Moja książka

Góry Kaczawskie słowem malowane

250619 Miałem okazję poznać świętokrzyskie drogi i tatrzańskie szlaki, przemierzałem łęczyńskie bagna i podlubelskie lasy, spędziłem ki...

środa, 3 lutego 2016

Gdzie chęć poniosła


310116

Do końca sezonu coraz bliżej, jeszcze tylko kilka wyjazdów, muszę więc zdążyć nasycić się, nachodzić i napatrzeć; zmęczyć się na szlaku, zasapać na podejściu, wrócić do samochodu na drewnianych nogach i z ulgą usiąść w fotelu mając poczucie dobrze spędzonego dnia. Muszę, bo czasu coraz mniej, a pragnień więcej.

Dzisiaj nie obawiałem się przejazdu przez Przełęcz Rząśnicką, szosa była czarna, a temperatura dodatnia. W drodze okazało się, że mimo wielokrotnego doświadczania zmian aury ze wzrostem wysokości, nadal mam trudności z wyciąganiem wniosków z tej wiedzy. Minąłem Złotoryję, samochód raz i drugi lekko zatańczył, a gdy przyśpieszając na prostej dodałem zbyt dużo gazu, przednie koła straciły przyczepność. Zwolniłem, parę razy sprawdzałem stan drogi hamując - było bardziej ślisko niż tydzień temu. Na podjeździe pod przełęczą, tuż przed ostrym skrętem, po lewej otwiera się między drzewami daleki widok na wschód; kiedyś przez mgnienie oka widziałem tam wschodzące słońce w cudnych kolorach, dzisiaj mignęły mi pierwsze ślady (mazy, jak mówi moja znajoma) barw jutrzenki na zimnym, niebieskim niebie zimowym. Te pierwsze, tak nieśmiałe, przytłoczone ciężkim i zimnym niebem, są najurokliwsze, są jak nikły uśmiech bliskiej kobiety po złych dniach. Na podjeździe nie ma gdzie się zatrzymać, a dzisiaj nawet nie odważyłbym się z obawy o późniejsze ruszenie pod górę. 
Tutaj jest to miejsce; w głębi widać Sokołowskie Wzgórza.
A tutaj widok na Chrośnickie Kopy po minięciu przełęczy.
Jechałem z duszą na ramieniu. Na białej szosie widać było ślady ledwie paru samochodów, drzewa z jednej strony też były białe, najwyraźniej nad ranem przeszła tędy burza śnieżna. Jednak nowe zimowe opony utrzymały przyczepność, a silnik potrafił wyhamować moją tysiąctrzystukilogramową landarę. Zjechałem i dojechałem.

Zaparkowałem na placyku w Płoszczynie, w miejscu poznanym tydzień temu, bo też i plan miałem podobny: poznać drogi i bezdroża wokół Stromca, ale i przejść dalej, w rejon trzech wzgórz. Udało mi się tak poprowadzić pętlę trasy, że nie wracałem po śladach, a trzecia jej część wypadała nieznanymi mi dróżkami, co mam za sukces poznawczy, skoro coraz trudniej znaleźć miejsca nieznane mi. Zachodnim zboczem Stromca poszedłem ku Płoszczynce, zamierzając przeciąć szosę i lasem dojść pod Skowrona, pierwszego z trzech bliskich sobie i mnie wzgórz; dwa pozostałe to Zadnia i Strzyżowa. Z każdego roztacza się odmienny widok, z każdego widać dwa pozostałe i całą drogę między nimi. Na świeżym śniegu nitka własnych śladów jest widoczna aż do chwili, gdy staje się nicią pajęczą i znika w oddali, biała na białym tle.

Szare niebo, niskie i brzemienne – co nie było, jak się wkrótce okazało, metaforą – zdawało się przytłaczać wzgórza wybielone świeżym, mokrym, lepiącym się do butów śniegiem. Nim doszedłem do wioski, zaczęło sypać. Pierwsze płatki opadały powoli, nieśmiało, następne już szybciej i śmielej, a kolejne pędziły z wiatrem wciskając się pod kołnierz na swoją szybszą zatratę. Naciągnąłem kaptur i rozejrzałem się. Kop odległych o niewiele ponad 2 km nie było widać, szczyt bliskiego Stromca ledwie dawał się odróżnić na tle nieba. Zdawało się, że domki wioski na zboczu przysiadły, wtulone w ziemię, chroniąc siebie i mieszkańców; śnieg osiadał na pniach drzew i na gałęziach świerków, szeleścił na kurtce, stroił uschnięte badyle nawłoci puchowymi koronkami. Po kwadransie szare chmury rozluźniły się, odsłaniając wysepki błękitu. 


Pojawił się wiatr, oziębiło się i to znacznie. Grube rękawice okazały się za cienkie, wyciągnąłem z plecaka drugą ich parę i kominiarkę, zapiąłem się szczelnie. Prawdziwą siłę wiatru poznałem na Skowronie: mogłem stać tylko tyłem do wiatru, szeroko rozstawiając nogi, ale i tak musiałem zejść szybciej niż chciałem, poganiany mroźnym wiatrem. W dolinie schowawszy się za pniem rosnącego tam dębu samotnika, piłem gorącą herbatę z sokiem malinowym, a smakowała wybornie. W drodze na następne wzgórze zaświeciło słońce. 


Będąc wyżej, w oddali, po drugiej stronie doliny, zobaczyłem rozległe zbocza wzgórz, wspomniałem rosnącą tam wielką lipę i w pierwszym odruchu chciałem iść do niej, ale Zadnia też kusiła.

Wydaje mi się, że cała ta dość okazała góra o stromym, niemal urwistym północnym stoku, jest prywatną własnością. Otaczają ją ogrodzenia, na szczycie widać liczne krowie placki, a niżej, od strony wioski, zobaczyłem stado karmione belami siana.





Nieskoszone trawy, uschnięte rośliny, kępy zarośli wokół podmokłych miejsc, przysypane były śniegiem układającym się w miniaturowe, błyszczące w słońcu, górki, ponad które wystawały niesforne wiechcie traw. W innych miejscach resztki zeszłorocznych roślin tylko oklejone były śniegiem; wyglądałyby jak skalne rumowiska, gdyby nie ich iście śnieżna biel – świecąca barwą słońca z jednej strony, z drugiej, w cieniu, mająca delikatnie niebieski odcień. Szedłem rozległymi łąkami.

Chciałem wrócić na Stromiec i pokręcić się po jego lasach, ale nie od razu. Zatoczyłem duży łuk idąc na południe od Zadniej. Są tam ładne, odkryte wzgórza przytulone do zbocza Wapiennej; lasy tej góry wydają się zsuwać po stromiznach zboczy, a na samym dole, głęboko schowane, płyną strumienie – wyraźnymi i krętymi łożyskami wyżłobionymi w skalistym podłożu, lub rozlewające w małe mokradła z kępami traw bagiennych i olsz. Chciałbym zobaczyć je wiosną, w porze kwitnienia kaczeńców, chociaż i dzisiaj, pod białym przykryciem, z ciemnymi plamami wody między śnieżnymi muldami, też wyglądały ładnie. Pod drzewami, nad strumieniem, zrobiłem przerwę. Piłem herbatę słuchając dźwięcznego szmeru strumyka, patrzyłem na wesołe, tańczące na wodzie refleksy słońca. Ciche, ładne i zagubione wśród wzgórz miejsce.

Już na stoku Wapiennej, a zmierzałem w stronę Stromca, zobaczyłem w oddali, w bok od mojej trasy, odkryte stoki i jakieś wzgórze, a że nie byłem tam jeszcze, do pierwszego zakola drogi dodałem jeszcze jedno. Zrobiło się tak ciepło, że dodatkowe rękawice, kominiarkę i jeden sweter zapakowałem do plecaka; do butów na przemian lepił się topniejący śnieg lub błoto, ale jakie to mogło mieć znaczenie wobec świecącego słońca, drogi i wzgórz przede mną?

Chodząc po górach, zwykłem nie zważać na błoto, mokry śnieg czy kałuże; nie z dziecinnej radości chlapania się, a z wygody i pewności dawanych przez dobre buty. Nieco a’ propos powiem, że podobną wygodę i swobodę odczuwam w pracy, ubrany w robocze drelichy: nie muszę martwić się o zabrudzenie ubrania.

Na południe i na zachód od Srebrnej jest kilka niewielkich wzgórz o urozmaiconych kształtach, w większości odkrytych, z kępami drzew lub krzewów różanych bądź głogowych, a więc wzgórz typowo kaczawskich. 


Jedno ominąłem; może specjalnie, chcąc mieć powód do szybkiego odwiedzenia tych stron?.. Rozdroże wśród pól, samotna brzoza, a przy niej krzew różany i kamień – idealne miejsce na chwilę odpoczynku. Siedziałem zapatrzony w obraz podsuwany mi przez wyobraźnię, obraz tego miejsca w maju, w porze kwitnienia róż; może w tym roku zobaczę kwitnący krzew na brzegu kaczawskiej dróżki?

Moja dróżka zmierzała w kierunku zabudowań Jeżowa, poszedłem tam chcąc zobaczyć jej początek, jednak okazało się, że zaprowadziła mnie pod zamkniętą bramę podwórza – jak i sąsiednia droga, również sprawdzona.

Często tak jest w tych górach. Tu i ówdzie znam przejścia opłotkami za linię zabudowy, ale czasami konieczne jest nadłożenie drogi, marsz wprost przez pola lub zarośla. Dopiero później znalazłem ogólnie dostępną drogę prowadzącą na szczyt Srebrnej, o żabi skok od bocznego wzgórza z ławką. Postawioną ją tam zapewne dla podziwiania rozległego widoku Kotliny Jeleniogórskiej z miastem, także Karkonoszy i Rudaw, oczywiście bliższych szczytów kaczawskich też. Mgiełka w powietrzu ukrywała najdalszą dal, jednak Sokoliki w Rudawach widziałem. Na południu, nad majaczącą ścianą Karkonoszy trwała bitwa między mgłą, zwalistymi, kłębiącymi się chmurami, a słońcem; jego promienie jakby siłą przebijały chmury świetlistymi sztychami niczym tamci filmowi wojownicy walczący świecącymi neonówkami.

Pod szczyt Srebrnej wiedzie polna droga a niżej uliczka, zszedłem nią do wioski, a tam wszedłem na inną, zmierzającą w stronę Stromca, chcąc lepiej poznać dróżki i ścieżki tej góry. Przeszkadza mi niewiedza biegu kaczawskich dróg. Wiem, że nie poznam ich wszystkich, ale ile będę mógł, tyle przejdę – nie tyle dla jakiegoś topograficznego poznania, ile dla nich samych i dla mnie, dla przyjemności wędrowania kaczawską drogą i poczucia swojskości, której nierzadko mnie, osobie żyjącej i pracującej w zmieniających się miejscach i z dala od domu, czasami brakuje.

Trzy razy przeszedłem z jednej strony góry na drugą, za każdym razem inną ścieżką. Poznałem drogi stromo pnące się na szczyt, ale i łagodnie trawersujące stromizny, a gdy między drzewami zobaczyłem szczytowe skały, długo się nie wahałem. Miałem rezerwę czasu, skały były nie wyżej niż 80 metrów nade mną, więc poszedłem. Warto było obejrzeć piaskowe skały pełne zakątków i załomów, występów i wnęk, niemal grot, a na nich i obok nich buki. 






W słońcu ich ołowiana kora wydawała się błyszczeć matowo, a korzenie - mięsiste, pewne swojej siły, pęczniejące guzami muskułów, mocne, a nawet mocarne, drapieżne, chciwe i zaborcze - po raz kolejny zrobiły na mnie wrażenie. Niestety, kory wielu buków są pokancerowane wyrżniętymi napisami; najwyraźniej sprawcom nie przyszło do głowy pisać sobie na czole, na przykład. Na pionowej ścianie spękanego piaskowca widziałem grube korzenie tych drzew wciskające się w szczeliny skały, a nawet przeskakujące wyrwy. Wdrapałem się wyżej małym kominem, żeby przyjrzeć się tym latającym korzeniom, a przy tej okazji znalazłem grotę; jest dość głęboka, ale zbyt wąska, żeby wcisnąć się do niej. Może za pięćset lat będzie schronieniem dla zbłąkanego wędrowcy.

Gdy wyszedłem z lasu, zbocza Kop po drugiej stronie doliny stały w świetle nasyconym kolorami zachodu. Wyraźnie widoczne, oblane intensywną barwą… szafranu?, pod czystym niebem, były piękne. Stojąc przy ostatnich drzewach jak w otwartej bramie doliny, gapiłem się, a gdy w końcu wyciągnąłem aparat, barw już prawie nie było. Zaczynał się zmierzch. Chwilę jeszcze patrzyłem na nitki dróżek biegnące stokami Chrośnickich Kop w górę, ku lasom i szczytom, nim wszedłem na znaną mi już drogę wiodącą do wioski.

9 komentarzy:

  1. Przykro mi bardzo, Krzysztof, że w tamtą sobotę musiałem Ci udzielić odmownej odpowiedzi i nie mogłem z Tobą pojechać.
    Zawsze, jeżeli komukolwiek muszę coś odmówić, jest mi okropnie przykro. Później długo mnie męczy moralny kac, nawet wtedy gdy nic nie zawiniłem. Nie lubię mówić: nie mogę, nie będę, nie potrafię...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cześć, Janku.
      Nie przepraszaj, przecież nie mogłeś jechać. W marcu odbijemy sobie.
      To ja mam przeprosić Ciebie: miałem przekazać Annie Twoje pozdrowienia i… zapomniałem. Więc przepraszam.
      Siedzę nad opisem wczorajszego dnia. Pogoda trafiła się słoneczna, chociaż wiało mocno.

      Usuń
    2. Zapomniałeś? To ja Ci tego nie zapomnę. Chyba, że postawisz lampkę brandy.
      Już nie mogę się doczekać marcowych wypraw.

      Usuń
    3. Oj, Janku, posmakowałbym brandy! Nie miałem w ustach tego trunku chyba z pół roku. Tak! Pamiętasz, rozmawialiśmy o piciu brandy, wtedy kupiłem, bo narobiłeś mi smaku. To było kilka miesięcy temu. Postawić mogę, ale kiedy wypijemy razem? Obawiam się, że nieprędko, wszak prowadzę samochód. Chyba że jesienią wybierzemy się na dwudniową łazęgę i wtedy. Lubię wyjazdy parodniowe, jest czas poczuć odmianę i zapomnieć o cywilizacji.

      Usuń
  2. Odpowiedzi
    1. Słyszałeś, Janku? Jednak udało mi się przekazać Ani Twoje pozdrowienia :-)

      Usuń
    2. No, dobrze, gniewam się trochę mniej i brandy nie jest konieczna. Jedno piwo wystarczy do zapomnienia.
      Aaa, miałeś wpaść na mój Wysoki Kamień...

      Usuń
    3. Och, Janku, Wysoki Kamień był daleko, za wysokimi górami.
      Mało znam Góry Izerskie, a ze znanej części widoki z tej góry zaliczam do najładniejszych. Na Wysokim Kamieniu byłem trzy razy, za każdym razem przy zupełnie odmiennej pogodzie: we mgle, w deszczu i w słońcu. Chciałoby się wybrać tam raz jeszcze, ale ten czas…

      Usuń
    4. Do Jana tematu:

      http://jan0101.blogspot.com/2016/01/jak-wysoki-moze-byc-kamien.html

      Usuń