Moja książka

Góry Kaczawskie słowem malowane

250619 Miałem okazję poznać świętokrzyskie drogi i tatrzańskie szlaki, przemierzałem łęczyńskie bagna i podlubelskie lasy, spędziłem ki...

piątek, 23 stycznia 2015

Styczniowy dzień łazęgi kaczawskiej


Wieś Sokołowiec, Rakarz, Wielisławka, Czerwona, Brzozowa Droga, wieś Nowy Kościół, Sokołowiec.


Najwyraźniej przejęty wczorajszym zaspaniem, obudziłem się sam, od razu czujny i wyspany; sięgnąłem po telefon, wskazywał północ. Z ulgą, ale i ze zdziwieniem, opatuliłem się kołdrą i usnąłem. Dla odmiany: gdy już budzik zadzwonił o właściwej porze, czułem się bardzo niewyspany. Leżałem chwilę wsłuchując się w ciszę nocy – nie padało, stwierdziłem z ulgą. Wypiłem mocną kawę, założyłem inne buty, lżejsze, wrzuciłem wszystko do plecaka, zgasiłem światło i świecąc sobie latarką, cicho – żeby nie budzić gospodarzy - wyszedłem do samochodu. Pierwsza, ledwie widoczna, szarość świtu przełamywała czerń nocy.

Kilka minut później, parkując pod sklepem w Sokołowcu, w półmroku, macając sprzączki, założyłem stuptuty, zarzuciłem plecak i poszedłem w stronę początku drogi, do której niewiele dalej dołączał żółty szlak prowadzący w stronę Wielisławki. Ta góra była i moim celem, ale nim poszedłem ku niej, zboczyłem ze szlaku, chcąc odwiedzić źródło strumienia płynącego Piekiełkiem i spojrzeć na ładne stoki Owczarni i sąsiednich wzgórz. Wiodła mnie tam także ciekawość: czy dobrze zapamiętałem usytuowanie leśnej drogi zaczynającej się na brzegu pola i prowadzącej do rozstaju dróg w pobliżu źródła. Z satysfakcją dowiedziałem się, że pamiętałem. Szedłem dłuższą chwilę w dół strumienia nim w końcu zawróciłem, wszak planowałem zatoczyć spore koło inną trasą, a styczniowy dzień wiele czasu nie daje.


Znaki szlaku są rzadkie i mało widoczne, często szedłem według orientacji, nie mogąc znaleźć oznaczeń, ale trudno byłoby zgubić drogę, skoro Wielisławka górowała przede mną.

Chciałem zapytać kogoś o usytuowanie jaskini, ale pusto było na ścieżce opasującej podnóże góry, a wcześniej nie pomyślałem, żeby dowiedzieć się szczegółów w internecie. W rezultacie myszkowałem tu i tam po zboczu w pobliżu młyna, zakosami wchodząc coraz wyżej po stromym tam zboczu, w końcu, widząc nad sobą ostro sterczące skały, zapomniałem o jaskini. Drapałem się pod górę, chwilami ziemia osuwała mi się spod nóg, mijałem rachityczne drzewa i omszałe słupy bazaltu, w końcu doszedłem do grupy skał, z których rozpościera się ładny, chociaż ograniczony drzewami, widok w kierunku zachodu. Na krzywym i wyszczerbionym łbie skały sterczały, nachylone nad przepaścią, powykrzywiane wiatrami, drzewka malownicze niczym bonsai.




Nieco wyżej trafiłem na drewnianą barierę zabezpieczającą półkę widokową pod szczytem; kiedyś stałem przy tej barierce i patrząc w dół stromego zbocza, nie bardzo wyobrażałem sobie wejście nim; dzisiaj okazało się to dość łatwe i bezpieczniejsze niż się wydawało. Minąłem pierwszy szczyt i będąc już blisko mojego ulubionego miejsca na Wielisławce, zrezygnowałem z dalszego poszukiwania jaskini, zostawiając jej odnalezienie na innych dzień.

Stałem na granicy lasu i pól, w miejscu znanym i parę razy odwiedzanym, chłonąc magiczny dla mnie urok tego miejsca. Kątem oka widziałem ostatnie drzewa, ich wychylone gałęzie widoczne na tle nieba były ramą obrazu i pierwszym planem; najdalszy plan, tylko odrobinę niżej i jednocześnie wiele kilometrów dalej, był niebieską linią gór dotykających horyzontu.


Trudno mi dojść przyczyn mojego zauroczenia; jakaś jego część mieści się w nagłej zmianie perspektywy, w miejscu, w którym mijane o krok drzewa zostają za mną, a przede mną wyłania się ogromny przestwór. Właśnie to nagłe otwarcie, ten punktowy przeskok pola widzenia od metrów do kilometrów, jest czarodziejski.

Za Wielisławką szlak jest tak słabo oznaczony, że gdybym nie wiedział gdzie biegnie, miałbym kłopoty z jego odnalezieniem; może warto by odnowić oznaczenia?..

Zgodnie z planem poszedłem żółtym szlakiem za Czerwoną (dziwna nazwa góry…), a tam, na brzegu rozległej i ładnej widokami plany, wszedłem na lokalny szlak niebieski. Zatrzymam się tutaj na chwilę: nim wyszedłem na polanę, usłyszałem huk bliskich wystrzałów, krótko później zobaczyłem myśliwego proszącego mnie o zatrzymanie się z powodu polowania.

Bo chodzę tam, gdzie oni polują – usłyszałem.

Czy ci ludzie mają te lasy za swoje własne? – pomyślałem.

Nie – odpowiedziałem myśliwemu - wy polujecie akurat tam, gdzie ja chodzę.

Na brzegu polany stało kilka samochodów terenowych, myśliwych było kilkunastu, każdy z nich dźwigał na plecach wielką armatę. Czy aż tyle jest zwierzyny w tych lasach?

Według mojej mapy leśny dukt oznaczony na niebiesko ma swoją nazwę: Brzozowa Droga, a wiedzie przez miejsce zwane Skalny Stół. Brzóz nie ma tam wiele, chociaż wiele jest dużych drzew. Takich, przy których zwykle zatrzymuję się i patrzę na nie z przyjemnością. Na początku tej drogi, na brzegu lasu, rośnie buk pomnikowych rozmiarów. Wysoki, umięśniony, wznosi swoje liczne, mocne i guzowato naprężone konary, pewny podstawy swoich potężnych korzeni. Robiłem mu zdjęcia tak, jakby był modelką na wybiegu.

Nieco dalej dowiedziałem się, na co polowali myśliwi. Otóż przy drodze stoi ich duży szałas, przed nim miejsce na ognisko; wokół niego leżały dziki, lis, sarna i jeleń patrzący na mnie martwym wzrokiem… Wiem, że człowiek, naruszając naturalną równowagę między roślinożercami a drapieżnikami, wziął na siebie rolę tych drugich; wiem, że siejąc na przyleśnych polach kukurydzę, tą spiżarnią kusi zwierzynę ze szkodą dla swoich interesów, wiem to wszystko i rozumiem, ale to, co robią ci ludzie, nie jest myślistwem, lecz zwykłą egzekucją. Myśliwymi byliby wtedy, gdyby podchodzili zwierzynę na odległość strzału z łuku, a jeszcze lepiej na rzut oszczepem, a nie wtedy, gdy przykładają do oka sztucer z lunetą, broń, którą mogą zabijać z odległości setek metrów nie trudząc się wcale.

Z lasu wyszedłem pod wsią Nowy Kościół, tam znalazłem drogę prowadzącą na zachód i w ten sposób, nieco okrężną drogą, zacząłem powrót. Szedłem polną drogą wysadzaną drzewami, po lewej zostawiłem wzgórze Buczynka, nie skręciłem ku niemu, pora była zbyt późna, a nieco dalej droga skończyła się w nurcie wezbranej Czermnicy. Potok miał trzy – cztery metry szerokości, wysokie na ogół brzegi, był nie do przejścia ani nie do przeskoczenia. Mapa pokazywała mostek oddalony o blisko dwa kilometry na południe, więc w dobrą stronę, ale jak iść takimi chaszczami? No i dlaczego mam rezygnować z ekscytującej przeprawy? Szedłem, a właściwie przedzierałem się brzegiem szukając miejsca do przejścia: mielizny, może wystających z nurtu kamieni lub pni drzew. Zwalone drzewa były, ale leżały wysoko, parę metrów nad nurtem, podparte innymi drzewami, mielizny ani kamieni nie było, jedynie w zakolach znajdowałem plastikowe butelki popychane nerwowym nurtem. 


W końcu doszedłem do drzewa nadającego się na most. Idealne nie było, bo skosem leżące w wodzie i oślizłe, ale udało mi się przejść po nim na drugą stronę. 


Jeszcze tylko wyminąłem bagniste rozlewisko i wyszedłem na otwartą przestrzeń pól. Zmierzchało się. W chwilę później zorientowałem się w pomyłce: to nie zmierzch, a czarne chmury gnane silnym, chwilami porywistym, wiatrem. Sypnęło śniegiem, szybko naciągnąłem kaptur, na szczęście wiało z boku. Trzymany na pasku kij ustawił się skosem do wiatru, który chwilami chciał mnie przekręcić na bok napierając na plecak. Widoczność pogorszyła się bardzo: przez białą kurzawę widziałem kilka najbliższych drzew, wydawały się bardziej czarne niż były, za nimi majaczyło coś niewyraźnego, dalej nie było już nic. Drogę pod nogami jednak widziałem, więc szedłem, ze zdziwieniem stwierdzając, że podoba mi się ten marsz, ta pogoda i ten krajobraz. Cóż takiego pociągającego czy ładnego miałoby być w tym jeszcze bardziej poszarzałym świecie, w śnieżnej zawiei? Nie wiedziałem i w tym właśnie przyczyna zdziwienia. Dużo później, już po powrocie, przyszła mi do głowy myśl, że obok naturalnego uroku przyrody, w tamtych chwilach bardziej dzikiej i surowszej, a więc ładniejszej, jakąś rolę w moich odczuciach odegrało bezpieczeństwo i wygoda: co prawda było zimno i wietrznie, widoczność niemal zerowa, wszędzie błotnista ziemia lub kałuże, ale jednocześnie było mi sucho i nie marzłem, dwa kilometry dalej zaczynała się szosa, a niewiele dalej czekał na mnie mój samochód. Czy inaczej odbierałbym uciążliwości tamtej aury, gdybym miał całe dnie wędrówki przed sobą i spanie w namiocie? Nie wiem…

Może nie, gdybym miał odpowiednie wyposażenie, nie musiał się śpieszyć i mógł iść tam, gdzie oczy mnie poniosą, bo odczuwany urok ma dwa źródła: pierwszym jest obcowanie z przyrodą, drugim samo wędrowanie, w którym nie cel jest ważny, a droga. Ta może być umorusana, pod burym niebem i nagimi, czarnymi drzewami, wśród szarych pól lub pożółkłych traw, ale przecież nadal jest tą drogą, która tak skutecznie woła mnie ku sobie, obiecując wspólne dojście do horyzontu.


3 komentarze:

  1. Krzysiu, przypadkiem wpadłem na relację pewnego kierowcy Iveco, który Sokołowiec nazwał wiochą. Ale Twój imiennik pod koniec swego opowiadania się zrehabilitował. Jeżeli będziesz miał cierpliwość, to jego filmowe opowiadanie możesz obejrzeć tutaj

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Aaaa, jeszcze jedno. Ten kierowca (również Krzysztof) prezentuje swoje zawodowe umiejętności.

      Usuń
    2. Kierowca zaparkował tam, gdzie ja zwykle parkuje, właśnie pod sklepem. Janku, zauważ, jak wyraźnie widać odmienność w widzeniu miejsca w zależności od miejsca zamieszkania i miejsc, w których przebywamy. Dla kierowcy była to jakaś wioska, jego wspomnienia zapewne nie będą dobre ze względu na trudny wjazd i wyjazd, pogodę, ten wieczór spędzony w kabinie. O Ostrzycy tyle wie, że jest taka góra, ale zapewne nie szukał informacji o atrakcjach, tylko same google mu je wyświetliły; tak robią w czasie przeglądania dróg na google maps.
      A obok mieszkają ludzie, dla których ta wioska jest swojska, oglądana codziennie, to ich strony, ich miejsce.
      Często przychodzą mi do głowy tego rodzaju myśli w czasie podróży.
      Umiejętności na pewno ma lepsze do moich, bo co prawda potrafię manewrować klasycznym tirem, czyli ciągnikiem siodłowym z naczepą, ale nie wychodzi mi to tak zgrabnie, jak zawodowym kierowcom.
      Ciasnotę dróg poznałem jeżdżąc tirem w Anglii. Nierzadko jechałem „na styk”, jak to się mówi, gdy mija się z innym samochodem na grubość lakieru. O ile do jazdy lewą stroną przywykłem szybko i łatwo, do tej ciasnoty nie.

      Usuń