Moja książka

Góry Kaczawskie słowem malowane

250619 Miałem okazję poznać świętokrzyskie drogi i tatrzańskie szlaki, przemierzałem łęczyńskie bagna i podlubelskie lasy, spędziłem ki...

piątek, 8 marca 2019

W Górach Wałbrzyskich

030319
Góry Wałbrzyskie.
Z Lubomina na Trójgarb zielonym szlakiem, wejście na nową wieżę widokową, powrót częściowo poza szlakiem.
Przejazd pod zamek Książ, przejście szlakiem żółto-niebiesko-żółtym przez Wąwóz Książ (przełom rzeki Pełcznica) do ruin zamku Stary Książ, powrót tą samą drogą.

Na Trójgarbie byłem dwukrotnie w ciągu dziesięciu ostatnich lat, a z tych wejść zapamiętałem ciszę pustego szlaku i strome zbocza głębokiego jaru, którymi prowadził szlak. Ze szczytu nie było widoków, chyba tylko w jednym miejscu między drzewami pojawiała się dal, bokami mocno ograniczona. Pierwszy raz poszedłem tam… nie wiem dlaczego. Byłem wtedy na Chełmcu, górze, z którą wiążą mnie przedziwne związki, a że Trójgarb nie jest odległy i nie byłem na nim… Drugie wejście było kilka lat później, w słoneczny i śnieżny dzień mroźnej zimy, a poszedłem tam wspominając ładne zbocza góry.
Jadąc tam dzisiaj, byłem ciekawy nie tylko wieży na szczycie, ale i mojego widzenia jaru i lasów na podejściu. Zobaczyłem je ładniejszymi niż dawniej. Tam jest po prostu pięknie.
Trafiliśmy… Właśnie! Zapomniałem napisać, że byłem tam z Jankiem. Trójgarb był moją propozycją, przełom Pełcznicy jego, za co mu dziękuję, ponieważ dzięki niemu zobaczyłem niezwykłe dzieła natury.
Więc trafił się nam dzień chmurny i dość wietrzny, z rana padał deszcz i było zimno, ale później pogoda poprawiła się, chociaż słońce pokazało się tylko na moment.
W gęstym lesie pod chmurnym niebem aparat zgodził się robić zdjęcia, ale otoczenie widział znacznie gorzej niż ja widziałem. Nieliczne zostawione zdjęcia wymagały znacznych zmian, zwłaszcza kontrastu. Może kiedyś uda się zbudować aparat fotograficzny widzący świat tak jak widzą ludzie. Może.
Szczególnie urokliwe były chwile z mgłą przygnaną silnym wiatrem wiejącym górą. Świerkowy las rosnący na stromych zboczach wyglądał wtedy bajkowo; był większy, surowszy, bardziej intrygujący i tajemniczy. Kilka razy zbaczaliśmy ze szlaku na brzeg jaru dla spojrzenia w dół, na dno ze strumieniem, i zachwycenia się widokiem lasu omalże wiszącego na zboczach naprawdę trudnych do przejścia. Jak drzewa utrzymują pion w takich warunkach? – to pytanie, będące też zdumieniem i podziwem, słyszałem w sobie często.



W pobliżu przełęczy między szczytami góry, a zgodnie z nazwą ma ich trzy, jest miejsce na szlaku, z którego widać Chełmiec. Widzieliśmy go i dzisiaj, chociaż bez szczegółów, które wilgotne powietrze zagubiło na dzielącej nas przestrzeni pięciu kilometrów.
Wieża robi wrażenie. Wysokością też, ale głównie nowoczesnym kształtem. Jest trójkątnym słupem zbudowanym ze stalowych kratownic, we wnętrzu którego są wygodne, szerokie schody zabezpieczone masywną balustradą. Pod szczytem wisi pięć platform widokowych na trzech poziomach. Są w kształcie trójkąta wystającego w bok od wieży na około osiem metrów. Gdy stoi się najdalej od wieży, przy zbiegających się barierach trójkąta platformy, rury wieży ma się z tyłu, balustrady też, jedynie przy piersi widać ich skrawek. Ma się wtedy wrażenie zawiśnięcia w powietrzu, a wzrok leci w dal ogromną niczym niekrępowany. Dopiero spojrzenie za siebie pozwala dostrzec konstrukcję. Nie wymienię wszystkich widzianych pasm i szczytów, te najdalsze słabo były widoczne, rozpoznałem jednak kilka kaczawskich szczytów, widziałem Ślężę, Chełmiec i Waligórę.



Przy dzisiejszym silnym wietrze czułem niewielkie ruchy całej wieży, co jest normalnym zjawiskiem w takich konstrukcjach, ma też swój urok dla ludzi lubiących silne przeżycia. Schody i platformy widokowe wyłożone są deskami, ale jedna z nich podłogę ma metalową, z pionowych cienkich żeber. Między nimi widać niewiele zasłoniętą ziemię i szczyty drzew. Po zrobieniu pierwszego kroku zatrzymałem się, dalsze wymagały mobilizacji woli, ponieważ wydawało mi się, że idę… w powietrzu, więc zrobienie kroku może spowodować lot ku ziemi.
Znając się nieźle na stalowych konstrukcjach, obejrzałem wieżę okiem technika. Rury i profile w kształcie litery H (w zawodowym slangu mówi się o hebach) są skręcane, czego się spodziewałem. Zwróciłem uwagę na wytrzymałość śrub i z satysfakcją stwierdziłem, że wśród nich są najmocniejsze, wytrzymałości oznaczonej symbolem 12,9, a takie śruby produkuje się ze stali tak wysokiej jakości, że naprawdę trudno je urwać. Zauważyłem kilka drobnych niedoróbek, na przykład w mocowaniu balustrad i krat stalowej podłogi, a w paru miejscach miałem nieco poważniejsze wątpliwości, między innymi chodzi o mocowanie platform widokowych. Otóż one wiszą, każda na dwóch potężnych prętach stalowych, których długość jest w procesie montażu regulowana śrubami zwanymi rzymskimi; zwykle blokuje się je dodatkowymi nakrętkami, czego na wieży się nie dopatrzyłem. Zapewne uznano, iż nie ma potrzeby stosowania dodatkowych zabezpieczeń. Reasumując, wieża jest ładnie zaprojektowaną i porządnie wykonaną konstrukcją. Kilka lat temu byłem na nowej, drewnianej wieży ustawionej na szczycie Trójmorskiego Wierchu w masywie Śnieżnika. Znalazłem tam mnóstwo niedoróbek i poważnych błędów projektowych. Nie wiem, w jakim jest teraz stanie, ale długo nie postoi. Natomiast ta trójgarbska będzie służyć wiele lat, jeśli tylko właściciele zadbają o nią.
Ze wsi Lubomin prowadzą dwa szlaki na szczyt. Ilekroć tam byłem, szedłem zielonym dla urody tamtych miejsc, drugiego nie znałem, więc namówiłem Janka na zejście nim. Nie poznaliśmy go i dzisiaj, ponieważ niewiele niżej skusiła nas ładna droga odbiegająca od szlaku. Weszliśmy na nią, a ona, niewdzięcznica, zostawiła nas samych po paruset metrach. Poszliśmy na przełaj w kierunku rannej ścieżki, a na koniec schodziliśmy cholernie stromym zboczem starannie dobierając miejsca postawienia stóp i mocno podpierając się kijami.
Od ostatniego domu wioski, czyli od podstawy, na szczyt jest około 250 metrów w pionie. Gdy byliśmy 30 metrów nad samochodami widocznymi między drzewami, mijała nas rodzina. Nastoletnia dziewczyna zapytała się, czy przeszli już połowę drogi, a jej ojca pocieszałem mówiąc o późniejszej mniejszej stromiźnie ścieżki. Dużo jest teraz ludzi na szlakach Trójgarbu, a sporo wśród nich góry widziało na pocztówkach, o czym jeszcze napiszę.
Wreszcie mam internet w telefonie, mam i nawigację, więc dojechanie bocznymi drogami do celu nie wymaga teraz zakuwania całej trasy na pamięć. Co prawda taka nauka pozwala dobrze poznać dojazd, w przeciwieństwie do podróżowania według GPS, który oducza zapamiętywania drogi.
Pod pałacem Książ są eleganckie alejki, królewskie bramy i płatne parkingi, jest dużo ludzi i samochodów, stoją banery reklamowe i szlabany; pachnie miastem i komercją. Od razu poczułem się tam źle, nie u siebie. Z ulgą wchodziłem między drzewa.
Pełcznica jest małą rzeczką, właściwie strumieniem, ale płynie przełomem o głębokości, jak oceniłem, 70 metrów.
Przełom jest niesamowitą formacją geologiczną: to miejsce, gdzie rzeka przepływa w poprzek gór, a że pod górę nie chce się jej płynąć, ryje, czy raczej wypłukuje w górach głębokie koryta. W internecie znalazłem informację o głębokości dochodzącej do 80 metrów, a ściany tego jaru, raczej wąwozu z powodu płaskiego dna, są albo bardzo strome, albo wprost pionowe. W połowie ich wysokości wiedzie szlak zbudowany wielkim nakładem pracy. 




Wąską ścieżkę wykuto w skale, albo utworzono ją budując kamienne mury od niżej strony, a w kilku miejscach idzie się stalowymi kładkami zakotwiczonymi w pionowych ścianach. Z jednej strony strome zbocza lub piętrzące się skały, z drugiej urwiska i strumień w dole. Szlak jest bardzo urozmaicony, pełen zakrętów omijających skalne występy, a każdy budzi ciekawość niewidocznej drogi.
Mnóstwo jest drzew rosnących na wielu poziomach: obok pni jednych drzew, widzi się korony innych, wyrastających z ocienionego dna. Wiele widziałem dużych buków, wiele strzelistych, jak to w zwarciu, lip i dębów. Widziałem wyjątkowy las bukowo-modrzewiowy bez domieszek innych gatunków. Jedne i drugie duże, ale szczególnie modrzewie zwracały uwagę swoją wielkością. Nigdy wcześniej nie widziałem takiego połączenia. 


Wielopiętrowość gęsto rosnących drzew zapewne mocno ogranicza widoczność w zielone miesiące, dzisiaj jednak widzieliśmy przeciwległe zbocze, a później ruiny po drugiej stronie i platformę widokową jakby zawieszoną w przestrzeni, a w rzeczywistości zbudowanej na końcu skalnej ostrej grzędy zwężającej wąwóz. Kolejne piękne miejsce.
Do obecnego stanu ruin wydatnie przyczynili się nasi wyzwoliciele w 1945 roku, co nie dziwi, ale fakt, iż zbudowane były właśnie jako ruiny, nie zamek, owszem, zdziwienie budzi. Wydać mnóstwo pieniędzy żeby popatrzeć na „ruiny”, uznawane wtedy za romantyczne! Co prawda „ruiny” wybudowano na resztkach średniowiecznych ścian starszej budowli. W tworzeniu romantycznego nastroju wydatnie przeszkadzały mi walające się butelki i zardzewiała stalowa belka dwuteowa przykręcona do ściany, pasująca tam równie dobrze, jak gniazdko tiwi w rekonstrukcji chłopskiej chaty.
Mówi się o hitlerowskich tajemnicach, o ukrytych podziemiach i skarbach, ale szczerze mówiąc nie pasjonują mnie takie wieści. Z przyjemnością oglądałem buki rosnące przed ruiną i ogromny bluszcz siedzący na kamiennej ścianie. Jego pień jest najgrubszym z widzianych, na oko ma ćwierć metra średnicy, czyli bardzo dużo jak na taką roślinę, skoro za duże uznaje się pnie o średnicy trzech palców.

Moje męskie oko wychwyciło w oddali inny ładny widok: dziewczynę zgrabną jak łania. Nieco później, będąc blisko, zobaczyłem, iż nie jest młódką, a kobietą w średnim wieku. Do przyjemności patrzenia dodałem podziw.
Zabrakło nam czasu na dotarcie do wylotu wąwozu i powrotu okrężną drogą, ta trasa będzie czekać na nas i się doczeka.
Gdy wracam tą samą drogą, zawsze inaczej widzę otoczenie, zauważam niedostrzeżone wcześniej ładne drobiazgi, i nigdy ta droga mi się nie nudzi. Ot, na przykład, w czasie powrotu zauważyliśmy nad drzewami szczyt skały i ludzi na nim, a później dróżkę wijącą się zakolami po stromym, kamienistym zboczu na górę. Jeszcze jedno piękne miejsce, którego wcześniej nie dostrzegliśmy.
Na ostatnich metrach szlaku, tuż przed wejściem na chodnik ulicy przed pałacem, spotkaliśmy dwoje młodych ludzi. Mężczyzna pytał, co mogą zobaczyć na szlaku.
Przecież widać – miałem mu odpowiedzieć – czego się tutaj spodziewasz?
Za godzinę miał zapaść zmierzch, ona na gołych stopach miała nieskazitelnie białe tenisówki z odkrytymi kostkami (zdaje się, że teraz tenisówki zwane są adidasami) a on ciągnął ją na kamienistą ścieżkę, właściwie nie wiedząc po co. Uważam, że mężczyzna ma dbać o bezpieczeństwo swojej kobiety, a nie ciągnąć ją tam, gdzie może sobie zrobić krzywdę. Ona też mogłaby pomyśleć, skoro jej facet nie potrafił i puknąć go w czoło.
W parku przed pałacem wiele jest pomnikowych drzew, ale i one muszą zaczekać na nasz następny przyjazd.
Im bliżej tegorocznego wyjazdu z karuzelami i bliżej końca mojej pracy w pobliżu Sudetów, tym dłuższa robi się lista miejsc do poznania lub powrotów. To niesprawiedliwe, miałem napisać, ale uświadomiłem sobie fakt zobaczenia tutaj, w nie moich przecież górach, tak wielu ładnych miejsc. Znajduję w nim pocieszenie na przyszłość: na drugim krańcu Polski też znajdę ładne miejsca, chociaż nie będą to Góry Kaczawskie ani nawet nie Sudety.



















9 komentarzy:

  1. Piękna wieża i ścieżka. Mogę sobie wyobrazić dreszczyk emocji, gdy idzie się prawie w powietrzu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Aniu, chciałem się cofnąć stojąc na tych metalowych żebrach, ale przypomniałem sobie, że noszę portki :-)
      Wiesz, idąc szlakiem w wąwozie, przyszło mi do głowy, że jestem niemal w mieście. Za mną była ulica, z mapy wiedziałem, że za tymi skałami, kilometr stąd, jest osiedle domków, a tutaj takie ładne miejsce. Myślałem nad jego przeniesieniem w Góry Kaczawskie, ale przedsięwzięcie okazało się być trudne…

      Usuń
  2. Z zainteresowaniem przeczytałam wpis, tym bardziej, że to okolica bliżej cywilizacji, ale bardzo piękna; pamiętam moje wrażenia z podobnej wieży na Smrku w Izerach, też taka "dźwiękowa", wiatr świstał w kratkowanej konstrukcji, pod stopami czuło się lekkie wibrowanie, przechyły, w jednym roku weszłam tylko na pierwszy podest, za drugim razem już byłam odważniejsza i na samą górę; przełom Pełcznicy jak rezerwat natury, te wiszące ścieżki, skały, stromizny przydają miejscu nawet troszkę emocji, bardzo tu ładnie; zamek Książ taki popularny, że pewnie ciągną tam tabuny ludzi, też nie lubię takich miejsc, ale w samotności pozwiedzałabym; nudzą Cię utarte szlaki, szukasz skrótów, które wiodą w nieznane, czasami ekstremalne warunki, jakże przypominasz mi męża mego:-) ileż razy wściekałam się na niego, kiedy wybierał skróty, a potem "chaszczowanie", stromizny, głębokie jary:-) pozdrawiam serdecznie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A wiesz, Mario, że też miałam skojarzenie ze Smrekiem? Pomyślałam, że jak tylko pogoda się ustabilizuje, ruszam na Smreka.

      Usuń
    2. Chaszczowanie. Wyborne słowo. Przyznam, Mario, że i ja wiele razy chaszczowałem chcąc poznać skrót lub będąc skuszony wyglądem polnej dróżki. Przecież wiem, jak płoche one są, ale z nimi jest jak z dziewczynami i kobietami: wiedza jest obok, na wprost pociągający urok, więc idę zapatrzony. A na koniec chaszcze i chaszczowanie :-) Najdziwniejszy jest brak zniechęcenia, skoro przy najbliższej okazji znowu wchodzę na dróżkę obiecującą mi wiele, a na koniec pokazującą figę.
      Nic to, dla ich urody wolno im dworować sobie ze mnie.
      Może i Twój mąż jest nimi zauroczony? Bo facet niby taki twardy i prozaiczny, a przecież tak łatwo owinąć go wokół palca.
      Przyznam się Wam, Aniu i Mario, do dziwnie odczuwanego patriotyzmu lokalnego. Otóż w postrzeganiu ładnych miejsc za granicami przeszkadza mi świadomość bycia nie u siebie.
      Tak, ładne te skały, ten widok, ale to czeskie, nie nasze, nie moje – tak mi się myśli. Czasami nawet odczuwam żal (ale do kogo??) o usytuowaniu za granicą i chciałbym przenieść miejsca do nas, do Polski. Niezbyt to logiczne, ale tak czuję.

      Usuń
  3. Krzysiek, Ty wskazałeś na zgrabną dziewczynę. Pamiętasz, w przejściu ona pierwsza nas pozdrowiła?
    Dzisiaj coś sobie uświadomiłem. Widziałem podobną w Legnicy i przypomniałem sobie, że kilka razy się z nią mijałem. Raz nawet szła z takim chłopczykiem, jak wtedy w Starym Książu. Może to ta sama?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ot, nasz los! Kiedyś po prostu podrywało się dziewczynę, teraz możemy sobie popatrzeć.
      Kurcze blade.

      Usuń
    2. Rada by dusza do raju...

      Usuń
  4. Bardzo, bardzo lubię Góry Wałbrzyskie, bardzo lubię też Trójgarb i, na przekór wszystkim, nawet samej sobie, ubolewam, że postawiono tam wieżę widokową. I już tłumaczę, dlaczego - bo będą, a nawet już są, tłumy w miejscu, w którym spotkać kogoś poza weekendem na szlaku było sztuką! A nawet w soboty i niedziele, widziało się mało kogo i to własnie, poza urodą miejsca, przyciągało takich ja ja i mój mąż. Było i się skończyło; zadepczą i zaśmiecą Masyw pseudo turyści - obym się myliła! Już teraz brak miejsca dla parkujących samochodów, a co będzie latem? Do tego zalew w Bogaczowicach, za chwilę władze gminy znajdą jakąś nową atrakcję, która przyciągnie żądnych igrzysk, i wiem, że marudzę, że przecież chodzi o to, żeby chodzić po górach, tylko dlaczego tak mało dba się o edukację turystyczną?
    No, zła jestem, choć sama lubię miejsca i wieże widokowe, ale żeby tak w tłumie? To nie.
    Cieszę się, że znalazłam Twój blog. No i gratuluję książki.
    😊

    OdpowiedzUsuń