Moja książka

Góry Kaczawskie słowem malowane

250619 Miałem okazję poznać świętokrzyskie drogi i tatrzańskie szlaki, przemierzałem łęczyńskie bagna i podlubelskie lasy, spędziłem ki...

czwartek, 25 kwietnia 2019

O jednym "momencie"

250419
Dostałem w prezencie ciekawą książeczkę, to wybór starożytnych anegdot z bardzo dobrym słowem wstępnym napisanym przez jednego z najlepszych naszych starożytników. Poczytuję ją w wolnych chwilach, a nie mam ich wiele, wszak trwa karuzelowy sezon. Chciałem napisać kilka zdań o tej lekturze, ale to później, teraz wezmę się za opis wędrówki. Tak, udało mi się dostać dzień wolny i wyrwać się spomiędzy karuzel na otwarte przestrzenie, jednak i ten tekst powstanie z opóźnieniem.
Wczoraj wspomniałem słowa Pierwszej Damy mówiącej o popularności „momentów” w książkach, o podnoszeniu przez nie rynkowej wartości powieści, i zaraz uświadomiłem sobie, że przecież i w moich tekstach są momenty.
Jeden z nich publikuję w nadziei na przeczytanie uwag i opisu wrażeń z lektury – jakie by one nie były.
Proszę o nie.
Parę słów wprowadzenia.
Rzecz jest o dwojga młodych ludziach, a akcja dzieje się we Wrocławiu i na Lastku, górze w paśmie Chrośnickich Kop w Górach Kaczawskich. Na Lastku, ponieważ właśnie na tej górze przyszedł mi do głowy pomysł na to opowiadanie.
Czas akcji: wiosna 1947 roku, później przeskok do 2014 roku i w kilku wspomnieniach przedstawiony szereg ich wspólnych lat. Czemu tak dziwnie? Bo lubię dziwności. Ona, w przeciwieństwie do niego, nie jest zwykłym człowiekiem, potrafiąc coś, co chyba należałoby nazwać przemieszczaniem się w czasie i przestrzeni, jednak ta jej cecha objawia się tylko dwa razy: na początku i na końcu ich historii. Na co dzień jest… może niekoniecznie przykładną żoną w tradycyjnym wyobrażeniu, ale na pewno niezwykłym muzykiem. Muzyka, obok miłości i gór, jest trzecim wątkiem opowiadania.
Może tyle wystarczy, teraz oddaję głos narratorowi.
* * * *

Całowaliśmy się. Ona inaczej całuje niż znane mi dziewczyny. Nie, wcale nie namiętniej czy bardziej zmysłowo, nie. Ta jej odmienność jest trudna do określenia jak wszystko u niej. Chwilami mam wrażenie, jakby całą siebie chciała zawrzeć w ustach.
– Jasiu, tak cudnie całujesz.
– Całą sobą chciałabym cię całować – szepnęła.
Zaniosłem ją do swojego pokoju.
Później zauważyłem, że lubi zanoszenie jej do łóżka.
– Czuję się jak królewna. Albo jak twoja branka – powiedziała mi kiedyś.
Objęliśmy się. Tonęła w moich ramionach, tonąłem w rozkosznym dotyku jej ciała. Całowaliśmy się w półmroku pokoju, w nienasyceniu, w zapamiętaniu, w nagości naszych ciał. Ogarnęła nas gorączka dawania i odbierania pieszczot, a za nią niecierpliwość plącząca nasze usta i dłonie. Gorączka niesłabnąca, a rosnąca wraz z tysięcznymi pieszczotami i domagająca się spełnienia…

Leżałem wsłuchując się w powolne wędrowanie jej ust po mojej twarzy. Ich dotyk sprawiał mi przedziwną przyjemność.
– Pocałuj mnie jeszcze – prosiłem, gdy podnosiła głowę i patrzyła na mnie. Przez chwilę widziałem jej uśmiech, a później czułem dotyk ust na powiekach.
W niej tkwi jakiś tajemny pierwiastek, który próbuję od tylu już lat znaleźć i nie potrafię, ale on jest, przecież czuję jego przyciąganie. Był czas, szczególnie w pierwsze nasze lata, gdy dopatrywałem się go w jej seksapilu. Och, nie!: nie wykorzystywała swojej kobiecej przewagi, nie prowokowała, nic z tego. Ona jest… nie wiem jaka. Naturalna w kochaniu? Też, ale jest jeszcze coś innego. Nie wiem co.
Zachowała do końca odrobinę swojego początkowego wstydu, nierzadko gasząc światło lub chociaż zasłaniając story, ale też potrafiła zachować czar świeżości i jeszcze podzielić się nim ze mną... Wiem!: jeśli ten jej pierwiastek miałby być tutaj, to raczej w sposobie dawania siebie. Ona tak się kocha ze mną, jakby tym jednym aktem chciała nasycić się na całe lata, jakby miał być ostatnim, jakby nic się nie liczyło poza daniem siebie do ostatniej cząstki.
Później, gdy umiała już swobodnie grać, tę samą cechę usłyszałem w jej muzyce i wtedy zrozumiałem, że dla niej miłość – do mnie i do muzyki – jest dawaniem siebie całej bez reszty, bez liczenia zasobu swoich sił. W tym szafowaniu sobą, w zachłystywaniu się miłością, nie ma beztroski (skoro ta wynika raczej z lekkomyślności lub z niedoceniania), a naturalne dla niej przekonanie o braku ograniczeń w niej samej. Jej nigdy nie przyszło do głowy pytanie o to, co da jutro, skoro dzisiaj da wszystko. Daje wszystko i zawsze ma wszystko.
Początkowo myślałem, że jest w niej dążenie do perfekcji, że po prostu jest ambitna, ale szybko uznałem, że nie ma w niej za grosz takich dążeń, ponieważ ona jest dalej i wyżej. To, co brałem za przejaw dążenia do doskonałości, nie jest u niej intelektualnym wyborem, a najzupełniej pierwotną radością życia i pragnieniem wzięcia od niego wszystkiego, co tylko dać może.
Jest też szacunkiem doń i wdzięcznością za możliwość przeżywania.
Niemal żadne z tych mnogich celów, do których ludzie dążą w życiu, nie pociągają jej na tyle, aby kłopotać się o ich osiągnięcie. Muzyczne sukcesy oczywiście cieszą ją, ale do swojej popularności w świecie muzycznym podchodzi z dystansem, jakby z przymrużeniem oka; o pieniądzach chyba już pisałem. Zachłanna jest jedynie na przeżywanie. Tyleż razy mówiła mi o górze usypywanej przeze mnie na jej ramionach, ale wszystkie miłe dla niej moje słowa, gesty i czyny, są ledwie wzgórkiem wobec góry przeżyć jakie ona sama zbiera zewsząd i zgarnia do siebie, nienasycona.
Odbiegłem od tematu, wracam więc do jej tajemnicy.
Później, gdy byliśmy już małżeństwem, dopatrywałem się jej tajemnicy w gracji gestów, w uroku ruchów jej ciała. Gdy nie było Jasi tak długo, gdy szukałem jej, nie tyle nasze noce mi się śniły, co urzekające piękno jej dłoni trzymającej smyczek.
Odchyla głowę odsłaniając szyję… zamyślona bezwiednie bawi się końcem swojego warkocza… urywa z kiści winogron jeden owoc i niesie go do ust… wyciąga dłoń ku kwiatom rosnącym na brzegu górskiego strumienia… dłonią podpiera brodę patrząc na mnie i uśmiecha się kącikami ust, a ja patrzę na nią i czuję, że opuszcza mnie napięcie całego dnia i wszystkich jego kłopotów.
W końcu doszedłem do wniosku, że przecież niemożliwością jest, żeby samymi gestami tak mnie oczarowała, i w ten sposób, nie doszedłszy do źródła jej siły, znowu wróciłem do punktu wyjścia moich rozmyślań nad jej tajemnicą. Odkryłem ją dopiero wtedy, gdy spojrzałem na zapłakaną twarz Jasi w chwili znalezienia jej na Lastku: ja ją po prostu kocham.
Kocham nie za to, że ma takie czy inne przymioty, ale za to, że jest, a kochając, podziwiam taką jaką jest.
* * * * *


Streszczenie




Młody mężczyzna, wędrując po swoich ulubionych górach, w nader dziwnych okolicznościach spotyka dziewczynę, którą po jej usilnych prośbach zgadza się zabrać ze sobą. Szybko zbliżają się do siebie, ale wtedy okazuje się, że dziewczyna jest postacią wymyśloną, istniejącą tylko w wyobraźni mężczyzny. Jednak pewnego ranka budzi się i widzi ją – współczesne wcielenie Galatei Pigmaliona.
Ich dalsze losy są historią udanego małżeństwa pokazanego w kilku wspomnieniach mężczyzny, ale dobry czas trwa tylko do chwili, w której kobieta zaczyna podejrzewać, że jest fantazją swojego męża istniejącą li tylko w komputerowym pliku. Po jego skasowaniu kobieta znika, rozpływa się w powietrzu. Jej mąż i jednocześnie narrator uświadamia sobie, że tak naprawdę wcale nie ma pewności istnienia żony, a tym samym i realności wspomnień. Jeden tylko do niej należący przedmiot, jedna rozmowa telefoniczna, pozwalają mu wierzyć w istnienie kobiety i każą szukać jej w górach, w których po raz pierwszy ją zobaczył. Albo wyobraził sobie, ponieważ pewności nie ma do końca.
Parę delikatnych opisów erotyki, muzyka klasyczna i nieco gór uzupełniają powieść.
Dodam tylko, że historia kończy się dobrze.

13 komentarzy:

  1. Cóż, tak jak Ci kiedyś mówiłam, Twoje opowiadania spodobałyby się czytelniczkom :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję, Anno. Żeby jeszcze podobały się facetom z wydawnictwa...

      Usuń
    2. To trzeba znaleźć wydawnictwo kobiece! np "Szara godzina", "Wydawnictwo kobiece", itp.

      Usuń
    3. Dziękuję, Aniu. Mnie czasami trzeba dać kopa dla ruszenia z miejsca.
      Byłem na stronie wydawnictwa Szara Godzina, po zapoznaniu się z profilem uznałem, że owszem, można spróbować, ale sprawa upadła po przeczytaniu warunków: tekst nie może być mniejszy niż 8 arkuszy, czyli 320 tysięcy znaków. Moje opowiadanie ma 140 tysięcy. Mógłbym dość łatwo dodać kilka czy kilkanaście tysięcy, ale nie blisko dwieście, bo wymagałoby to całkowitej przebudowy i rozbudowy tekstu.
      Natomiast Wydawnictwo Kobiece nie określa wielkości tekstu, więc w najbliższych dniach wyślę opowiadanie.
      Wygląda na to, że powinienem poprawić swoje dwie duże powieści i wysłać do tych wydawnictw, ale to już chyba na emeryturze. Teraz naprawdę nie mam kiedy.
      Aniu, dziękuję Ci bardzo raz jeszcze.

      Usuń
    4. Aniu, wyjątkowy dzień mam w pracy: pada deszcz, a że robotę mam tylko na dworze, mam wolne, czekam na koniec deszczu. Oczywiście włączyłem laptopa. Napisałem wymagane streszczenie powieści (dodałem je wyżej, na końcu tekstu) i wysłałem ofertę do Wydawnictwa Kobiecego. Znalazłem jeszcze Wydawnictwo Psychoskok (dziwna nazwa), zdaje się, że mogą chcieć pieniędzy, ale wyślę i do nich. Może nie zechcą?

      Usuń
    5. Mogę Ci wysłać jeszcze kilka typowo babskich wydawnictw, których książki recenzuję ;) I trzymam kciuki :)

      Usuń
    6. Dziękuję za kciuki. Tekst wydaje mi się za krótki, chyba nawet stu stron nie będzie, ale spróbować trzeba.
      Przyślij, Aniu, przyślij. Miałem Cię o to prosić, ale jakoś nie miałem śmiałości...

      Usuń
  2. Czy mogę porównać?
    Subtelność opisów z Twojego opowiadania, zmysłowość w porównaniu z dzisiejszą dosadnością, dosłownością, fizycznością, a nawet ordynarnością jest jak świeży powiew nad brudnym oparem; może dziś nikt już tak nie pisze?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję, Mario. Zgrabnie wyraziłaś słowami swoje wrażenie, więc cieszę się podwójnie: z powodu formy i treści.
      Na pewno nie ja jeden tak piszę, zapewne w wielkim zalewie wydawanych książek są subtelnie napisane miłosne historie, tylko popyt na nie jest mały.
      Wspominam dobre audycje w dawnej telewizji, takie na wysokim poziomie, teatr telewizji na przykład. Nawet audycja typowo rozrywkowa, Wielka Gra, prowadzona była zupełnie inaczej. Pamiętasz? A co teraz? Błyski kolorowych reflektorów, szybkość, dzianie się, przebojowość – i tak aż do prostactwa i nachalnego zwracania na siebie uwagi. To się podoba i dlatego jest. Podobnie w powieściach. W cenie jest sensacja, wartka akcja, pieniądze, najlepiej duże i sukces, a opis seksu ma być realistyczny, z detalami. Też tak potrafię pisać, każdy facet potrafi, tyle że dla mnie byłaby to pornografia. Nie potępiam takich tekstów, wśród moich zbiorów też znalazłbym takie, ale wstydziłbym się je publikować. Inni się nie wstydzą. Cóż, widać, że parcie na sukces przeważa wstyd.
      Wstyd i smak.
      Tutaj docieram do ważnej kwestii. Otóż o ile za komuny wydawano także pozycje wartościowe nie oglądając się na zysk, o tyle teraz, gdy wydawnictwa są firmami mającymi przynosić dochód, nikt nie zwraca uwagi na wartości estetyczne i literackie, na smak. Wydadzą wszystko, każdą bylejakość, jeśli tylko pozycja przyniesie dochód. W ten sposób nie tylko odmawia się wydania książek jakiemuś tam Gduli (gdybym był znany, wydano by wszystko, co napisałem), ale i kształtuje mizerny gust literacki społeczeństwa.

      Usuń
  3. Dawno temu spytałem pewną dziewczynę
    - Kochasz mnie?
    - Och, bardzo - usłyszałem jej szept i na moim uchu poczułem jej usta.
    - A ca co mnie kochasz?
    - Nie kocha się za coś, kocha się dlaczegoś - odpowiedziała półgłosem i spojrzała mi głęboko w oczy.
    Jej głos i oczy wspominam do dziś.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Najwspanialsze, ale i najokrutniejsze, jest w takich wspomnieniach zatrzymanie się czasu. Na zawsze oboje jesteście młodzi, a świat otwarty, pełen obietnic, dróg i możliwości.
      Nie wiem, jak to właściwie jest z miłością. Dlaczego akurat on, ona, nie inni. Jednak odczuwam bunt na myśl o kochaniu jako swoistej nagrody za bycie takim, nie innym. Na przykład kochanie kobiety z powodu jej urody. Zgoda na zauroczenie urodą, na jej siłę przyciągania, a nawet na budzenie pożądania, ale nie miłości. Kochanie za bycie dobrym? Przecież też nie, wszak kochać można kogoś niedobrego, obojętnie jak się zdefiniuje tą cechę. Więc? Coś mi się plącze po głowie, ale to temat na wielką rozprawę. W największym skrócie powiedziałbym tak: kochamy tę kobietę, bo nasze drogi się zeszły i potrafiła poruszyć w nas pewne struny, więc w istocie dlatego, że jest.
      Pewna dziewczyna też zauroczyła mnie swoimi oczami. Widzę nadal jej spojrzenie, chociaż teraz, po blisko półwieczu, już tak na mnie nie patrzy.

      Usuń
    2. Krzysiek, a może będzie miłość, góry i domek wśród skał tak jak tutaj?

      Usuń
    3. Czy ta piosenkarka jest znana? Pytam, bo pierwszy raz ją widzę i słyszę.
      W tekście piosenki jest jakoś tak: w dowód miłości listy śle.
      No tak, to musi być miłość, skoro śle listy, bo kto teraz je śle? Chyba że króciutkie i koślawe maile.
      Któregoś dnia myślałem, czy chciałbym mieć domek w górach przy założeniu posiadania odpowiedni pieniędzy na zakup czy budowę, i doszedłem do wniosku, że nie. Już nie. Żona nie chciałaby się przenieść, więc stałby pusty czekając na moje w nim przenocowanie. Albo na złodzieja. Lepiej wynająć pokój w agroturystycznym domu.
      O domku z kamienia i drewna, o paleniu w kominku lub o siedzenia na werandzie w ciepłą letnią noc, można sobie pomarzyć.
      I tyle.

      Usuń