Moja książka

Góry Kaczawskie słowem malowane

250619 Miałem okazję poznać świętokrzyskie drogi i tatrzańskie szlaki, przemierzałem łęczyńskie bagna i podlubelskie lasy, spędziłem ki...

poniedziałek, 24 listopada 2014

Kaczawska łazęga. Grzbiet Mały.


Rozwidniało się, gdy ruszyłem w drogę. Niemal okrągły księżyc rozjaśniał wokół siebie srebrzystą aureolę, a trawy zamarły pod szarym szronem. W powietrzu wisiała mgła, ale z tych jasnych i lekkich, o których wie się, że znikną gdy zaświeci słońce; czyste niebo ponad nią potwierdzało zapowiedź ładnego dnia. Gdy minąłem zabudowania, na wschodzie zobaczyłem pasma jasnych chmurek zabarwionych różem, a na wprost Stromca.

Z Czernicy szedłem boczną szosą do Płoszczyny, a więc dokładnie na tę górę. Stała ciemnym zarysem pozbawionym szczegółów na tle jaśniejącego nieba. Wydawała się większa i bardziej tajemnicza. 



W wiosce skręciłem na znany mi, zawsze chętnie odwiedzany szlak rowerowy prowadzący do Jeżowa. W planach miałem poznanie Srebrnej, sąsiadki Stromca, i innych, dalszych szczytów Grzbietu Małego. Miniony czas i moje wcześniejsze tutaj bytności nie pozbawiły dróżki jej urody. Postawiłem na miedzy plecak, piłem herbatę i patrzyłem na chmurę liści niesionych z bukowego lasu na pola.

Od strony Stromca Srebrna wydawała się być pozbawioną uroku górką miejską, z zabudowaniami niemal pod szczyt, ale gdy wszedłem na jej południowe zbocze, góra pokazała się zupełnie inaczej. Na szczycie rośnie piękny, czysty, jasny las bukowy, w te słoneczne dni listopadowe rozjaśniony feerią jesiennych kolorów. Chodziłem wśród drzew próbując uchwycić w obiektyw to, co widziały moje oczy: kolorowe liście prześwietlone słońcem. Problem w tym, że aparat bywa oślepiany słonecznymi kolorami, ja raczej olśniony. Nie wiem jak nauczyć go innego patrzenia, skupiania się na drżącym blasku słońca oglądanego przez liście buków, a nie patrzenia wprost w słońce.





Granicą lasu i pól, celując na Wapienną, biegnie dróżka pod wychylonymi konarami drzew, a po lewej, w łagodnej dolinie, rozsiadł się Siedlęcin – mozaika kolorowych kamyczków. Wyżej i dalej ledwie widoczna przez mgiełkę i pod światło, ale jak zawsze majestatyczna, ściana Karkonoszy. 


Jak każda ładna droga, i ta skończyła się szybko: wszedłem w las z zamiarem odszukania duktu zaczynającego się przy leśniczówce i prowadzącego na zbocze Wapiennej. Stojąca przy leśniczówce tablica zapraszała mnie na spacer ścieżką dydaktyczną, ale nie skorzystałem po doświadczeniach z taką ścieżką pod Wojcieszowem, ścieżką istniejącą tylko na mapie. Tamtego dnia przypadkowo znalazłem trzy tablice tej ścieżki dydaktycznej, porządnie zrobione, z ławkami; chodziłem wokół każdej z nich, nos i oczy trzymając niemal przy ziemi, ale ścieżki nie znalazłem żadnej, nawet tak małej, jak te wydeptywane przez mrówki.

Dukt znalazłem, chociaż nie od razu, i po kwadransie byłem na Wapiennej.

Miło mi było widzieć stok Srebrnej, mojej nowej znajomej, widziany z drugiej strony, ze zbocza kolejnego poznawanego wzgórza. Góry wokół widziałem w odmiennej perspektywie, nie byłem tutaj nigdy wcześniej; rozpoznawałem niemal wszystkie góry i góreczki, ale Szybowcowa spłata mi figla: pokazując tylko fragment swojego zbocza, na dodatek widzianego z nieznanej do tego dnia strony, utrudniła mi rozpoznanie. Dopiero moja metoda trzech punktów widzianych w linii prostej z początkiem w moim miejscu (metoda na pewno znana od dawna i mająca swoją nazwę, ale przecież moja, oryginalna), pozwoliła mi nabrać pewności.

Szedłem zachodnim zboczem Wapiennej, swoim zwyczajem granicą lasu i pól, właściwie jednego ogromnego pola zielonego młodziutką oziminą. Odkąd porzuciłem nie tylko oznakowane szlaki, jakże nieliczne tutaj, ale częstokroć i drogi, otworzył się przede mną przestwór nieogarniony i nieskończony; drogi miałem wszędzie.

Szedłem ciągnąc za sobą okoliczne góry. Leśnica i Łysa schowały się za Stromca, za to zza drzew wyłoniła się Ptasia, a w siodle Przełęczy Chrośnickiej pojawił się grzbiet masywu Okola. Zatrzymałem się, góry zamarły w bezruchu. Ciekawe to było i intrygujące.

Minąłem cypel lasu wchodząc na południowe zbocze i zobaczyłem małe wzgórze jak z obrazka w otoczeniu kilku domków – mapa nie podaje jego nazwy. Szedłem dalej, obchodząc Wapienną by dojść do Zadniej.

Zobaczyłem strome wzgórze, za nim mignęło mi drugie, też łyse i wyższe – Zadnia? Nie wiedziałem, identyfikację wzgórza zostawiłem na później. Zszedłem ku linii zarośli na styku obu zboczy, tam macałem nogą i kijem grząski grunt, skakałem po kępach traw, w końcu piąłem się w górę sapiąc. Po prawej, z zarośniętego lasem stoku Wapiennej, dobiegło mnie warknięcie, jakby wielkiego psiska; są tutaj ogrodzone pastwiska, więc.. Już kątem oka szukałem drogi ewakuacji, gdy warknięcie powtórzyło się – tym razem rozpoznałem odgłos mocno obciążonego dużego silnika motocyklowego. Po chwili między drzewami mignęły mi dwie sylwetki motocyklistów; jak oni potrafią jeździć w miejscach, którymi trudno przejść?

Stoki tamtych wzgórz są ładne, odkryte, widokowe, ale są to jednocześnie pastwiska pocięte ogrodzeniami, na szczęście z niskiego, pojedynczego drutu (czasami pod prądem, ale jeśli nie dotyka się go gołym ciałem, nie ma niebezpieczeństwa). Właściwie nie wiadomo, czy można tędy przejść, czy przypadkowo spotkany właściciel nie miałby pretensji. Co prawda nigdy mnie to nie spotkało, ale często spotyka niepewność płci pasącego się bydła:)

Wszedłem na to wyższe wzgórze i zakręciłem się wokół: jak tam jest pięknie! Gdy już zachłysnąłem się widokami, wyciągnąłem mapę i zidentyfikowałem wzgórze jako Zadnia; dopisuję je do swojego elitarnego klubu wzgórz najbardziej widokowych, najpiękniejszych. Będę na nie wracać; szczególnie chciałbym wrócić w porze kwitnienia krzewów różanych, których rośnie wokół szczytu bardzo dużo, i zobaczyć je w strojach panny młodej. Siedziałem na pniaku pod szczytem, popijałem herbatę i rozglądałem się. Wypiłem i dalej siedziałem. Nie chciało mi się nigdzie iść, chciałem siedzieć i gapić się na słoneczny świat u stóp.





Znowu musiałem użyć swojej metody trzech punktów, żeby upewnić się co do lokalizacji dwóch kolejnych wzgórz dobrze widocznych z Zadniej: Strzyżowej i Skowrona. Cały tamten rozległy obszar – od wsi Strzyżowiec, a właściwie dalej, od jeziora - aż do Wapiennej i Skowrona, jest bardzo ładny, urozmaicony i widokowy. Chodzi się tam gdzie oczy poniosą i wszędzie ma się przestwór ogromny wokół siebie i dal daleką albo i najdalszą. Czyżyka nie byłem pewny aż do momentu zobaczenia ze szczytu Strzyżowej fragmentu zapory; gapą zawsze byłem.

Było tak ciepło, że w plecaku niosłem nie tylko bluzę, ale i sweter zdjęty jeszcze przed południem. Czułem na twarzy ciepło słońca, a we włosach przyjemny wiatr polny – listopad podarował mi kolejny dzień wczesnojesiennej aury.


Wschodnim zboczem Skowrona biegnie prosta i długa granica łąk i lasu, w wzdłuż niej polna droga. Szedłem nią chcąc obejść las, wyjść na drugą stronę i tam skręcić ku Czernicy, a że w lesie rosły buki, skręcałem między drzewa niesyty ich kolorowego i słonecznego uroku; w ten sposób znalazłem stare wyrobisko kamieniołomów. Wiele ich jest w Górach Kaczawskich, wiele zaznaczonych jest na mapie, ale znaczna ich część jest niewielka, czasami ledwie widoczna w lesie lub pod trawami łąk. Ten jest inny, robi wrażenie: pionowa ściana wyrobiska ma jakieś 100 metrów długości, jej wysokość dochodzi do 10 metrów. W dole półmrok, dzikość skalnego rumowiska zarośniętego splątanym maliniakiem, mchy i paprocie na skalnych występach, a w górze liście buków świecące kolorami – uderzający kontrast barw i światów.



Gdzieś tam wymijały mnie dwa wybłocone quady: zatrzęsły się, zawarczały, zaklekotały i pojechały. Pomyślałem, że te maszyny gwałcą przestrzeń i drogę. Przyszła mi do głowy myśl o ich podobieństwie do dyskotek gwałcących uszy i muzykę.

Zmierzch gasił kolory, gdy łąkami schodziłem ku Czernicy.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz