedna nie zostanie bez drugiej.


Listopad zubożył kolory drzew, ale ich nie pozbawił. Wierzby jak zwykle jeszcze nie myślą o odrzuceniu liści, brzozy i buki nadal chwalą się kolorami ciepłej jesieni. Wydaje mi się, że w tym roku więcej widzę kolorów na drzewach. Patrzę na osiki i mam wrażenie widzenia ich tak ładnych po raz pierwszy. Nie wiem, czy wcześniej nie zauważałem tych drzew, czy w tym roku rzeczywiście są ładniejsze, czy może bardziej cenię ładne drobinki moich zbyt szybko mijających dni.



Na zboczu Czeszki pasły się krowy i… byk. Gdybym był sam, obszedłbym go bardzo szerokim łukiem, ale że Janek poszedł ku niemu, poszedłem i ja, chyba trochę chowając się za niego. Nie, stanowczo nie jestem macho. Wolę popatrzeć na trzmiela próbującego przeżyć swój czas. 


Na tym zboczu byłem parę razy sam, dwukrotnie z Jankiem, a powód powrotów jest oczywisty: piękne widoki.

Okolice naszej dróżki nie zawiodły nas. Są tam co prawda rozległe pola, ale też wiele jest uskoków gruntu, które zostawione samym sobie zarastają kępami drzew i krzewów, tworząc oazy gatunkowej rozmaitości, a spotyka się i samotne drzewa nieodmiennie przyciągające wzrok. Znaleźliśmy parę takich urokliwych zakątków, zapewne kilka zostało do poznania. Na pewno wrócę tam, może uda się trafić na ładniejszą pogodę. Ranek był dość pogodny, ale później chmurzyło się coraz bardziej, a i przejrzystość powietrza malała. Mgieł nie było, ale powietrze szarzało coraz mniej przepuszczając światła, w końcu pora dnia i deszcz nakłoniły nas do powrotu.

Nie szliśmy najkrótszą drogą, a szerokim łukiem, ogromnymi polami tak charakterystycznymi dla kaczawskiego pogórza. Ilekroć wjeżdżam na rodzinną Lubelszczyznę, zwracam uwagę na miedze oddzielające pola szerokości dwudziestu czy trzydziestu metrów, natomiast tutaj nie są wyjątkiem pola wielkości paruset hektarów – ogromne przestrzenie których czasami nie można objąć wzrokiem, skoro jedna granica jest za grzbietem wzniesienia, czyli za horyzontem, drugą wyznacza odległy szpaler drzew ocieniających polną drogę. Ziemia jest tam czerwona – jak resztki skał na zalesionych szczytach łagodnych wzniesień. Kiedyś były tutaj skaliste góry, teraz jest przewracana pługami ziemia rozległych pól – oto skala przemian oblicza Ziemi. Ktoś powiedział, chyba nawet ja sam, że na Ziemi nawet góry nie są wieczne, natomiast wieczne są metamorfozy oblicza naszej planety.

W okolicy wzgórza Buczynka byłem parę lat temu. Gdy wyszedłem z lasu, zaskoczył mnie zmierzch. Tak mi się wydawało, ale po chwili poznałem przyczynę narastającej ciemności: czarne chmurzyska ciągnęły niemal po ziemi swoje paskudne cielska, obficie sypiąc na mnie mokrym śniegiem. W jednej chwili poczułem się jak wędrowca mający kilka dni drogi do domu; spodobało mi się to wrażenie, tamten mój powrót do wioski, samochodu i cywilizacji. Dzisiaj było podobnie: późne popołudnie, raczej początek zmierzchu, szare powietrze, bure niebo, zacinający deszcz i mało widoczna zszarzała ściana bliskiego lasu.

Taka późna, mokra i szara godzina ma swój urok i potrafi się podobać, chociaż w jej smakowaniu przeszkadzają drobiazgi: zmęczone nogi, niewyraźny obraz przez zmoczone okulary, czasami myśl o powrocie do pracy. Gdy uświadomię sobie wartość chwili – tej chwili, ale szerzej po prostu moich chwil, zatrzymuję się i patrzę. Patrzę i słucham. Staram się być tylko tutaj i tylko teraz.

Czasami udaje mi się ta sztuka.









Dodam jeszcze jedno ze zdjęć otrzymanych od Janka.  Dobrze oddaje nastrój tamtego świtu i wygląd okolicy. Nazwę pozostawiłem niezmienioną.


19 komentarzy:

  1. Widzicie ludzie, jaki z Krzyśka kolega?
    Gdy zobaczyliśmy byka na łące, wtedy mnie, w czerwonej kurtce, wystawił na jego cel!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A ja myślę, że widziałeś to, co i ja widziałem: otóż byk patrzył spode łba na mnie, nie na Ciebie! Tak, tak! Ty wiedziałeś, że to ja, nie Ty, jestem w niebezpieczeństwie. Możliwe, że rozpoznałeś u byka nierozpoznawanie kolorów – ot, i wszystko.

      Usuń
    2. Tak było. On Ciebie pierwszego zobaczył.
      I obaj wzięliśmy to na klatę!

      Usuń
    3. Aaa… Tego dużego, prawdziwego byka, który pasł się za pagórkiem, to my omijaliśmy szerokim łukiem. Dobrze, ze on w zasięgu swojego wzroku nie miał żadnych krów, bo wtedy...

      A młode byczusie, wytrzebione bukaty, to one są dużo spokojniejsze.

      Usuń
    4. Janku, tak czy inaczej masz większe j… chciałem powiedzieć, że się nie bałeś, a ja miałem pietra. Nie mam zaufania do tych wielgachnych zwierząt i już.

      Usuń
  2. Tak mi się kojarzy puszcza pierwotna, zwalone pnie drzew, głębokie jary, sączące się na dnie strumyki, mchy i porosty; wspaniałe , poranne niebo podświetlone od dołu, czasami bywa takie o zachodzie; jakby więcej w Kaczawach kolorowych liści na drzewach, u nas tylko modrzewie złociste zostały; nie dziwię się, że dla tych krajobrazów jedziecie z Jankiem tak daleko, zostaną z Wami na zimową porę, pod powiekami i na zdjęciach, a zresztą ... przecież Wy zimą też chodzicie, ani chybi wrócicie tu:-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W wyobraźni też taką widzę pradawną puszczę :-) Obraz ma swój urok, ale oboje wiemy, że taką puszczą nie dałoby się wędrować tak jak obecnymi lasami. Przypomina mi się scena ze wspaniałej i wielkiej powieści A. Gołubiewa „Bolesław Chrobry”. Polecam ją serdecznie, nota bene. Otóż gdy wojska niemieckie szły na Polskę, Chrobry rozkazał zatarasować zwalonymi drzewami wszystkie drogi przez puszcze. Chciałoby się powiedzieć: no i co mu to dało? Wszak zator można obejść. Właśnie niekoniecznie, a jeśli już, to wielkim nakładem pracy.
      Wczoraj wróciłem z łazęgi. Pierwszą połowę dnia miałem słoneczną, chociaż mroźną, jednak kolorów przez ten tydzień ubyło dużo. Teraz i w Górach Kaczawskich jest ich mało. Ale nic to! Bardziej docenimy te pozostałe drobinki.
      Dziękuję, Mario.

      Usuń
  3. No to zaszaleliście! W tych znanych Kaczawskich Górach, znanych jak znoszone bambosze stanęliście oko w oko z niebezpieczeństwem. Trochę je sprowokowaliście chłopaki. Kazdy harcerz wie, że czerwona płachta jest na byka :). Może by tak ubierać na wędrówki bardziej wtapiające się w tło wierzchnie ubiory (sznurowadeł nie liczę, ponieważ są legendą, a z nimi się nie dyskutuje :D).

    Pamiętam pewien wstydliwy epizod z wczesnej młodości, przyszła moja kolej ciągnięcia żaglówki na Mazurach. Dziarsko wyskoczyłam na brzeg i prowadziłam/ciągnęłam łódkę. Szło dobrze, aż... doszłam do pola, a tam stado rogacizny stało. Łąka schodziła do samego brzegu. Trzy osobniki zainteresowały się hałasem na ich łące i zeszły przyjrzeć się bliżej. Trzymałam się, ciagnęłam, nie zwracałam uwagi na zbliżające się osobniki. Załoga żartowała, krzyczała do mnie. Odpowiadałam buńczucznie lecz kiedy owe trzy osobniki przyspieszyły zrejterowałam. Rzuciłam linę i uciekłam. Szkoda, że nie mogłam tam, gdzie pieprz rośnie. Zdawało mi się, że słyszę za sobą tętent. Tuż, tuż. Na oślep rzuciłam się do wody. Dotarłam do łódki, wdrapałam się. No cóż, to były krowy, nie byki. Podobno potwierdzone, tak orzekła kapitan naszej łodzi, który zastapił mnie na brzegu.

    Hamadriady zawsze mają się ku sobie, a trzmiel śliczny. Czy trzmiele giną jesienią, zimą, czy może układają się do snu, aby przespać niesprzyjący czas? Niech śnią.
    Ah, te Wasze wschody słońca - ja wtedy jeszcze smacznie śpię. Za to zachody i cienie chyba są mi bliższe, chociaż sama nie wiem, przecież wystarczy wcześniej wstać:))).
    Serdeczności dla wędrowców.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję, Chomiku.
      Twoja przygoda wcale a wcale nie była wstydliwym epizodem, ponieważ wykazałaś się dzielnością. Tak, tak! Typowa przedstawicielka płci nadobnej zasłoniłaby twarz i krzyczała, sparaliżowana, a Ty działałaś, ratowałaś swoje życie zagrożone przez te wielkie zwierzęta. :-)
      Trzmiel faktycznie był ładniutki, ujmujący, ale chyba dogorywał, jakby nie miał siły lecieć. Zdaje się, że zimy nie przeżywa.
      Mówisz, że hamadriady są lesbijkami? Hmm, chętnie poznałbym którąś, ale skryte są, nie pokazują mi się. Chyba wolą młodszych, hlip, hlip.

      Usuń
    2. Wtedy ucierpiała moja godność własna, chichrała się cała załoga, jaki ze mnie mieszczuch:) lecz dzielna byłam w odpytywaniu, skąd tacy mądrzy byli na odległość, z łódki. Ha, przyznali się, że nie wiedzieli lecz zakładali. A przecież mogli się mylić?

      Pewnie masz rację z trzmielem lecz myślę, że może one inaczej czują długość życia, czas jest względny w tym względzie [?:)]?

      Co do hamadriad nie mają płci - jestem tego pewna! Niektórzy im ją przypisują lecz one zdecydowanie sprzeciwiają się temu, słyszałam od nich ostatnio :D.

      Usuń
    3. Właśnie! Jak zwierzęta odczuwają upływ czasu? Ciekawe pytanie i trudne, nawet bardzo. Myślę, że zależy to w znacznej mierze od rozwoju ich mózgu. Małpa zapewne przeżywa go podobnie do nas, chociaż różnice pewnie są, ale trzmiel ze swoją maleńką mózgownicą i króciutkim życiem? A taka jętka jednodniowa? Gdyby mogła się nad tym zastanawiać, może minuta byłaby u niej naszą dobą?
      Same pytania.
      Załoga chichrała, bo byli bezpieczni, to na pewno. Bohaterzy.
      Zgłaszam stanowcze veto: hamadriady są nimfami, więc z definicji mają płeć żeńską. Te akurat nimfy umierają razem z drzewem, ale w przeciwieństwie do niego nie starzeją się. Nie ma nimf starych, wszystkie i zawsze są młode i nadobne. Wiem to od ich znawców, od starożytnych Greków, a oni są tutaj wiarygodnym źródłem informacji. Dodam jeszcze, że w mojej wyobraźni też takie się pojawiają. Czyż fakt ten nie jest kolejnym niezbitym dowodem?

      Usuń
    4. Nad tą jętką zastanawiam się już od dawna. Sądzę, że intensywność przeżywania przez nią życia jest niewiarygodna. Może tak jak w przypadku jak teorii kwantowych, gdzie splątane są po dwa parametry np. położenie i pęd, tutaj są to czas i intensywność.
      Czy jesteś pewien, że umierają, a nie adoptują kolejne drzewo? Co do Greków, rzeczywiście są wiarygodnym źródłem i najwięcej tajemnic im właśnie hamadriady zdradziły lecz z drugiej strony szelmuty z nich były okrutne i niekiedy celowo w błąd wprowadzały uciechę z tego czerpiąc. Co prawda preferowały w tym względzie pysznych Rzymian niźli dzielnych Greków lecz któż śmiałby mieć pewność jeśli tak płocha jest ich natura?

      Usuń
    5. Dobra myśl: zmienność czasu, przynajmniej w subiektywnym odbiorze. Może jętka cały dzień przeżywa stan, jaki nam się tylko czasami zdarza? Stan niesamowitego ściśnięcia zdarzeń w krótkim czasie, w chwili? Stan, w którym czas jakby stawał, a my intensywnie przeżywamy.
      Szczerze powiem, że nie pasuje mi umieranie hamadriad wraz z drzewem. Może faktycznie w tym jednym Grecy się mylili? Może drwiny robili, jak sugerujesz, z Rzymian, których postrzegali jako niezbyt okrzesanych barbarzyńców, tyle że mających władzę i pieniądze?
      Chomiku, przecież możemy do czasu objawienia się hamadriady i wyjaśnienia tej zagadki wierzyć w jej przechodzenie z drzewa w inne drzewo. Skoro nasze dusze podlegają reinkarnacji, jak wielu uważa, to dlaczego nie dusza drzew – może rozumiana jako siła witalna, jak pierwsza dusza u Arystotelesa? Ostatnio widziałem wiele maleńkich drzewek, takich z trzema listkami; miło by było dostrzec, niekoniecznie bezpośrednio zmysłem wzroku, hamadriady, opuszczające drzewa powalone piłami na porębie i biorące w opiekę te maleństwa.
      Chomiku, przyznam, że łatwiej, dużo łatwiej byłoby mi uwierzyć w boginię niż w boga. Doprawdy, obraz męskiego stwórcy świata trudniejszy jest w zaakceptowaniu (zwłaszcza takiego wrednego jak Jehowa), niż obraz bogini stwarzającej świat. A gdyby jeszcze była nadobną kobietą, gdyby jeszcze można było modlić się do niej poprzez kontemplację jej urody, gdyby czasami uśmiechnęła się do mnie jak to się zdarza Eos, stałbym się wielce religijną osobą.

      Usuń
  4. To był kapitan, zresztą Wilnius, który raczył nas opowieściami o kutii, a wyprawa była wspaniała. Ciągle szybciej klikam niż wypadałoby ale trudno :(

    OdpowiedzUsuń
  5. Z podziwem czytam o tych wędrówkach po pięknych bezdrożach. To jest fajne, mogę sobie wodzić palcem po mapie i spokojnie czytać Twój opis, jakbym tam była. Pozdrawiam serdecznie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję, Aleksandro. Czasami myślę, że odkąd porzuciłem drogi, drogi mam wszędzie. Jeśli tak, to nie ma bezdroży, a bezlik dróg do wyboru.

      Usuń
  6. Tegoroczna jesień rozpieszczała nas kolorami i piękną pogodą, co niestety tylko potęgowało suszę. Na szczęście wreszcie nadeszły długo wyczekiwane mgły i spadł śnieg. W naszych górach niesamowite jest to, że obok łąk i pól uprawnych można znaleźć takie niesamowite uroczyska, jak te z początkowych zdjęć.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiem, przecież wiem, jak bardzo potrzebne są opady, ale gdy dzisiaj rano zobaczyłem śnieg, pomyślałem, że już nie dałoby się siadać na ziemi dla odpoczynku i porozglądania się, jak to robiłem w minioną niedzielę.
      A co do tych dziki zakątków, dodam jeszcze, że frajdą jest ich znalezienie i poznanie, prawda?

      Usuń
    2. Oj, prawda! Sama radość, gdy trafi się na uroczysko.

      Usuń