Moja książka

O wydaniu książki

011216 Od wielu lat błądziła po mojej głowie myśl o wydaniu jakiejś części moich tekstów, ale było tak, jak często u mnie, czyli tak, ...

piątek, 23 stycznia 2015

W deszczowy dzień


Cały mój dzisiejszy plan, to szwendanie się po Sokołowskich Wzgórzach.

Po miesięcznej przerwie w wyjazdach tak bardzo brakowało mi wędrówki, że nie chciałem słuchać informacji synoptyków zapowiadających wyjątkowo brzydką pogodę.
Eee, pewnie znowu się pomylą – mówiłem sobie, ciesząc się wyjazdem jak dziecko nowym dniem.
Im jestem starszy, tym bardziej zazdroszczę dzieciom intensywności radosnego przeżywania. Dla dziecka nie ma jutra ani wczoraj – jest tylko obecna chwila rozciągnięta w czasie całego dnia, chwila pełna zachłyśnięć, zdumień i fascynacji; radości wolnej od zmartwień wyprzedzających swoje powody, jak to się dzieje u dorosłych. Dziecko potrafi cieszy się drobiazgami: ślimakiem chowającym rogi, bajką czytaną przez ojca czy psem merdającym ogonem – dorosły rzadko kiedy to potrafi. Nam mało, my potrzebujemy czegoś więcej żeby się cieszyć, a że więcej nie mamy, cieszymy się rzadko. W swoim zaślepieniu, w mniemaniu swojej mądrej dorosłości, posunęliśmy się do uznawania radości dziecka za mało wartościową; „dziecinna”, mówimy, co w naszych ustach potrafi brzmieć lekceważąco, a przecież dziecko umie to, czego my już nie umiemy, lub potrafimy tylko czasami: potrafi cieszyć się życiem swobodnie, naturalnie, bez wspomagania się intelektem i filozofią, które tutaj są protezami.
W piątkowe popołudnie chyba coś mi się przypomniało z tamtych odległych już czasów, bo cieszyłem się i radosną myślą obejmowałem mój czas. Wędrówka rozmokłymi drogami, wśród zapłakanych wzgórz, słuchając szumu wiatru i werblu deszczu na kapturze, taka wędrówka wydała mi się pociągająca. Potrzebowałem jej.
Po raz pierwszy zaspałem. Ustawiłem telefon na budzenie o 3.30, ale zapomniałem, że wcześniej kazałem mu budzić mnie tylko w dni robocze. Czy mogę mieć pretensje do telefonu, skoro sam namieszałem mu w jego krzemowym móżdżku wydając sprzeczne polecenia? Przecież nie. Synoptycy tym razem nie pomylili się: gdy jechałem padało, gdy wyszedłem na szlak, lało. Co prawda okulary schowałem już po kilku minutach, bo przez zamoknięte szkła widziałem mniej niż bez nich, ale na stopach miałem buty, które jeszcze nigdy nie przemokły, zwykle noszoną wiatrówkę zamieniłem na płaszcz przeciwdeszczowy, no i w końcu mogłem wypróbować nieprzemakalne rękawice z demobilu - byłem przygotowany do deszczowej wędrówki.
Samochód zostawiłem przy szkole w Sokołowcu i poszedłem na Skąpą. Byłem tam niedawno, ale że w planach miałem poznanie ścieżek Sokołowskich Wzgórz, więc i ich bliską sąsiadkę, a moją znajomą, postanowiłem odwiedzić. Gdy byłem tutaj po raz pierwszy, góra pokazała mi się w słońcu, w ciepłych brązach i zieleniach, dzisiaj była smutna i przygaszona, ale ładną była nadal.
Rzeki wezbrały, potoki hałaśliwe pędziły zmętniałe wody, na brzegach pól, pod miedzami, a nierzadko po prostu w koleinach dróg, pojawiły się deszczowe strumyki. 


Wszędzie tam, gdzie wypłaszczone pola uniemożliwiały odpływ wody, utworzyły się szeroko rozlane kałuże odbijające szare, zapłakane niebo. 


Przeciąłem pole - tłusta, lepka ziemia oblepiła mi buty, każdy z nich ważył tonę – i wszedłem w las. Zboczami wzgórz biegnie droga, w części jest to garbaty dukt leśny, w części wyrównana szutrowa droga, a opasuje wzgórza z trzech stron, zaczynając się i kończąc w Sokołowcu. Biegnie blisko granicy lasów, nierzadko widać z niej rozległe widoki – od Wielisławki aż po Sądreckie Wzgórza. 



Deszcz przestał padać, przejaśniło się. Niebo, rano rozmyte, nijakie, szare i płaskie, teraz nabrało ostrej wyrazistości. Nad głową miałem niekończące się szeregi mięsistych, przestrzennych bałwanów, które wydawały się być granicą oddzielającą dwa światy. Nad nimi świeci słońce – pomyślałem; przypomniały mi się chwile zachwytu, gdy lecąc samolotem, z góry oglądałem morze takich mięsistych bałwanów oświetlonych słońcem.
Teraz byłem pod chmurami, słońca nie widziałem, ale powietrze nabrało takiej przejrzystości, że w którejś chwili zobaczyłem na horyzoncie ostatnie szczyty wschodniego pasma odległego o około 15 kilometrów.
Mężczyznę siedzącego na brzegu drogi spostrzegłem dopiero wtedy, gdy przywitał się ze mną – tak rzadko widuje się ludzi na kaczawskich drogach, że nie spodziewałem się spotkać kogokolwiek... A może tak zamyślony szedłem… A może taki gapa ze mnie… Rozmawialiśmy chwilę, okazał się być zbieraczem kamieni. Pokazał mi swoje znaleziska: garść uszkodzonych geod, parę złomków agatów, nic wartościowego ani nawet specjalnie ładnego, ale właśnie dlatego ujął mnie ten człowiek swoją pasją i poszukiwaniem. Życzę mu agatów wielkości bochna chleba.
Nie tylko na Sokołowskich Wzgórzach widzę wiele nowych dróg leśnych budowanych przez leśników; wiadomo po co - dla wywozu drewna z lasu. Wiem, że sporą część tego drewna sprzedaje się za granicę, co napawa mnie obawami: czy nie jest tak, że dla szybkich, doraźnych korzyści, teraz i w przyszłości tracimy i będziemy tracić więcej? Las pełen rosłych drzew jest nie tylko niezastąpionym źródłem życiodajnych dla ludzi procesów, jest też domem dla niepoliczonych gatunków zwierząt i roślin, którym my, mając się za panów Ziemi, winniśmy opiekę. Musimy pamiętać o tym, że las może istnieć bez nas, my bez lasu nie bardzo.
Wielkie, stare drzewa, są dla mnie po prostu piękne swoją magią i swoim majestatem. Właśnie tak – majestatem: wiele jest miejsc na Ziemi, które chciałbym zobaczyć, wśród tej mojej elity jest las sekwoi olbrzymiej – drzew, których ogromu trudno sobie wyobrazić, drzew, które są największymi żywymi organizmami na Ziemi. Kiedyś, gdy ten niby oczywisty fakt życia drzew w pełni dotarł do mnie, był odkryciem. Od tamtej pory inaczej patrzę na drzewa.
Dzisiaj, w pochmurny dzień styczniowy, las widziałem uśpiony, nagi, z niewielką ilością kolorów, ale, jak to często u mnie, spod tych zimowych obrazów przebijał się obraz innego lasu –  zielonego, eksplodującego swoją siłą witalną, tętniącego życiem, pachnącego i uśmiechniętego - obraz malowany słońcem i moją tęsknotą.
W drzwiach „Zaczarowanego Ogrodu” w Proboszczowie, gospodyni domu przywitała mnie uśmiechem.
Uśmiech kobiety bywa podobny do słońca – ma zdolność rozjaśniania świata.



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz