Moja książka

Góry Kaczawskie słowem malowane

250619 Miałem okazję poznać świętokrzyskie drogi i tatrzańskie szlaki, przemierzałem łęczyńskie bagna i podlubelskie lasy, spędziłem ki...

czwartek, 28 lutego 2019

Daleko i blisko

170219
Wschodnie pasmo Gór Kaczawskich.
Oglądanie wschodu na Popielu. Ze wsi Pastewnik na łąki między tą wsią a Domanowem. Sośniak i sąsiednie bezimienne wzgórza. Poręba i okolica. Powrót do wioski.

O celu wyjazdu czasami decyduje drobiazg: wspomnienie jednego widoku, jakiegoś zakątka albo kępy drzew rosnących gdzieś na odkrytym zboczu góry. Tak właśnie było dzisiaj. Wspomniałem takie miejsce ze świerkiem górującym nad innymi drzewami, a rosnących na zboczu bezimiennej góry we wschodnim paśmie moich gór, i zapragnąłem je odwiedzić. W okolicy wiele jest pokaźnych górek, wiele urokliwych zakątków, a wiedziałem, że myszkując tam znajdę i nowe.
Zaparkowałem przy bocznej szosie biegnącej do Jawora, w pobliżu Popiela, góry z której już parę razy oglądałem początek i koniec dnia, a widok ze szczytu jest w pełni panoramiczny. Zeskorupiałego śniegu, skrzącego się kolorami wschodu, było nadspodziewanie dużo. 


Obok Poręby, największej góry tego pasma, coraz śmielej jaśniała Eos, a nad chrzęstem śniegu słyszałem śpiew ptaków. Wydawało mi się, że rozróżniam skowronka; czy to możliwe? Chyba tak, skoro te polne ptaszyny przylatują już w lutym.
Na Popielu widzi się jednocześnie wschód i zachód, słońce i horyzont vis a vis. Światło świeci w plecy albo w twarz, a po bokach, na północy i na południu, horyzont oświetlony jest bocznym światłem. Pełny spektakl. Śnieżna zima odbiera światu kolory, czyni krajobraz czarno-białym i zimnym w odbiorze, ale w tych warunkach nasycone barwami światło wschodu bądź zachodu jest szczególnie wyraźnie widoczne w zimnym i monochromatycznym świecie. Zawsze zwraca uwagę, a bywa, że wprost fascynuje.




Nie zdecydowałem się zostawić na cały dzień samochodu częściowo stojącego na jezdni. Zjeżdżając do wioski, do Pastewnik, spojrzałem na wylot drogi w kierunku Jawora, najkrótszej drogi powrotnej, ale w zimie nieodśnieżanej. Zobaczyłem lśniące lodem głębokie koleiny i wiedziałem już, że nie odważę się zjeżdżać tędy w dolinę.
Zaparkowałem na znanym mi parkingu przy kościele w Pastewniku i ruszyłem na południe. Między tą wioską a Domanowem rozciągają się łąki falujące po zboczach kilku niewielkich wzgórz, na jednym z nich jest słupek, jakim zaznaczane są szczyty, więc zapewne ma swoją nazwę. Trzeba mi pomyszkować po internecie żeby ją poznać. Wszak wzgórze znane z nazwy jest ładniejsze.
Kiedyś odkryłem tamtą okolicę idąc od południa, a spodobała mi się od razu. Wracałem tutaj kilka razy, dzisiejszy powrót na pewno nie będzie ostatnim. Rozległy i urozmaicony widok rozciąga się na trzy czwarte widnokręgu, widać nie tylko liczne szczyty kaczawskie, ale też Rudawy i Karkonosze, a bliżej i Góry Wałbrzyskie zaczynające się po drugiej stronie doliny.
Dalekie i liczne góry, odległy horyzont, dal stapiająca się z niebem, mają magnetyczny urok i ich wspomnienie nakłania nas do powrotów, ale urok wędrówki i poznawanych miejsc nie tylko w nich. Na pełny obraz składają się też liczne drobiazgi widziane z bliska, obok nas lub nawet pod nogami. Wiele ich widzę każdego dnia, nie o wszystkich piszę, ale wszystkie mają swój udział w sumarycznym obrazie przechowywanym w pamięci. Później nierzadko pamięć gubi szczegóły, ale nie zapomina o najważniejszym: o wrażeniu, a więc o przeżywaniu.
Źródełek było dwa, biły na zboczu niewielkiego wzgórza, wśród zeszłorocznych traw i między ich źdźbłami znajdowały drogę w dół. Zapewne są one jedynie wiosennymi efemerydami trwającymi póki słońce topi śnieg na zboczu wyżej, ale przecież tym bardziej cenne są chwile przy nich i bardziej pociągająca ich uroda. Krystalicznie czysta, świecąca niczym kryształy na słońcu, woda biła z ziemi tworząc pęczniejące wzgórki. Patrzyłem na nie mając chęć objąć je dłońmi niczym pierś kobiecą.


A w pobliżu dziwne ślady na ziemi. Później widziałem je w wielu innych miejscach. Czy ktoś wie, jakie stworzenie taki ślad zostawia?

Po drugiej stronie szosy, za domami wioski, wznoszą się liczne wzgórza, ale tylko jedno ma swoją nazwę. To Sośniak, przedostatnia górka kaczawska, skoro po drugiej stronie doliny są już Góry Wałbrzyskie. A na Sośniaku, jak sama nazwa wskazuje, rosną buki. Napisałem tak, ponieważ przypomniał mi się dowcip (a może i nie) słyszany w wojsku: chlebak służy do noszenia granatów. Tak przy okazji powiem, że z kałasznikowa nie strzelałem ponad 40 lat i chętnie przyłożyłbym jego kolbę do ramienia. Ciekawe, czy nadal potrafiłbym rozebrać ten karabin z zamkniętymi oczami...
Na mapie jest błąd. Sośniak jest zalesiony i odległy od znaku na mapie o kilkaset metrów. Na zamieszonej tutaj mapce mojej trasy jest zaznaczone małe kółeczko – ślad kręcenia się wśród licznych i ładnych buków. Z drugiej strony górki po zboczu falują łąki podzielone wstęgami drzew – widok, który kiedyś mnie zauroczył.


 Poszedłem tam sprawdzić, czy urok działa nadal. Działa, co stwierdziłem na podstawie czasu tam spędzonego, licznych postojów dla patrzenia i robienia zdjęć. Na zboczu sąsiedniego wzgórza zobaczyłem kępę drzew i łąkę wciskającą się wstęgą pod sam szczyt. Uświadomiwszy sobie, że nie byłem tam jeszcze, zapragnąłem pójść i poznać miejsca z bliska. Szedłem krok za krokiem żeby droga nie skończyła się za szybko, ponieważ tamte miejsca mają w sobie czystą esencję kaczawskich uroków, a i dal jest ładna. Sokoliki wydają się większe niż zwykle, a nad nimi skrzą się w słońcu grzbiety Karkonoszy.
Cel drogi okazał się równie ładny jak ona sama.
Kępie drzew ton nadaje spory jesion, przy nim czereśnia, kilkanaście głogów i mały buczek chwalący się kolorami swoich liści. Między nimi stara, czerniejąca bela trawy, niestety. Zębiska kamieni chronią drzewa nie pozwalając na przejechanie tędy maszynom.
Na końcu łąki, przy drzewach, usiadłem i patrzyłem. Ech, trudno mi w mojej pracy, ale może się okazać, że wyjazd do siebie na Lubelszczyznę będzie jeszcze trudniejszy. Na szczycie górki stoją poszarpane szaro-zielone skały i ołowiane pnie dużych buków. 



Chodziłem między nimi rozglądając się. Czy ktoś tutaj przychodzi? Raczej zapomniane to miejsce, ale przecież ładne. Odchodząc zatrzymywałem się i odwracałem nie wiedząc, czy jeszcze tutaj wrócę. Postaram się.
Niewiele dalej jest inne czarowne miejsce. Droga biegnąc skrajem lasu wznosi się lekko celując w niebo, a gdy zbliżam się tam patrząc na bliski styk ziemi i nieba, z drogi, właśnie z drogi zaczynają wyrastać góry. Każdy krok czyni je większymi, właściwie potężniejszymi, a gdy droga opadnie do stóp, widzę Góry Ołowiane w całej okazałości. Wiem, że są niewielkie, ale w tamtym miejscu, w tamtej chwili, wydają się właśnie potężne.
Po drugiej stronie wzgórz kolejne zapamiętane urokliwe miejsce. Drzewa lasu rozstępują się, droga opada po stoku, a przede mną otwiera się dolina, a wyżej rozległa przestrzeń zamknięta dalekimi górami. Mam wrażenie tworzenia przestrzeni swoimi krokami, jej zaistnienia dopiero w tej chwili.


Gdy skręci się w prawo, trawersując zbocze dojdzie się do tej kępy drzew, o której myślałem i którą chciałem ponownie zobaczyć.

Z daleka widać wielki świerk, z bliska okazuje się, że rośnie ich tam kilka, a ten największy ma przynajmniej metrową średnicę. Obok dąb, brzozy, kilka wierzb, głóg i różany krzew. Obraz uzupełniają uschnięte kikuty, zwalony, próchniejący pień i pędy jeżyn chwytające buty. Między nimi wystają kamienie. Gałęzie świerku dotykają ziemi, pod drzewem był głęboki półmrok mimo słonecznego dnia. Chciałbym kiedyś spędzić noc w namiocie ustawionym pod tym wielkim świerkiem, otulony i chroniony jego gęstymi gałęziami.
Obok Poręby wznoszą się rozległe i wysokie wzgórza. Na licznych tam szczytowych wypiętrzeniach sterczą skały wśród drzew, a jęzor łąk, długi i rozgałęziony jak u węża, wciska się głęboko w lasy. Nie byłem tam jeszcze, więc… poszedłem. Na dość długim podejściu dałem sobie w kość. Prawie całe zbocze było zaśnieżone, a że słońce grzało nieźle, śniegowa skorupa nie wytrzymywała mojego ciężaru. Szedłem zapadając się po kostki lub do połowy łydek i sapałem jak ten parowóz z wiersza Tuwima, ale że nie czułem przemęczenia mięśni, zawziąłem się i ignorując podszepty leniucha namawiające mnie do zaniechania, brnąłem pod górę w rozmiękłym, grząskim śniegu.
W oddali, na najdalszym horyzoncie, zobaczyłem regularny stożek szczytu, a na nim... maszt? Ledwie widoczna kreseczka na szczycie nie dała się jednoznacznie zidentyfikować. Trójgarb w Górach Wałbrzyskich? Później, z innego miejsca, gdy zobaczyłem wszystkie trzy szczyty góry, znalazłem potwierdzenie, a skoro to Trójgarb, widziałem wieżę widokową, nie maszt.
Parę słów wyjaśnienia. Otóż dwa miesiące temu oddano do użytku wielką wieżę widokową na szczycie tej góry. Jest jedną z najwyższych w naszych górach, ma 27 metrów, kilka dużych wiszących balkonów widokowych i nowoczesny wygląd śmiałej konstrukcji inżynierskiej.
Jeden z najbliższych moich wyjazdów będzie właśnie na Trójgrab, ale póki co powoli zdobywałem wysokość idąc po miękkim śniegu w moich górach.
Szedłem, ponieważ chciałem zobaczyć co jest na szczycie, czy otwarta przestrzeń łąk schodzi na drugą stronę. Czy widać stamtąd dal? Minąłem szczyt i poszedłem dalej. Ograniczona, ale była. Jednak nie doszedłem do końca łąki, śnieg był zbyt głęboki. Natomiast na szczycie śniegu nie było wcale, jakby ktoś go dokładnie wymiótł. Szare niewielkie skały, ładnych drzew jak na lekarstwo. Miejsce, do którego zapewne nie wrócę, ale tym bardziej trzeba mi je zapamiętać. Siedziałem na pniaku i patrzyłem na plamy słońca pełzające po skale, a przez chwilę słyszałem rytmiczny świst powietrza przecinanego skrzydłami ptaka. Parę razy słyszałem ten dźwięk, a tylko wtedy jest wyraźny, gdy duży ptak leci nisko i wokół panuje cisza. Tam było cicho. Może wrócę dla posłuchania ciszy?
W pobliżu szczytu Poręby stoi budynek ogrodzony drutem kolczastym, a przy nim kratowa wieża dźwigająca kulę otulającą radar wykrywający burze z odległości do 250 kilometrów, jak wyczytałem na tablicy informacyjnej. 


Była tam też prośba o telefon, gdy zauważy się uszkodzenia. Zauważyłem, że dwa wsporniki trzymające spirale drutu kolczastego odpadły, w bliska zobaczyłem bardzo źle położone spawy. Utworzyła się wyrwa w kolczastym murze, przez którą nawet ja mógłbym wejść do środka. Wpisałem podany na tablicy numer telefonu do instytutu meteorologii, zadzwoniłem i usłyszałem automatyczną sekretarkę firmy handlującej paliwem. Sprawdziłem numer, był dobry, ale przy drugiej próbie znowu usłyszałem o gotowości sprzedania mi cysterny paliwa.
Cóż, tak się dba o społeczną własność, tak się wypełnia swoje służbowe obowiązki. Kolejny Orsk.
Co to jest Orsk? Wkrótce wyjaśnię w osobnym tekście.
Przeszedłem na drugą stronę wioski i ze wzgórza patrzyłem na koniec tego pięknego dnia. Drugiego dnia w moich górach.
Na zakończenie dwie ciekawostki-zagadki, takie z przymrużeniem oka:
– czy buk może się całować?
– a czy może usiąść na skale?
Może i może, a niżej zamieszczam dowody.




















4 komentarze:

  1. Te ślady zrobiły harcujące pod śniegiem myszy lub nornice.

    Krzysiek, zobacz, gdzie jest zaznaczony szczyt Sośniaka na Mapie Potrójnej? i porównaj ją z Sygnaturą.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Myszy? Nigdy bym się nie domyślił!
      Na potrójnej mapie szczyt jest dobrze zaznaczony. Gdy byłem tam pierwszy raz, nie wiedziałem o błędzie, a że mapa sygnatury wskazuje na niewielkie wzgórze na polu, uznałem, że to właśnie jest Sośniak. Dopiero Tomek, z którym kiedyś tam byłem, mając ze sobą GPS do pieszych wędrówek i odpowiednią mapę, wskazał błąd i właściwe miejsce. Odległość wynosi pół kilometra, może trochę więcej. Janku, nie zliczyć błędów w mapie tego wydawnictwa, tak jest ich dużo, a chwalą się coroczną aktualizacją. Owszem, zmieniają rok wydania. To jest ta aktualizacja.

      Usuń
  2. Cudowne te źródełka, z pulsującą wodą; u nas zlokalizowałam jedno jako początek potoku, ale to była dziura w zboczu i stamtąd wypływała podziemna rzeka; też widziałam całujące się drzewa, ale to były dwa świerki wbudowane w karczmę w Górecku Kościelnym, podtrzymujące sufit; dla mnie wschody i zachody słońca są swoistym spektaklem na niebie, nie można przejść obojętnie i zawsze fotografuję; no jasne, że jesteś człowiekiem przestrzeni, bo patrząc na mapę, wędrujesz po łąkach, wysoczyznach i patrzysz na świat z wysoka:-) pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, cudowne były tamte źródełka. Woda wydawała się przeczysta, najświeższa.
      Nam obojgu trudno byłoby przejść obojętnie widząc wschód czy zachód, zwłaszcza w naturalnym otoczeniu, ale jakże wielu nie zauważa w tych spektaklach nic specjalnego. Osobliwa ślepota.
      Mario, kaczawskie wysokości nie są imponujące, ledwie dziesiątki metrów wysokości od podstawy, rzadko więcej, ale owszem, lubię dalszy horyzont i to, co widać na Twoim zdjęciu. To znaczy na zdjęciu z Twoim mężem :-) Falowanie Ziemi. Przenikanie się zboczy wzgórz i polne dróżki niknące na grzbiecie. Właśnie jak na tamtym zdjęciu. Las lubię, ale dróżka niknie w nim zaraz za najbliższymi drzewami i tam też jest horyzont.

      Usuń