Moja książka

Góry Kaczawskie słowem malowane

250619 Miałem okazję poznać świętokrzyskie drogi i tatrzańskie szlaki, przemierzałem łęczyńskie bagna i podlubelskie lasy, spędziłem ki...

sobota, 2 marca 2019

O wpływie stresu na zdrowie nasze i naszych dzieci

010319
Każdy z nas słyszał o szkodliwym wpływie stresu na zdrowie, ale dalece nie wszyscy przyjmują ten fakt do siebie. Możliwe, że z braku wiedzy, a może z niedowierzania. Niżej wklejam skrócony tekst skopiowany z książki „Biologia przekonań” autorstwa biologa Bruca Liptona, w którym przystępnie opisane jest działanie stresu na ludzki organizm.
W mechanizmie tym nie ma żadnych niejasno udokumentowanych funkcji umysłu oddziaływającego na ciało, żadnych trudnych do pojęcia wschodnich mądrości, jest natomiast szereg dających się laboratoryjnie zbadać reakcji fizjologicznych. Cały ten mechanizm jest bardzo stary, ukształtowany w pradawnych czasach i niestety, wtedy bardziej przydatny niż obecnie, w zmienionym przez nas świecie. Dla mnie niżej opisane fakty są kolejnym dowodem na istnienie w nas ścisłych związków z bardzo odległymi epokami, oraz przykładem nienadążania nas samych za zmianami naszego życia. Przeszłość nie umiera, nadal w nas funkcjonuje i nas określa, o czym warto wiedzieć nie tylko w związku ze stresem, ale z i nowomodnymi ideologiami w stylu gender.
Drugi temat, wpływu stresu matki na płód, jest naturalnym ciągiem dalszym, teraz już łatwiej zrozumiałym, i może budzić oszałamiające myśli o świecie kształtowanym przez ludzi mających możliwość pełnego rozwinięcia swoich potencjalnych możliwości.
Skróty wykropkowałem i wziąłem w nawiasy. Podkreślenia tekstu są moje.
-----------------
Ewolucja wyposażyła nas w wiele mechanizmów służących do przeżycia. Można je z grubsza podzielić na dwie funkcjonalne kategorie: wzrost i obronę. Te mechanizmy wzrostu i obrony są fundamentalnymi zachowaniami koniecznymi dla przeżycia organizmu. Jestem pewien, że wiesz, jak ważne jest, by się chronić. Możesz jednak nie zdawać sobie sprawy, że wzrost jest tak samo ważny dla przeżycia — nawet jeśli jesteś już dorosłym, który osiągnął kres swojego wzrostu. Każdego dnia miliardy komórek twojego ciała zużywają się i wymagają, by je zastąpiono. Dla przykładu, cały nabłonek komórkowy twoich jelit jest wymieniany co siedemdziesiąt dwie godziny. Aby utrzymać tę nieustającą wymianę komórek, twoje ciało potrzebuje wydatkować każdego dnia znaczącą ilość energii.
(...)
Jest jednak pewien kruczek związany z tymi przeciwnymi mechanizmami przetrwania, które ewoluowały przez miliardy lat. Okazuje się, że mechanizmy wzrostu oraz mechanizmy obronne nie mogą działać optymalnie w tym samym czasie. Innymi słowy, komórki nie mogą się przesuwać jednocześnie do przodu i do tyłu. Ludzkie ciałka krwi, które badałem w Stanford, wykazywały zupełnie inną mikrobudowę przyjmując pożywienie, niż kiedy realizowały reakcję obronną. Nie mogły ukazać obydwu konfiguracji w tym samym czasie.
W reakcji podobnej do tej, jaką wykazują komórki, ludzie niezaprzeczalnie ograniczają swoje zachowania rozwojowe, kiedy przełączają się w tryb obronny. Jeśli uciekasz przez pumą, nie będzie rozsądne wydatkowanie energii na rozwój. Aby przeżyć, czyli uciec przed pumą, mobilizujesz całą swoją energię na walkę lub ucieczkę. Rozprowadzenie rezerw energii, by zasilić reakcję obronną, w nieunikniony sposób prowadzi do ograniczenia wzrostu.
Oprócz przekierowania energii do zasilenia tkanek i narządów potrzebnych do realizacji reakcji obronnej, istnieje jeszcze jeden powód zahamowania wzrostu. Wzrost wymaga otwartych kanałów wymiany pomiędzy organizmem i jego środowiskiem. Na przykład, organizm przyjmuje pożywienie i wydala produkty odpadowe. Obrona wymaga jednak zamknięcia systemów, by odgrodzić organizm od postrzeganego zagrożenia.
Zahamowanie procesów wzrostu pociąga za sobą ograniczenia wynikające z tego, że wzrost nie tylko wydatkuje energię, lecz także ją produkuje. Skutkiem tego, utrzymywana dłużej reakcja obronna zahamowuje wytwarzanie energii podtrzymującej życie. Im dłużej trwasz w trybie obronnym, tym bardziej ograniczasz swój wzrost. Możesz nawet zatrzymać procesy wzrostu tak bardzo, że prawdziwe stanie się powiedzenie „przerazić się na śmierć".
Na szczęście większość z nas nie dochodzi do momentu, kiedy jesteśmy „śmiertelnie przerażeni". W odróżnieniu od jednokomórkowców, reakcje wzrostu/obrony w organizmach wielokomórkowych nie funkcjonują na zasadzie albo/albo — nie wszystkie 50 bilionów komórek musi funkcjonować w trybie wzrostu lub obrony w tym samym momencie. Proporcja komórek, które są zaangażowanie w działania obronne zależy od powagi postrzeganych niebezpieczeństw. Można przeżyć w stanie stresu spowodowanego tymi zagrożeniami, lecz chroniczne zahamowanie mechanizmów wzrostu poważnie zagraża naszej witalności. Co ważne, nie wystarczy tylko pozbyć się czynników stresujących, by w pełni doświadczyć swojej witalności. Wyeliminowanie czynników stresu lokuje nas jedynie w neutralnym obszarze kontinuum wzrostu/obrony. By w pełni rozkwitnąć, musimy nie tylko wyeliminować czynniki stresu, ale także aktywnie poszukiwać radosnych, miłosnych i spełniających życiowych doświadczeń, by stymulować procesy wzrostu.
W organizmach wielokomórkowych zachowania wzrostu/obrony są kontrolowane przez układ nerwowy. Zadaniem tego układu jest monitorowanie sygnałów środowiskowych, interpretowanie ich oraz organizowanie odpowiednich na nie reakcji. W społeczności wielokomórkowej system nerwowy funkcjonuje tak, jak rząd organizujący czynności jego komórkowych obywateli. Kiedy układ nerwowy rozpoznaje zagrażające obciążenia środowiskowe, alarmuje społeczność komórek w obliczu nadchodzącego niebezpieczeństwa.
Ciało jest wyposażone w dwa odrębne systemy obronne, a każdy z nich jest niezbędny dla podtrzymania życia. Pierwszy system mobilizuje obronę przed zagrożeniami zewnętrznymi. Jest nazywany osią HPA, co odpowiada osi podwzgórze –przysadka -nadnercza. Kiedy nie ma zagrożeń, oś HPA jest nieaktywna, a wzrost rozkwita. Jeśli jednak podwzgórze mózgu dostrzega zagrożenie środowiskowe, angażuje ono oś HPA wysyłając sygnał do przysadki — głównego gruczołu — która jest odpowiedzialna za zorganizowanie społeczności pięćdziesięciu bilionów komórek, by poradzić sobie z nadchodzącym niebezpieczeństwem.
(...)
Z technicznego punktu widzenia bodziec stresowy angażujący oś HPA wygląda jak prosta kaskada: w odpowiedzi na spostrzeżenie czynnika stresującego przez mózg, podwzgórze wydziela czynnik uwalniający — kortykoliberynę (CRF), który wędruje do przysadki. CRF aktywuje specjalne komórki przysadki wydzielające hormony, powodując uwolnienie hormonów adrenokortykotropowych (ACTH) do krwi. Następnie ACTH dociera do nadnercza, gdzie służy jako sygnał włączający wydzielanie hormonów nadnercza uruchamiających reakcję walka/ucieczka.
Kiedy alarm nadnercza już rozbrzmiał, hormony stresowe uwalniane do krwi ściskają naczynie krwionośne układu trawiennego, zmuszając dostarczającą energię krew do preferencyjnego odżywiania tkanek w ramionach i nogach, które pozwalają nam na uniknięcie zagrożenia. Zanim krew została odesłana do kończyn, była skoncentrowana w organach wewnętrznych. Rozprowadzenie krwi z organów wewnętrznych do kończyn w reakcji obronnej pociąga za sobą zahamowanie funkcji związanych ze wzrostem — bez wystarczającej ilości krwi odżywiającej organy wewnętrzne, nie mogą one właściwie pracować. I tak powstrzymują one działania podtrzymujące życie, jak trawienie, wchłanianie, wydzielanie i inne funkcje zapewniające komórkom wzrost oraz produkcję energetycznych rezerw ciała. Dlatego właśnie reakcje stresowe powstrzymują procesy wzrostu i dalej zmniejszają zdolność ciała do przetrwania, zakłócając wytwarzanie żywotnych rezerw energii.
Drugi system obronny ciała to układ odpornościowy, który chroni nas przed zagrożeniami pochodzącymi z wewnątrz, spod skóry, takimi, jakie są powodowane przez wirusy i bakterie. Zmobilizowany system odpornościowy może pochłonąć wiele dostępnych dla ciała zasobów energii. By wyobrazić sobie ilość energii, jaką pochłania system immunologiczny, przypomnij sobie jak słaby jesteś, kiedy zmagasz się z infekcjami, jak grypa, czy przeziębienie. Kiedy oś HPA mobilizuje ciało do obrony, hormony nadnercza bezpośrednio wyciszają działanie systemu immunologicznego, by oszczędzać rezerwy energetyczne. Hormony stresu są tak efektywne w ograniczaniu funkcji systemu odpornościowego, że lekarze przepisują je osobom otrzymującym przeszczepy, aby ich system immunologiczny nie odrzucił obcej tkanki.
Dlaczego system nadnerczy wyłącza system odpornościowy? Wyobraź sobie, że jesteś w namiocie na afrykańskiej sawannie, chorując na infekcję bakteryjną, a do tego zmagając się z bardzo dokuczliwą biegunką. Za ścianami namiotu rozlega się głęboki lwi pomruk. Mózg musi podjąć decyzję, które niebezpieczeństwo jest poważniejsze. Twojemu ciału nic nie pomoże zwalczenie bakterii, jeśli zostaniesz poszarpany przez lwa. Dlatego twoje ciało zatrzymuje zwalczanie infekcji w celu zmobilizowania energii do ucieczki, by przeżyć to spotkanie z lwem. I stąd następnym skutkiem zaangażowania osi HPA jest osłabienie naszej zdolności do walki z infekcją.
Aktywowanie osi HPA także niekorzystnie wpływa na naszą zdolność klarownego myślenia. Przetwarzanie informacji w przodomózgowiu, centrum wykonawczym wnioskowania i logiki, przebiega znacznie wolniej, niż czynności odruchowe kontrolowane przez tyłomózgowie. W niebezpieczeństwie liczy się szybkość przetwarzania informacji — im wyższa, tym większa szansa na przeżycie organizmu. Hormony stresu z nadnerczy powodują kurczenie naczyń krwionośnych w przodomózgowiu, ograniczając jego zdolność funkcjonalną. Dodatkowo hormony te wygaszają aktywność kory przedczołowej — centrum świadomego, wolicjonalnego (czyli zależnego od naszej woli – dopisek K.G.) działania. W sytuacji zagrożenia przepływ krwi w naczyniach i hormony wspierają aktywację tyłomózgowia, źródła podtrzymujących życie odruchów, które najefektywniej kontrolują zachowanie związane z walką i ucieczką. I chociaż konieczne jest, by sygnały stresu wyparły wolniej funkcjonujący, świadomy umysł, by zwiększyć szanse przetrwania, pociąga to za sobą koszt – zmniejszoną świadomość i zredukowaną inteligencję.
Strach zabija
(…) Prosta prawda brzmi: zalękniony jest głupszy. Nauczyciele wciąż to obserwują u studentów, którzy „nie zdają dobrze testów". Stres egzaminów paraliżuje tych studentów, którzy z trzęsącymi się rękami zaznaczają nieprawidłowe odpowiedzi, ponieważ w panice nie mogą uzyskać dostępu do informacji zmagazynowanej w korze mózgowe], która pracowicie gromadzili przez cały semestr.
System HPA jest wspaniałym mechanizmem, radzącym sobie w warunkach ciężkiego stresu. Jednak ten system nie został stworzony do działania w trybie ciągłej aktywacji. W dzisiejszym świecie większość doświadczanych przez nas stresów nie przyjmuje formy dotkliwego, konkretnego „zagrożenia", które możemy łatwo zidentyfikować, zareagować na nie i dalej żyć. Jesteśmy wciąż oblegani przez wielorakie nierozwiązywalne zmartwienia dotyczące naszego życia osobistego, naszej pracy, i rozdartej wojną globalnej społeczności. Takie troski nie zagrażają naszemu doraźnemu przetrwaniu, niemniej jednak mogą aktywować oś HPA, co skutkuje chronicznie podniesionym poziomem hormonów stresu.
By zilustrować niekorzystne skutki podniesionego poziomu adrenaliny, skorzystajmy z przykładu toru wyścigowego. Grupa wyjątkowo dobrze przygotowanych i zdrowych sprinterów ustawia się na linii startowej. Kiedy słyszą komendę: „Na miejsca!", ustawiają i dopasowują ułożenie swoich rąk, kolan i stóp w blokach startowych. Starter wykrzykuje: „Gotowi!" i mięśnie lekkoatletów napinają się, wraz z ich ustawieniem się na czubkach palców u nóg i rąk. Kiedy przechodzą w pozycję „Gotowi!", ich ciała uwalniają wspierający ucieczkę hormon, adrenalinę, który zasila mięśnie do trudnego zadania, jakie przed nimi stoi. Oczekując w zawieszeniu na komendę „Start!", ich ciała napięte są wyczekiwaniem na zadanie. W normalnym wyścigu to napięcie trwa jedną lub dwie sekundy, zanim starter zawoła „Start!". Jednakże w naszym mitycznym wyścigu, komenda „Start!", która uwolniłaby zawodników do podjęcia rywalizacji, nigdy nie nadchodzi. Zawodnicy wciąż są ustawieni w blokach, ich krew szumi adrenaliną, ich ciała męczą się napięciem oczekiwania na wyścig, który nigdy się nie zaczyna. Bez względu na to, jak dobrze są wy trenowani, w ciągu sekund ci lekkoatleci opadną z sił fizycznych.
Żyjemy w świecie „Na pozycje!", a zwiększająca się liczba badań sugeruje, że nasz hiperczujny styl życia poważnie upośledza zdrowie naszych ciał. Codzienne stresy bezustannie aktywują oś HPA, alarmując nasze ciała do działania. Stres w naszych ciałach, generowany przez presję chronicznych lęków i zmartwień, nie jest uwalniany, jak u rywalizujących atletów. Niemal każda ważniejsza choroba, na którą zapadają ludzie, jest związana z chronicznym stresem.
* * *
(W swojej książce) Verny pisze: „Duże znaczenie ma to, czy jesteśmy poczęci w miłości, pośpiechu czy nienawiści, a także czy matka pragnie zajść w ciążę. Rodzice lepiej sobie radzą, gdy mieszkają w spokojnym i stabilnym środowisku, wolnym od uzależnień oraz wspierani przez rodzinę i przyjaciół". (…) Kiedy dziecko zostało już poczęte, nastawienie rodziców jest niezwykle ważne dla rozwoju zarodka, co dokumentuje imponująca ilość literatury badawczej. I znów Verny pisze: „W ciągu ostatniej dekady wyłoniła się ogromna ilość naukowych świadectw, które nawołują do zrewidowania naszego zrozumienia zdolności umysłowych i emocjonalnych nienarodzonych jeszcze dzieci. Badania wykazują, że — śpiące czy przebudzone — nienarodzone dziecko w łonie matki jest nieustannie podłączone do każdej czynności, myśli i uczucia matki. Od momentu poczęcia doświadczenia w życiu płodowym kształtują mózg i kładą podwaliny pod osobowość, temperament emocjonalny oraz moc jego wznioślejszych myśli". (…)
Matki i ojcowie razem są odpowiedzialni za zapłodnienie i ciążę, mimo iż to matka nosi dziecko w swoim łonie. To, co czyni ojciec, ma głęboki wpływ na matkę, co z kolei oddziałuje na rozwijające się dziecko. Na przykład, jeśli ojciec ją opuszcza i matka zaczyna wątpić w swoją zdolność przetrwania, jego odejście bardzo mocno zmienia interakcję pomiędzy matką i nienarodzonym dzieckiem. I podobnie, czynniki społeczne, jak brak zatrudnienia, mieszkania i opieki zdrowotnej, czy niekończące się wojny angażujące ojców do wojska, mogą wpłynąć na rodziców i w rezultacie na rozwijające się dziecko.
(...)
Większość położników jest również niewystarczająco wyedukowanych na temat wagi rodzicielskich nastawień w rozwoju dziecka. (…) Skutkiem tego ginekolodzy-położnicy są jedynie zainteresowani kilkoma macierzyńskimi zagadnieniami rozwoju prenatalnego: Czy ona dobrze je? Bierze witaminy? Czy regularnie wykonuje ćwiczenia? Pytania takie koncentrują się na tym, co wedle przekonań ginekologów-położników jest naczelną rolą matki — na dostarczaniu składników odżywczych, jakie mają być wykorzystane przez genetycznie zaprogramowany zarodek.
Jednak rozwijające się dziecko otrzymuje dużo więcej, niż tylko składniki odżywcze z krwi matki. Wraz z nimi zarodek przyswaja nadmiar glukozy, jeśli matka jest cukrzykiem, oraz nadmiar kortyzolu i innych hormonów, jeśli matka jest chronicznie zestresowana. Badania ukazują nam dzisiaj jak działa ten system. Jeśli matka jest pod wpływem stresu, aktywuje ona swoją oś HPA, która reguluje reakcje walki i ucieczki w zagrożonym środowisku.
Hormony stresu przygotowują ciało do zaangażowania się w obronę. Kiedy te matczyne sygnały wnikną już do krwi zarodka, wpływają na te same tkanki i organy zarodka, co w organizmie matki. W środowiskach stresowych krew zarodka krąży głównie w obrębie mięśni i tyło-mózgowia, dostarczając składniki odżywcze potrzebne ramionom i nogom, a także regionowi mózgu odpowiedzialnemu za odruchowe reakcje ratujące życie. Wspierając funkcje systemów związanych z obroną, bieg krwi jest kierowany od organów wewnętrznych, a hormony stresu tłumią aktywność przedniej części mózgu. Rozwój tkanek i organów zarodka jest proporcjonalny do ilości krwi, jaka do nich dopływa, i funkcji, jaką spełniają. Hormony matki chronicznie doświadczającej stres, po przejściu przez łożysko znacząco zmienią dystrybucję krwi w jej zarodku i zmienią charakter fizjologii jej rozwijającego się dziecka.




16 komentarzy:

  1. O wpływie warunków życia matki na jej nienarodzone dziecko najlepiej wiedzą same matki. Dobrze widać też to moich dzieciach. W przypadku drugiej i trzeciej ciąży byłam o wiele spokojniejsza, pewna siebie, mieliśmy stabilną sytuację mieszkaniową, a w przypadku syna, nawet nie towarzyszył mi stres związany z pracą, bo skupiona byłam na macierzyństwie. W efekcie ta młodsza dwójka jest o wiele bardziej zrównoważona, spokojna (i tacy byli jako niemowlęta, w odróznieniu od niezwykle absorbującej Chudej)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Aniu, wydaje mi się, że wyróżniasz się in plus na tle matek – swoich rówieśniczek. Podejrzewam, że wiele z nich nie wie o takich skutkach i myśli podobnie jak lekarze z cytatu: jest dbałość o zdrowie fizyczne, dobre odżywianie się, to jest wszystko. Chyba niewiele z nich zauważyłoby związek między swoim stresem w czasie ciąży i takimi zmianami w zachowaniu dzieci, o jakich wspomniałaś. Cóż, gdy byłem młodym ojcem, też wiedziałem znacznie mniej.
      Zauważam jednak szybkie zmiany na lepsze i dlatego napisałem o Twoich rówieśniczkach. Pokolenie naszych dzieci wie tutaj więcej niż my wiedzieliśmy; czy zgodzisz ze mną?

      Usuń
    2. WIesz, gdy przychodziły na świat moje dzieci, akurat zaczęły pojawiać się tłumaczone na polski zachodnie poradniki o ciąży, porodzie i połogu. Jeśłi komuś chciało się czytać, to miał już świadomowc wpływu stresu na dziecko. Do tego dochodziła ludowa mądrość przekazywana ustnie córkom i wnuczkom. Mnie do dziś tkwią w pamięci opowieści o znamionach, z którymi rodziły się dzieci matek przerażonych wybuchem lub ogniem (takie znamię miał mój tato- babcia zlękła się wybuchu i moja teściowa- jej matka była świadkiem pożaru) Oba przykłady pokazują, że już dawno kobiety zdawały sobie sprawę, że dziecko w łonie matki czuje to, co odczuwa matka. Współczesne matki mają może większy dostęp do wiedzy, ale nie zawsze z niej korzystają - wystarczy posłuchać opowieści położnych, a włos jeży się na głowie.

      Usuń
    3. Wyobrażam sobie :-)
      Wiedza, o której piszesz, była, owszem, ale nierzadko zniekształcana dodatkami nieprawdziwymi, dawniej na pół zabobonnymi, co później ułatwiło jej zdyskredytowanie przez „techniczną i tabletkową” medycynę. Tak mi się wydaje.
      Autor książki wspomina o badaniach wpływu skrajnie silnych przeżyć na stan płodu. Posłużono się ultrasonografem, przy jego pomocy podglądano zachowanie się nienarodzonych. Cóż, jeśli zastanowić się nad wszechstronnością związków między kobietą a jej nienarodzonym dzieckiem, wydaje się być łatwe dostrzeżenie ogromnego wpływu matki na płód. Nie od teraz myślę, że jakąś część winy za luki w wiedzy rodziców ponosi współczesna medycyna europejska i nasz brak kwestionowania autorytetu lekarza. Ta medycyna jest taka… techniczna. Boli coś? Jedna tabletka rano, druga wieczorem i po kłopotach.
      Następny, proszę!

      Usuń
    4. Ciekawa nazwa medycyna tabletkowa. Wiesz, właśnie skończyłam czytać książke o kobietach w XVI w. i powiem Ci, że zazdroszczę im wiedzy z zakresu ziołolecznictwa.

      Usuń
    5. Tak mi się napisało… :-) Ale przecież słusznie. My za szybko żyjemy i za szybko chcemy mieć za sobą kłopoty ze zdrowiem. Wziąć tabletki i już, a te tabletki… jesienią dostałem lek na prostatę, normalka w moim wieku, a gdy na ulotce przeczytałem wielką litanię możliwych skutków ubocznych, tabletki wyrzuciłem. Zioła odchodzą w zapomnienie, to fakt. Aniu, kiedyś dowiedziałem się o dziwnej cesze ziół. Nie wiem, czy czegoś nie pomyliłem, popraw mnie, jeśli się mylę. Chodzi o uzyskiwanie odmiennych skutków ich działania po zmieszaniu. Jeśli jedno zioło jest dobre na przykład na żołądek, drugie na ciśnienie krwi, trzecie na coś innego, to mieszanka uzyskuje inną cechę, której nie mają zioła wchodzące w jej skład. Wiesz coś o tym? Czy tak jest faktycznie? Bo jeśli tak, to praktycznie nie ma ograniczeń w zastosowaniu ziół poza jednym: wiedzą o nich.

      Usuń
  2. W okresie mojego poszukiwania pracy spotykałem oferty w których najczęściej wymieniano: odporność na stres.
    Nabyte umiejętności, czy doświadczenie zawodowe były mniej cenne.

    Naukowcy stwierdzili, że aby całkowicie rozładować stres, należy dziennie przytulić osiem osób.
    Albo jednej osobie wpie...ć.
    Tak wczoraj wyczytałem w internecie.


    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czyli oględnie uprzedzali o sajgonie u nich w pracy. Mój pryncypał też powinien uprzedzać o stresie.
      Janku, masz rację pisząc o przytulaniu (chociaż trudno tutaj wyliczać ilość) albo o walce. Niewiele dalej (po wybranych cytatach autor książki pisze właśnie o wpływie przytulania się. No i popatrz, to jedna z bardzo wielu cech wspólnych nam i szympansom: one też się przytulają w stresie. Cóż, minęło niewiele ponad 2 mln lat, jak nasze rody się rozeszły.
      Ten mechanizm powstał w zupełnie innych realiach: do czynnej walki o przeżycie lub ucieczki w sytuacji zagrożenia życia. Rozładowywał się automatycznie po walce lub ucieczce, a teraz… Nieszczęście polega na jego aktywacji gdy się wkurzymy na naszego pracodawcę lub kierowcę zajeżdżającego nam drogę, a przecież nie możemy wszystkim dokopać. Chociaż są tacy, którzy tak robią lub próbują. Może są zdrowsi? Nie wiem.
      System nazywany osią HPA potrafi aktywować się także na wieść o zagrożeniach dalekich, bardziej ogólnych, na które nie mamy wpływu, jak wojna czy recesja, wtedy nawet tamci nie mają komu przyłożyć. Nie, mają, i zdarza się to nierzadko: rozładowują stres wyłączając tę cholerną oś HPA poprzez pobicie niewinnego przechodnia w parku lub na dyskotece. Zauważ, że w ten sposób docieramy do jeden z najgłębszej przyczyny agresji wobec przypadkowych osób.

      Usuń
    2. Jasiu, a może wystarczy pomiziać kilka kotów? Bo do przytulania nie mam ośmiu osób na górce, a przy... jednej? Chyba mi szkoda Ślubnego :)

      Usuń
    3. Ty Aniu, to masz szczęście. Możesz pomiziać Gringo, kózki, koty i Ślubnego. Ale nie podnoś ręki na niego, bo on może Ci się odwdzięczyć.

      Przychodzi kobieta do lekarza z uszkodzoną ręką i nogą.
      - Co się stało z Pani dłonią?
      - A grzebałam w gniazdku i prąd mnie kopnął
      - A z nogą co się wydarzyło?
      - Chciałam mu oddać.

      Usuń
  3. Książka Liptona jest kapitalna. Dziękuję, że zamieściłeś tak obszerne fragmenty.:DDD
    Natomiast w głowę zachodzę, jak Ci się to z gender połączyło:P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Chomik! Miło mi czytać tutaj Twoje słowa.
      Przyznam, że byłem ciekawy, czy ktoś zwróci uwagę na wzmiankę o gender, okazałaś się niezawodna.
      Powodu skojarzenia, czyli połączenia, są przynajmniej dwa.
      Pierwszy, to czas. Mechanizmy, o których pisał Lipton, są bardzo stare, starsze niż ludzki gatunek, i mimo iż obecnie więcej szkodzą niż pomagają, funkcjonują nadal. To jest ten związek, ponieważ w żaden sposób nie da się wykluczyć z prawideł dziedziczenia wybranych naszych cech. Dziedziczymy wszystkie, zarówno te pomocne w ucieczce przed drapieżnikiem, jak i związane z płcią, cechy dobre i złe też.
      Drugi powód to wielokrotnie wspomniane hormony i ich wpływ na nasze ciało i psychikę. Dokładnie tak samo się dzieje w rozwoju płodowym: w zależności od płci, nasze ciało, nie wyłączając mózgu, rozwija się pod wpływem odmiennego zestawu hormonów, co skutkuje różnicami.
      Płeć siedzi w nas nieporównywalnie głębiej, niż się wydaje zwolennikom ideologii mówiącej o li tylko kulturowych różnicach między kobietą a mężczyzną. Może aktywni propagatorzy tej ideologii poczytaliby trochę porządnych książek o ontogenezie i filogenezie, czyli mówiąc po ludzku o naszym rozwoju osobniczym i prawidłach rozwoju i przemian gatunku, nim zaczną mieszać ludziom w głowach.

      Chomiku, książkę mi polecono i zbierałem się do niej dość długo. Teraz niemal ją skończyłem czytać, mam więc swoją opinię. Nie jest jednoznaczna, bo i książka nie jest dla mnie równie klarownie i naukowo (a do takich przywykłem) napisana. Bardzo dobrze napisane rozdziały o funkcjonowaniu naszych komórek, o wpływie stresu i zdrowia rodziców na dziecko, natomiast kiepsko uzasadnione są jego przekonania o istnieniu ducha, który nas przeżywa, a nawet jest wieczny. Równie słabe jest przejście od ścisłej biologii do jego duchowej przemiany, którą wielokrotnie podkreśla w książce.

      Usuń
  4. Książka do mnie idzie, coś długo, niestety:( Przeczytam i porównamy, ale fragmenty zamieszczone przez Ciebie są świetne.
    To, że jesteśmy płciowi - zgoda, z tym nie polemizuję (i chyba nigdy tak nie sądziłam), lecz konsekwencji i związku przyczynowego związanego z gender przyznam, że dalej nie pojmuję :D
    Czyżbyś zachowania uznawał za wyłącznie dziedziczne i ewolucyjne. No środowisko, też nas jakoś kształtuje, bombarduje, domagając się określonej reakcji:D Psami Pawłowa raczej nie jesteśmy, co by tam się w tych komórkach nie działo:)
    Jednak, nie wszczynajmy kolejnej burzy w szklance wody.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Chomiku, dostałem wersję elektroniczną w formacie na czytnik. Nie jest poprawnie sformatowana, dziwny jest podział stron, ale kompletny tekst wyświetlany jest prawidłowo. Jeśli masz czytnik z formatem ebup (czy jakoś tak, zaraza z tymi nazwami), przyślę książkę.
      Mógłbym więcej o niej pisać, ale to, co najistotniejsze już wyraziłem. Resztę ocenisz sama.
      Ja z kolei nigdy nie twierdziłem, że tylko hormony i geny nas kształtują, jednakże twierdzenie o wyłącznie kulturowo wykształconych cechach kobiecych i męskich znajduje się na każdej stronie genderystów.
      I z tym się nie zgadzam. Ani ja, ani oficjalna nauka.

      Usuń
  5. Doszła książka i do mnie, musze mieć wersję papierową, ponieważ przynajmniej pierwsza część - ważna.
    Jasne, jasne, nie tylko kultura nas kształtuje :DDD. Czasem myślę, że geny silniej determinują, lecz wszystko rozgrywa się w tym kulturowym kontekście naszego czasu, który wariuje pod tym względem. Oj namówiłabym Ciebie na podcasty TOK FMu, rozmowy z prof. Jacyną. Fascynuje mnie jej punkt widzenia na różne sprawy - niejako "odwraca kota ogonem". Dzisiaj wysłuchałam rozmowy nt. kultury ofiarniczej/ofiarnej, w skrócie - dyktat ofiary (przegięcie "genderyzmu", jak byś powiedział i spodobało by Ci się:>3, może, pewnie)
    Ale, ale na koniec dowcip o terapeutach behawiorystach.
    Spotkali się.
    - Jak się czuję?
    - Dobrze. A jak ja się czuję?

    Pozdrowienia srd:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Myślę, że ci terapeuci powinni zafundować sobie serię wizyt u... terapeuty :-)
      Rozmawiając o gender, czasami miewam wrażenie zupełnego nieporozumienia, mijania się naszych argumentów, obustronnego nierozumienia istoty stanowisk. Ech i już.
      Chomiku, tyle jest ciekawych książek, artykułów, blogów, etc., że jesteśmy zalewani. Każdy z nas filtruje informacje do niego dochodzące, bo po prostu nie da się inaczej. Ty wiesz, jak mało mam czasu wolnego. Czasami zajrzę gdzieś, ale to naprawdę rzadko.
      Wspomniana przez Ciebie kultura ofiarna faktycznie istnieje, trudno jej nie zauważyć. Nie wiem, co powiedziała profesor Jacyna, dla mnie to ślady z odległej przeszłości, gdy z bóstwem zawierało się układ typu coś za coś. Każda religia miała i niestety nadal ma takie pakty ze swoim bogiem. U nas Kościół przyczynił się do utrwalenia tego barbarzyńskiego sposobu myślenia, pojmowania świata i Boga.
      Chomiku, mam i używam czytnik książek, ale… Owszem, wygoda, oszczędność nie tylko pieniędzy, ale jednak prawdziwa książka, zwłaszcza ważna dla mnie, ma być wydrukowana na papierze. Dlatego rozumiem Twoją chęć posiadania „prawdziwej” książki.

      Usuń