Moja książka

Góry Kaczawskie słowem malowane

250619 Miałem okazję poznać świętokrzyskie drogi i tatrzańskie szlaki, przemierzałem łęczyńskie bagna i podlubelskie lasy, spędziłem ki...

środa, 13 lutego 2019

Mszana i Obłoga, czyli o metamorfozach Ziemi

100219
Z Muchowa szczytami masywu od wieży na Mszanie do Obłogi. Poznanie okolicznych dróg. Przejście Zmarlakowej Drogi.


Byłem podekscytowany wyjazdem niemalże tak, jak dawno temu przed pierwszą randką. Od dłuższego czasu odkładana wędrówka rozległym masywem Mszany i Obłogi w Chełmach na Pogórzu Kaczawskim, dzisiaj miała doczekać się swojego czasu. Dwa razy byłem w najpopularniejszym miejscu masywu, na niższym szczycie Mszany, na stojącej tam wieży widokowej oraz w sąsiednim starym kamieniołomie, ale dalej już nie.
Na mapie już dawniej zauważyłem drogę o tuzinkowej i jak się okazało nieprawdziwej nazwie, przecinającą spory leśny masyw ukrywający dwie moje góry. Z encyklopedii dowiedziałem się, że ta droga nie nazywa się Zamkowa, a Zmarlakowa.
Zmarlakowa, to tyleż co umarlaków, jak mniemam. Czyż nie kusząca nazwa? Właśnie z powodu nazwy drogę chciałem odnaleźć i poznać.
Kusiły mnie też tamtejsze piękne lasy i czarne złomy skalne – pozostałość pradawnych czasów.
Gdy w pracy wspomniałem o mszańskich lasach koledze, powiedział, że musi tam być żyzna gleba, skoro rosną takie drzewa. Zapewne taką jest, i też za sprawą wulkanu: skały wulkaniczne po przeobrażeniu stają się żyzną glebą.
W epoce przemian geologicznych nazywanej miocenem, czyli jakieś 20 milionów lat, a może i w oligocenie, 30 milionów lat temu, obydwie góry, Mszana i Obłoga, ale też dziesiątki innych na Dolnym Śląsku i po drugiej stronie Nysy Łużyckiej, były wulkanami. Z tych dwóch gór niewiele zostało, nawet zastygnięta w kominach magma tworząca neki, jak Wilcza Góra czy Czartowskie Skały, przegrały z czasem i lodowcem. Zostały z nich niewielkie wypiętrzenia, ale znaczna powierzchnia law rozlanych wokół wulkanów jest tam nadal widoczna w niezliczonej ilości sterczących z ziemi ostrych, czarnych kamieni.
Miliony lat minęły, ilość właściwie niewyobrażalna.. Może jednak spróbuję.
Jeśliby każdy rok przemian tamtych gór dokumentować sekundowym filmem, cały trwałby od 230 do 350 dni. Dni wyświetlania non stop! Tak utworzony film o człowieku trwałby niewiele ponad minutę. Dodam jeszcze, że w tych górach są skały, o których taki film wyświetlany byłby kilka tysięcy dni.
Tyle czasu, a te kamienie nie tylko się nie rozsypały, ale nawet nie zaokrągliły. Kanciastość ich form jest widocznym dowodem odporności skał, ponieważ wszelkie procesy je niszczące najsilniej działają na krawędziach, powodują ich zanikanie.
Idealny materiał do budowy dróg, dlatego ignoruje się obszary chronione na Wilkołaku i zapewne nie tylko na tej górze.
Miałem chodzić tam, gdzie kiedyś gorąca, półpłynna lawa ściekała zboczem góry po wylaniu się z wnętrza Ziemi. Miałem chodzić wśród wyjątkowego lasu, zapewne zbliżonego składem do starych puszcz. Rosną w nim dęby, lipy i graby, tych jest najwięcej. Sporo jest też klonów, zwłaszcza jaworów, także buków, natomiast świerków, tak pospolitych w Sudetach, jest mało. Próbowałem wyobrazić sobie ten las wiosną, w młodej zieleni, w lecie, gdy kwitną lipy, i jesienią, w feerii bajecznych kolorów. Wiedziałem, że zobaczę ten las szarym i czarnym jak skały pod nimi, ale też wiedziałem, że tamte wyobrażenia będą mieć wpływ na moje postrzeganie.
Czyż dziwić się mojej ekscytacji?
Czyż dziwić się mojemu wyjściu w trasę na pół godziny przed świtem?
Lampy uliczne wioski jeszcze się świeciły, ledwie pierwsze szarości zaczęły rozjaśniać lutową noc, gdy ruszyłem w drogę. Wiedziałem, że w las wejdę za kwadrans, a wtedy będzie już wystarczająco jasno żeby nie nabić sobie guza na czole. Po następnym kwadransie stałem pod wieżą, która widokową jest tylko z nazwy: mierzy 6 metrów, dwakroć mniej od drzew rosnących wokół niej. Na usprawiedliwienie dziewiętnastowiecznych budowniczych napiszę, iż wtedy nie było tutaj lasu.
Mszana rozciągnięta jest w łuk o długości ponad kilometra i ma nie dwie kulminacje, jak podaje mapa, a przynajmniej pięć. Nie są wysokie, do dziesięciu metrów, od północy strome, miejscami urwiste, a wszystkie zbudowane z czarnych złomów jakby bezładnie rzuconych na ziemię. Skalny chaos potęguje ich czerń i liczne zwalone drzewa rozlatujące się w proch tam, gdzie wiek, trudy życia i wiatr je powaliły. Dzisiaj widziałem te miejsca pod śniegiem odbierającym kolory, widziałem je czarno-białe, ponure, zimne, a przez to bardziej dzikie i… ładniejsze. Pierwotniejsze, więc prawdziwsze.





Patrzyłem na skały tworzone w tamtym niezmiernie odległym czasie – niemych i obojętnych świadków historii Ziemi i jej wielkich przemian, ale też patrzyłem na przemiany zupełnie odmienne, na dzianie się tutaj i teraz: na życie rodzące się wśród tych martwych głazów i tutaj kończone. Licznie tam leżące drzewa próchniejąc, nie tylko stają się domem i spiżarnią wielkiej ilości maleńkich żyjątek, ale i zasilają obieg materii. Na rozlatującym się pniaku dawno złamanego drzewa widziałem siewki świerków – nowe życie. Wokół pni dużych lip widziałem poogryzane licznie tam rosnące młode pędy – ślady radzenia sobie jeleni i saren w głodne dni zimowe.
Patrzyłem na życie wrażliwe na zmiany, trwające mgnienie, ale na swój sposób trwalsze od kamieni, skoro odnawiające się w każdym pokoleniu.
Dróg nie ma tam żadnych, ledwie w paru miejscach daje się zauważyć ślady duktu niknące za następnymi drzewami, liczne natomiast są ścieżki wydeptywane przez jelenie. Na śniegu nie zauważyłem ludzkich śladów, zwierzęcych jest mnóstwo.
Wyraźnie widoczne wypiętrzenie dobrze prowadzi, trudno o zabłądzenie. Gdy z kolejnego szczytu, najwyższego z mijanych, zobaczyłem w dole między drzewami jasność, domyśliłem się dojścia do polany i drogi z żółtym szlakiem. Jeśli tak, to po wyjściu z lasu po prawej powinienem zobaczyć miejsce odpoczynku i dalej leśniczówkę – kalkulowałem. Były tam. Usiadłem na ławie pod daszkiem wielce z siebie zadowolony, wszak połowę drogi przeszedłem i ani przez chwilę nie miałem wątpliwości gdzie jestem ani którędy iść. Wszedłem w las po śladach i skręciłem w stronę Obłogi odległej o około półtora kilometra. Zaraz na początku zobaczyłem… swoje ślady w przeciwną stronę. Zatrzymałem się, zgłupiały, Mapa ani rozglądanie się wokół rozumu mi nie dodały, więc zmieniłem nieco kąt marszu i poszedłem dalej. Teren obniżał się, z boku pojawił się gęsty las świerkowy, nie do przejścia. Zawróciłem i ponownie wyszedłem z lasu. Za leśniczówką – mówiła mi mapa – na zakręcie drogi odchodzi w las dukt biegnący w pobliżu szczytu Obłogi. Poszedłem, ale nic tam nie wyglądało tak jak na mapie. Dróg było więcej, a ta budząca najmniej wątpliwości odbiegała kierunkiem od spodziewania. Patrzyłem na słońce, tylko czasami widać je było przez chmury, zerkałem na rozpoznaną szosę biegnącą otwartą przestrzenią widoczną między drzewami i ciągle miałem wątpliwości. W końcu poszedłem wybraną drogą. Gdy droga przestała się wznosić po zboczu, rozejrzałem się: jeśli nie poplątałem miejsc i kierunków, Obłoga powinna być tam – patrzyłem między drzewa, wydawało mi się, że widzę wznoszenie się terenu. Była tam góra, ale czy Obłoga? Jeśli tak, to u północnego podnóża powinna biec droga – czytałem mapę. Poszedłem, kręciłem się między drzewami, ale drogi nie znalazłem. Wróciłem na główny dukt. Może inaczej?: jeśli tam jest Obłoga, to idąc w przeciwnym kierunku, powinienem dojść do ostatniego, znanego mi już szczytu Mszany. Poszedłem starając się utrzymać kierunek marszu.
Las jest tam masakrowany. Wszędzie leżą pocięte na kawałki drzewa liściaste, najwyraźniej na opał, sterty wzgardzonych gałęzi, głębokie koleiny zrobione bardzo szerokimi oponami ciężkich pojazdów terenowych.


Powie ktoś, że chodzę rezerwatem, a nie powinienem?
Za wycinką doszedłem do starej, nieużywanej, ale dość wyraźnej drogi. Z mapy wynikało, że powinna to być… Ależ tak! Zmarlakowa Droga, którą miałem w planach odnaleźć i przejść! Skoro to ona, powinna poprowadzić mnie w dół, do rozdroża na brzegu lasu. Po raz trzeci zszedłem na brzeg lasu, tym razem zgadzało się wszystko. Byłem na początku Zmarlakowej Drogi. Zawróciłem i będąc wyżej skręciłem z drogi w kierunku spodziewanego szczytu Mszanej. Był! Poznałem go po paru zapamiętanych szczegółach.
Ale droga! Wszak obiecałem sobie przejść ją całą, a mierzy blisko 4 kilometry. Spojrzałem na zegarek i zawróciłem do drogi. Przeszedłem ją calutką, a u jej wylotu, po potwierdzeniu cech okolicy z informacjami na mapie, okręciłem się na pięcie i znowu zanurzyłem w las. Droga ta wiele ma oblicz: są miejsca, gdzie jest ledwie widoczna pod trawami i siewkami drzew, w innym miejscu zasypana jest połamanymi gałęziami, ale niżej jest wygodną drogą szutrową, przejezdną dla ciężarówek wywożących drewno z lasu.
Będąc z powrotem w pobliżu szczytów, nie miałem już wątpliwości, w którym miejscu zejść z drogi, żeby ponownie dojść na Mszanę. Wtedy właśnie poczułem radykalną zmianę w odbiorze tamtych miejsc. Przestały mnie odpychać, być mi niechętne, a stały się swojskie, przyjazne mi, a ja poczułem się jak u siebie – pewnie i swobodnie. Uświadomiłem sobie, że mogę iść w lewo czy w prawo i nie zgubię kierunku, że wiem, którędy mam iść, żeby wrócić na Obłogę, którędy dojdę na rozdroże, i jak dojść do wieży i dalej, do wioski i samochodu. Może w przyszłości zapomnę cech poznanej dzisiaj przestrzeni, ale teraz cały tamten obszar dwóch gór oswoiłem i poznałem. Nieco inną drogą wróciłem pod wieżę, a i do samochodu nie szedłem po rannych śladach.
Na mapie podliczyłem trasę: w ciągu dziesięciu godzin przeszedłem 20-23 kilometry niełatwych zaśnieżonych bezdroży. W poniedziałek rano z satysfakcją stwierdziłem brak jakichkolwiek oznak zmęczenia nóg.
Butów mam za dużo. Zauważyłem, że czasami zakładam któreś nie dlatego, że będą najodpowiedniejsze, a dlatego, że długo ich nie używałem i z tego powodu wydają mi się takie… smutne. W efekcie założyłem lekkie buty dobre na suche trasy, a szedłem bezdrożem, po kamieniach i gałęziach, w mokrym śniegu, miejscami dość głębokim. Buty nie wytrzymały, ale na szczęście niewiele poczułem wilgoci dzięki skarpetkom wykonanym z włókna coolmax. Fajnie się pierze te skarpetki: woda po nich spływa. Żeby je zmoczyć, konieczne jest użycie mydła. A buty? Były calutki dzień ze mną, więc teraz będą mogły spokojnie postać czekając na swój kolejny dzień.
Mój będzie już w najbliższą niedzielę.






















5 komentarzy:

  1. Krzysiek, były zakusy na pozyskiwanie bazaltu z Mszany i Obłogi. A rezerwat utworzono raptem parę lat temu. W moich zbiorach posiadam mapę na której jeszcze nie ma rezerwatu i następną na której zakreślono zarys projektu rezerwatu. Ciekawe, jak długo rezerwat pozostanie nienaruszony? Połom przecież był rezerwatem, a teraz znikają niezwykłej urody jaskinie krasowe.
    Krzysiek, z okolic leśniczówki spoglądałeś na górę o damskim imieniu?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Krzysiek, może w tych lasach spotkałeś taką Dianę?

      Usuń
    2. Nie znam przebiegu granic rezerwatu, ale ta wycinka zaczynała się jakieś 200 metrów od Obłogi i ciągnęła się w stronę Mszany, czyli była w centrum najładniejszego rejonu.
      W pobliżu drogi z żółtym szlakiem były miejsca, z których widziałem Górę Diany, Młynik, drogę biegnącą jego zboczem (numer 365), chyba też Wysoką.
      Diana ze wskazanego filmu wcale nie wygląda na archeologa, chociaż jasne włosy są jak najbardziej pasujące do tytułu filmiku.
      Moja Diana była dystyngowaną kobietą w średnim wieku, a nie jakąś gadatliwą siuśmajtką. :-)

      Usuń
  2. Bazaltowe słupy, rumosz wielkich kamieni na stokach, popękane skały to krajobraz jak z zarania dziejów, ale jakże trudny do wędrowania; boli widok wycinanych niemiłosiernie lasów, myślałam, że to tylko u nas takie bezmózgowie, ale widzę, że pazerność elit rządzących na pozyskanie darmowych pieniędzy i pozatykanie dziur w skarbcu dotarła wszędzie; a któż tam z leśnych patrzy, że teren chroniony, miejsca gniazdowania rzadkich ptaków, unikalne rośliny? specjalnie wytną trzecie drzewo podtrzymujące gniazdo, żeby się cichcem osypało, a terenu nie wyłączono spod wycinki; widziałam to u nas, orlika tak załatwiono; mam czasami tak w lesie, że zupełnie mylą mi się kierunki, potrzeba chwili zastanowienia, żeby strony świata w głowie odpowiednio się ustawiły ... kiedyś nie ustawiły się, kompas w głowie nie zadziałał i mój upór wyprowadził nas z mężem na tzw. świńskie południe:-) pozdrawiam serdecznie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, krajobraz jak za dawnych czasów, chociaż nie sprzed milionów. Myślę o lodowcu 20 tysięcy lat temu, a ten monstrualny twór przekształca, właściwie przeoruje oblicze Ziemi.
      Mnie też się nie podoba wycinanie drzew, mimo iż wiem, że drewno jest potrzebne w bardzo wielu gałęziach gospodarki, nie tylko do palenia. Wyobrażałabym sobie inną gospodarkę. Wycinać lasy sadzone specjalnie dla uzyskania drewna, a w takich miejscach jak masyw Mszany i Obłogi zostawić wszystko jak jest. W innych lasach, takich… „zwykłych”, wycinać rozsądnie, drzewa usychające, albo jakieś niewydarzone, no i oczywiście wiatrołomy. Na Lubelszczyźnie są lasy sztucznie sadzone, niech w nich wycinają drzewa, ale i w tych zwykłych też tną bardzo dużo. Widuję rejony, gdzie w lesie zostały właściwie same krzaki lub bardzo młode drzewka.
      Mario, zauważyłem, że w czasie zagubienia się w lesie, czy raczej pomylenia kierunków, zawsze jest zdumienie: byliśmy pewni, że trzeba iść w lewo, okazuje się, że w prawo. Jakim cudem? No i bywa u mnie takie trwanie przy swoim, że bliski jestem uznania, iż coś z kierunkami świata się stało, a nie z moją orientacją :-)

      Usuń