Moja książka

Góry Kaczawskie słowem malowane

250619 Miałem okazję poznać świętokrzyskie drogi i tatrzańskie szlaki, przemierzałem łęczyńskie bagna i podlubelskie lasy, spędziłem ki...

poniedziałek, 29 kwietnia 2019

Piękny dzień wiosny

210419
Komarno, Ziemski Kopczyk, Maślak, Wysoczka, Trzmielowa Dolina, Ogier, Kobyła, Źróbek, Ulina, powrót podobną drogą do Komarna.

Powoli stają się tradycją moje wyjazdy na zbocza Maślaka i w Trzmielową Dolinę w pełni wiosny, gdy uda mi się wyrwać molochowi z gardła dzień wolny. Ładnych miejsc znam wiele w Górach Kaczawskich, jednak tam jest ich tak dużo, że wypełnić mogą cały dzień wędrówki otwartymi przestrzeniami. Zauważyłem też u siebie cechę, która w pierwszym wrażeniu może wydawać się dziwna: otóż im więcej razy jestem w jakiejś okolicy, tym bardziej mi się podoba i więcej chciałbym tam przebywać. Przyczyna jest jednak prosta, wszak z miejscem wiąże nas czas w nim spędzony i wspomnienia przeżyć, a w Trzmielowej Dolinie i w okolicy spędziłem sporo już czasu.
Jeszcze kilka dni temu zaryzykowałbym twierdzenie o poznaniu tam wszystkich zakątków, jednak okazało się to nieprawdą, z czego bardzo się cieszę.
Do dzisiaj nie miałem szczęścia do aury w swoje późne wyjazdy. Bywało, że w szeregu pięknych dni tkwił jeden chmurny i deszczowy – akurat ten jedyny, który mogłem mieć wolny od pracy. Ta zła passa została przełamana, ponieważ od świtu do zmierzchu widziałem słońce i błękitne niebo, a widoczność była bardzo dobra.
Oczywiście chytrość, czy może tęsknota dopiekająca po trzech tygodniach wędrówkowej abstynencji, kazały mi wykorzystać cały dzień, od świtu do zmroku. Niemal mi się udało: na szlak wyszedłem kwadrans przed wschodem słońca, wróciłem, gdy słońce trzymało się tylko paru najwyższych szczytów karkonoskich, a w dolinach zaczynał się zmierzch.
Z Maślaka i z Trzmielowej Doliny wschód słońca nie jest widoczny, poszedłem więc na płytkie siodło przełęczy pod Barańcem; może nawet zdążyłbym zobaczyć wyłaniania się naszej gwiazdy spod horyzontu, gdybym nie zechciał sprawdzić nieznanego mi przejścia. Kiedy odsłonił mi się rozległy widnokrąg, słońce stało dwa palce nad horyzontem. Stosuję tutaj starą jednostkę miary: wyciąga się rękę przed siebie na całą długość ramienia, i wtedy wystawiony palec jest miarą.
Widziałem te rzadkie i krótkotrwałe chwile poziomego światła o barwie mocno dojrzałej pomarańczy, widziałem brzozy do połowy stojące w mroku przedświtu, z górną połową oblaną barwami, które na zdjęciach wydają się nieprawdziwe, zbyt nasycone. Patrzyłem na wyraźnie widoczny odległy horyzont, na jak zwykle ładne połączenie oranżu światła z ciemnymi błękitami i granatami najdalszych gór, ale i na świeżą barwę traw świecących słońcem odbitym w kropelkach rosy.



Wróciwszy na zbocze Maślaka, po raz pierwszy skręciłem w dół zaraz za ostatnim domem, niżej dostrzegając faliste łąki i brzozy. W ten sposób odkryłem fragment nieznany mi, nieco ukryty za szpalerami drzew, sąsiadujący z omijanym do tej pory zboczem Wysoczki, górki, na której byłem wiele razy, zawsze jednak idąc z innej strony. Owszem, żadne odkrycie i nic wyjątkowego, ale ucieszyłem się znalezieniem tych miejsc zarówno dla nich samych, tak ładnych, jak i z powodu przyszłych odkryć możliwych nawet tam, gdzie, wydawałoby się, nic nowego nie ma już do poznania.
Widziałem dzisiaj rozległą brzezinę tak gęstą, że trudno byłoby nią iść, widziałem mniejsze i większe szpalery tych drzew, oczywiście w wielu miejscach rosnące samotne brzozy, natomiast najładniejsze z poznanych dzisiaj miejsc z brzozami jest podobne do znanej mi od dawna i zawsze odwiedzanej grupy brzóz rosnących na tym samym zboczy, tyle że wyżej i kilometr dalej: drzewa nie przeszkadzają sobie, rosnąc w odległości kilkunastu kroków od siebie. Pod nimi lekki, dziurawy cień niewiele zasłania słońce, między pniami widać dalekie widoki, długie gałązki brzóz lekko się kołyszą, słychać ich cichy, delikatnie szeleszczący szept. Wystarczy usiąść pod drzewem, oprzeć się o nie, patrzeć i słuchać.
Mam teraz dwa zagajniki do odwiedzania.

Gdzieś tam polna droga wciska się między drzewa rosnące nad strumykiem; usłyszałem go wcześniej, niż zobaczyłem, a doszedłszy do drzew, zatrzymałem się mile zaskoczony widokiem. Strumyk spływa tam wodospadem metrowej wysokości i płynie ocienionym wąwozem. Miejsce kontrastów: jasne pod słońcem zielone łąki, lekki szum wiatru, głosy ptaków – i nagle, bez żadnego stopniowania, głęboki cień, wypłukane korzenie drzew, a między nimi głośno szumiąca kaskada wody.
Ten był pierwszym strumieniem, a wiele ich widziałem dzisiaj. Są tam miejsca, w których strumyczki szerokości jednej lub dwóch dłoni widzi się często. Jeden z nich ocieniał się pochylonymi trawami, a gdy je rozchyliłem, zobaczyłem piękny widok: czysta, dźwięczna woda i dno wyłożone jasnymi kamykami, po których biegły urocze refleksy światła odbitego od powierzchni wody. Dosłownie dziesięć kroków dalej spotkałem drugi taki strumyk, równie jasny, dźwięczny i mały. Idąc jego brzegiem pod górę zobaczyłem widok wyjątkowy: obok siebie dwa boczne dopływy. Każdy miał metr długości i szerokość przy ujściu równą moim trzem palcom, jednak gdy rozchyliłem źdźbła, i na ich dnie zobaczyłem połyskliwe pełganie światła.

Szedłem pod górę brzegiem chcąc zobaczyć źródło, ale gdy po paru krokach wspomniałem zaśmiecony strumyk, widziany parę tygodni temu niedaleko stąd, poczułem obawę zobaczenia śmieci w źródle tego słonecznego strumyczka. Iść dalej, czy zawrócić? Poszedłem, śmieci nie było, chociaż i klasycznego źródła też nie ma – woda wycieka w paru miejscach, tworząc miniaturowe czarne bagienka przystrojone kaczeńcami.
Przed wyjazdem myślałem, że lepszą porą wyjazdu byłby maj, jednak ten czas okazał się równie dobry. Owszem, lipy, dęby, jesiony są jeszcze bez liści, ale zielenią się róże, kwitną licznie tam rosnące czereśnie i tarniny, a zielone już głogi szykują się do swojego kwitnienia, jednak najsilniej przyciągały wzrok brzozy: ich liście nie w pełni jeszcze są rozwinięte, a takie widzę najładniejszymi. Liczne kotki, bardziej żółte niż zielone, powodują dwojakie widzenie brzóz: z bliska są zielone, z daleka wydają się żółknąć jesiennie. Czuję się trochę tak, jakbym nie był lojalny wobec nich, muszę jednak przyznać palmę pierwszeństwa modrzewiom. Zieleń ich młodego igliwia uznałem za najładniejszą. Wspomnę jeszcze o listeczku wiązu. Drzew tego gatunku rośnie trzy w Trzmielowej Dolinie, odwiedziłem staruszków, liści jeszcze nie mają, ale na niskich gałęziach wypatrzyłem jeden listeczek, był wielkości paznokcia i miał piękny kolor.
Siedziałem na trawie i patrzyłem w dal, na karkonoskie szczyty, nadal w śniegach, na łąki zdobne brzozami i czereśniami, na słoneczne i zieleniejące się moje góry. Była cisza, słyszałem tylko śpiew ptaków, nic więcej. Jedynie na szczytach i na przełęczach niewielki wiatr szumiał w uszach. Patrząc na Sokoliki, wspomniałem Jastrzębią Turnię, skałę na zboczu Krzyżnej Góry. Czy ją stąd zobaczę? Wychyliłem się zza wiszącej przede mną gałązki róży i zobaczyłem skałę odległą o jakieś 8 kilometrów. Pamiętam ją dobrze: ze skalnego chaosu podstawy wysoka skała wznosi się ku niebu, jakby, zapatrzona w skrzydła jastrzębia, zerwać się chciała do lotu.
Kilka godzin później miałem podobnie miłą chwilę rozpoznania. Siedząc pod kępą drzew rosnących przy szczycie Kobyły, przypomniałem sobie widzianą tutaj opasaną jarzębinę. Spojrzałem tam, gdzie spodziewałem się ją znaleźć i nie musiałem szukać: zobaczyłem od razu, rosła dwieście metrów ode mnie. Dlaczego opasana? Ano, bo opasała się jednym ze swoich konarów, co widać na zdjęciu.

Śnieżkę widziałem niemal cały dzień. Na ogół stała nad wszystkimi szczytami, ale nierzadko bywało, że zajmowała miejsce między brzozami i pozwalała się fotografować razem z nimi. Widziałem ją też wśród gałęzi tych drzew, a raz wystroiła się zieloną już gałązką różanego krzewu założoną na swój szczyt. Uznałem, że wcale nie jest wyniosłą górą, jak o niej mówią. Nie. Wysoka jest, owszem, ale nie wyniosła.
W sąsiedztwie Wysoczki, w znanej mi nieźle okolicy, poszedłem na brzeg lasu chcąc zobaczyć widziany dwa lata temu świerk – żywy, mimo że leżący. Czy żyje nadal? Z żalem stwierdziłem, że nie było go. Będąc tam, przyjrzałem się pozostałym świerkom, a rośnie ich tam kilka wyjątkowo wysokich. Ze zdumieniem odkryłem, że najwyższym drzewem jest daglezja. Jakim cudem nie zauważyłem jej wcześniej? – pytałem siebie. Zapewne widziałem, ale za małą mając wiedzę, nie rozpoznałem i wydawało mi się, że patrzę na świerk. Dla pewności dzisiaj długo oglądałem pień i szukałem szyszek. Dwie znalezione obejrzałem i sfotografowałem. Drzewo jest daglezją, a ja ślepotą, wszak wystarczyło spojrzeć z dala na tę grupę drzew, żeby zobaczyć, jak bardzo to drzewo przewyższa sąsiadów. 



Mam dobry sposób na wzbudzenie w sobie podziwu dla daglezji: stańcie przy samym pniu i spójrzcie w górę. Idealnie równa strzała pnia wydaje się nie mieć końca i sięgać nieba. Widzicie jej idealny kształt i nieskończoność?
Właściwie to się cieszę z tego mojego opóźnionego rozpoznania. Wiem teraz, że nawet gdy odwiedzę jakieś miejsca po raz kolejny, mogę odkryć w nich coś nowego, niezauważonego wcześniej.
Włócząc się po okolicy, oglądałem kępy roślin, niektóre są mi znane, więc moje podejście do nich było odwiedzinami znajomych; jak zwykle myszkowałem wzrokiem po drzewach i krzewach rozpoznając gatunki, parę razy podchodziłem bliżej mając wątpliwości. Podoba mi się rozpoznawanie drzew, to dobra zabawa, mimo że czasami polegnę.
Widziałem głóg, różę i tarninę rosnące razem, niemal zrośnięte pniami, mieszające tak dokładnie swoje gałązki, że przy różanych listkach widziałem z jednej strony małe kwiatuszki tarniny, z drugiej jeszcze zielone maleńkie pąki kwiatowe głogu.
Szedłem zaoranym polem pod górę patrząc na przemianę krajobrazu przede mną: pojawienie się i wznoszenie dalekiej linii Karkonoszy, wyłonienie się małych górek u stóp tych wielkich, w końcu otwieranie się całej Kotliny Jeleniogórskiej. Obraz w poziomie dzieliła linia grzbietu zbocza, więc białe szczyty karkonoskie pojawiały się między skibami ziemi, jakby z nich wyrastały; mój marsz pod górę obniżał linię bliskich skib, a wznosił odległe góry. Na szczycie wzgórza świat się ustatkował: zaoraną ziemię miałem u stóp, a przede mną wysoko znieruchomiałą linię gór.
Siedząc na szczycie wędrowałem wzrokiem po dobrze widocznych zboczach Łysej Góry, szukając swoich śladów sprzed paru tygodni, ale wzrok mi się gubił między szpalerami drzew rosnących wzdłuż dróg i miedz. 
 
Z Uliny wracałem nieznanym mi przejściem. Poznałem źródliska Bełkotki, ładnej strugi, niżej płynącej głębokim jarem; wśród kaczeńców pływały tam dzikie kaczki. Kiedy na zboczu wzgórza po drugiej stronie obejrzałem się, zobaczyłem widok, który chciałbym ocalić od zapomnienia: bliski stok opadający ku drzewom ocieniającym strumień, wznoszące się zbocze góry za nim, nad nią piętrowa, coraz rozleglejsza i dalsza, przestrzeń licznych gór. Wszystko to widziałem przez przymrużone oczy, pod schodzące z nieboskłonu silne światło słońca, i pomalowane w jego jaśniejące, nasycone barwy.
Po raz pierwszy obszedłem wokół ruiny folwarku w Trzmielowej Dolinie i ze zdziwieniem stwierdziłem, że budowla jest dużo większa niż się wydaje z drogi. Trzypiętrowy budynek o masywnych ścianach kamienno-ceglanych jeszcze stoi, ale już bez dachu i stropów. Pomyślałem o ogromie pracy włożonej w jego postawienie i teraz marnotrawionej, a przecież dom mógłby służyć do dzisiaj jako schronisko, na przykład. Terenowym samochodem dojedzie się tam, a drogą obok biegnie niebieski, międzynarodowy szlak.

Wracałem. Cienie się wydłużały, linia światła wznosiła się po drzewach, a gdy puściła ich czubki uciekając w górę, z lasu i z doliny zaczął się sączyć mrok. Gdy wyjeżdżałem z wioski, w lusterku zobaczyłem czerwoną łunę zachodu. Zatrzymałem się, wysiadłem i patrząc żegnałem dzień.
Kiedy wjechałem na eskę, zorzę miałem na wprost: nieco straciła na intensywności, ale rozlała się na pół nieba. Widziane na jej tle długie łańcuchy zapalonych lamp oświetlających rozjazdy dawały ciekawy i ładny efekt.
Przyjechałem przed godziną 23. Trzy kwadranse później usnąłem tak szybko, że nie pamiętam swojego dojścia do łóżka. Idąc, chyba już spałem. Cóż, wstałem kwadrans po drugiej, a wędrowałem 14 godzin.
Kiedyś, gdy tak naprawdę porządnie zmęczę się na szlaku, zaspokoję swój głód wędrowania na miesiąc, może nawet na dwa; póki co udaje mi się ta sztuka jedynie na tydzień albo dwa, więc próbuję dalej.

 








































































6 komentarzy:

  1. Niewiarygodnie pięknie.
    Czas, wędrówka, niebo, widzisz je nie jesienno-zimową porą. Niebo jest koloru bławatków.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję, Chomiku.
      Mam nadzieję, że po tym dniu nadal będą mi się podobać moje jesienne i zimowe góry.
      Myślę, że polubiłabyś takie nieśpieszne szwendanie. Szybko poczułabyś, że są Ci potrzebne.

      Usuń
  2. Niezwykłe!
    Szłam krok w krok za Twoimi opisami i wszystko widziałam, a potem jeszcze te zdjęcia ... zasłużyłeś nie tylko na jeden taki dzień w swoich wędrówkach po Kaczawach, wierność tym górom wynagrodziła Cię chociaż piękną pogodą, wyrazistymi widokami, no i samą wiosną; wschody i zachody słońca, wtedy najładniejsze zdjęcia się robią, i świat wokół jakiś inny, bardziej tajemniczy; też tak masz, że chciałbyś zachować, zapamiętać, zatrzymać jak najdłużej jak najwięcej w sobie, swej pamięci te widoki, zapachy, uczucia? może to kwestia wieku, świadomość turlania się w dół po równi pochyłej naszego życia, stąd ta pazerność:-) leje, leje, za oknem smutno, choć zielono, przydałby się choć promyk słońca; i dogódź tu człowiekowi, susza, deszcz potrzebny roślinom, z kolei wypoczywający majówkowo potrzebują pogody, a deszcz nie pada wybiórczo:-) pozdrawiam serdecznie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję, Mario, za obecność i za słowa.
      Tak, aura nie wybiera dnia. W naszej reakcji na deszcz, mimo że panuje susza, ale pada w świąteczny dzień, dopatrywałbym się naszej chęci podporządkowania nawet pogody :-)
      Myślę, że faktycznie ci, którzy przepołowili swój czas, na dni przed nimi patrzą inaczej. Są cenniejsze, ponieważ wiedzą o ograniczoności czasu. Młodzi mają go bezmiar, my wiemy, że tak nie jest.
      Wydaje mi się, Mario, że jest jeszcze inny powód, zupełnie odmienny. Z wiekiem łatwiej rozróżnić, co ziarnem, co plewami. Coraz wyraźniej widzę, że znaczenie, stanowiska, pieniądze, są mało ważne, albo i wcale, natomiast poznawania świata i przeżywanie jego piękna jest wartością samą w sobie i może nadać sens naszym dniom.

      Usuń
  3. Piękny dzień miałeś i wiem, że czułeś się szczęśliwy i wolny. Wiesz, niesamowite, że mozemy podążać tą samą drogą wiele razy, a za kazym podejściem zauważamy coś nowego, innego. Zachwyca nas inny fragment pejzażu. Nawet, jeśli widzimy go co dnia.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Właśnie tak jest, Anno. Ciekawe, dlaczego? – tutaj odzywa się moja skłonność do analizy. Nasze gapiostwo? Może czasami, ale przecież nie zawsze. Prędzej już wiedza i nastawienie. Z nazwy znam niewiele roślin rosnących na łąkach i nieużytkach, i ten jeden powód wystarczy do wytłumaczenia innego widzenia tej łąki przez Ciebie i przeze mnie. Ty dostrzeżesz więcej i obraz będzie dla Ciebie bogatszy. Jednak i wiedza nie wszystko tłumaczy. Może ma to związek z wiekiem, a przez niego z docenianiem wagi dnia?
      Tyle że co taka kobieta jak Ty może wiedzieć o wieku… :-)

      Usuń