Moja książka

O wydaniu książki

011216 Od wielu lat błądziła po mojej głowie myśl o wydaniu jakiejś części moich tekstów, ale było tak, jak często u mnie, czyli tak, ...

wtorek, 25 listopada 2014

Oczywiście w Górach Kaczawskich. Listopad.


Dzień pięćdziesiąty pierwszy.
Wojcieszów, Zadora, Lipna, Garb, Kapela, wieś Dobków, Zadora, Wojcieszów.

Wejście na Zadorę rozpocząłem z głównej ulicy Wojcieszowa. Nie wiedząc którędy iść, wybrałem drogę wzdłuż cmentarza, bo ta była łatwa do odnalezienia; później okazała się niezbyt wygodną, ale takie moje wybory stają się tradycją, należy więc je pielęgnować. Gdy wstążka asfaltu skończyła się, przeciąłem pas lasu, wdrapałem się na strome z tej strony zbocze i byłem na szczycie.
Zadora. Podoba mi się to słowo, ma w sobie coś zadziornego, ostrego i… szlachetnego? Wiem, że tak nazywa się herb szlachecki, ale nie znam etymologii tego słowa; niejasno kojarzy mi się z ogniem.
Słońca nie było ani śladu, ciemne chmury nie zapowiadały ładnego dnia. Po trzech słonecznych dniach patrzyłem na chmury nie tyle z niechęcią, co z odrobiną zdumienia - nie ma słońca? Widok ze szczytu jest ładny: największe kaczawskie szczyty widać po drugiej stronie doliny wypełnionej domami miasteczka, a za nimi lub u ich stóp wiele drobiazgu kaczawskiego. 



Jak zwykle zabawiałem się identyfikacją gór i górek, gdy zobaczyłem mgłę szybko podnoszącą się ponad domy i przesuwającą się po zboczach wprost na mnie. Poczułem smutną bezradność. Chodziłem po szczycie, patrzyłem w przeciwną stronę, na Lipną, bo i tam widoki są ładne, a później z ulgą zobaczyłem, że mgła zatrzymała się, a nawet jakby cofała, zapewne przestraszona moją doń niechęcią.
Ze wzgórzem Lipna miałem kłopoty. Otóż z mapy (później dowiedziałem się, że i z mojej encyklopedii Sudetów) wynika, że to wzgórze jest niższe od Zadory, a ja wyraźnie widziałem, że jest sporo wyższe. Poza tym zbocza są tam tak urozmaicone, poprzerastane zagajnikami, nitkami drzew wzdłuż miedz czy uskoków, że trudno o dokładne rozeznanie - tym bardziej, że mapa pokazuje okolicę nieco inaczej. Dość, że dobrą godzinę łaziłem po zboczach i przymierzałem mapę do otoczenia. Podobnie było ze znalezieniem przejścia, niezalesionego pasa, którym można przejść w stronę Garbu. W czasie swoich wędrówek wiele razy mam wątpliwości, nie raz coś pomylę, ale dzisiaj szło mi jak po grudzie; na pewno z powodu braku słońca! – stwierdziłem w końcu.



Nie znalazłem skał Kazalnicy. Co prawda nie szukałem ich zbyt pilnie, a siedzą gdzieś między drzewami, ukryte przede mną; kiedyś pójdę tam i znajdę je.
Wątpliwości co do wzajemnej wysokości Zadory i Lipnej zostały, pozostałe udało mi się wyjaśnić, i ruszyłem dalej, ku Garbowi, a później zboczami wzniesień w stronę wzgórza Kapela.
Garb jest właściwie garbikiem mniejszym nawet od Owczarka pod Radzimowicami, który kiedyś zdziwił mnie swoją małą wysokością względną, a gdy skręciłem w stronę Kapeli, znowu naszły mnie wątpliwości co do nazw wzgórz; ech, nie był to mój dzień. Kupić GPS? Żeby mnie prowadzić jak niewidomego? A w życiu!
Na stokach wzgórz schodzących od południa do Dobkowa byłem po raz pierwszy. Rozglądałem się po nieznanych mi zboczach i znowu przymierzałem mapę do okolicy chcąc dokładnie wiedzieć gdzie jestem i gdzie jest Kapela. Trafiłem na duże pole przeoranego, zarośniętego badylami, ugoru; szło się ciężko, ale szedłem przyciągany widokiem wzgórza przede mną. Było to jedno z tych setek bezimiennych wzgórz kaczawskich wyrastających wśród pól, łąk lub w lasach, wzgórz nieodwiedzanych i nieznanych, o których pamiętają tylko zwierzęta. To otoczone jest polem – wielką płaszczyzną wyrównaną chytrym pługiem podchodzącym pod szczyt broniony szpalerem krzaków i drzew. Jedno z lubianych przeze mnie miejsc: granica cywilizacji i dzikiej przyrody, koniec nienaturalnej, przemienionej przez człowieka przestrzeni, i początek naturalnego, niekontrolowanego życia. Z jednej strony zasiew, jedna roślina powtórzona krocie tysięcy razy, z drugiej rozmaitość, czasami oszałamiająca, stosunkowo nielicznych roślin; tam nudne uporządkowanie, tutaj żywiołowa chaotyczność. Gdy stoi się na granicy, jeden krok zmienia światy.
Szczyt upodobały sobie ptaki. Sądząc po odgłosach, musiało być ich tam mnóstwo, a kłóciły się o coś wielce ważnego, bo ich krzyki czyniły wrażenie. Miło mi było je słuchać. Później nie wiadomo po co wgramoliłem się na jakieś strome, lasem zarośnięte wzgórze (wiadomo: bo było i stało na wprost mnie); w drodze powrotnej trafiłem na długie ogrodzenie szkółki leśnej, przedzierałem się przez gęsty młodniak bukowy, a pędy malin łapały mnie za buty.
Doszedłem do strumyczka tak ładnego, tak czystego i dźwięcznego, z jasnym dnem pełnym wymytych kamyczków, że dłuższą chwilę stałem nad nim, patrząc i słuchając. W końcu przechodząc pomyślałem, że moja niechęć postawienia zabłoconego buta w jego nurcie jest nieco irracjonalna; może i taka była, ale podobała mi się.
Odetchnąłem na stoku małej górki, w dużej części zjedzonej przez nieczynny już kamieniołom. Niżej, między drzewami, w głębokiej wyrwie, widziałem ruiny wapiennika, który karmiono skałami tego wzgórza. Wokół otwarta przestrzeń, dalekie widoki i słońce. 


Słońce, które jednak zaświeciło i nic więcej się nie liczyło.
Myślę, że to dzięki słońcu skończyły się moje niepewności i łażenie gęstwinami, a zaczęła się przyjemna wędrówka. Z tego miejsca zobaczyłem następny swój cel – wzgórze Kapela. Robiło wrażenie stromością zbocza w porównaniu do łagodności wzgórz w tej okolicy. Poszedłem ku niemu na przełaj, przez pola, po tłustych, błyszczących pod słońce, skibach przewróconej ziemi; ładnie wyglądają, ale pierońsko ciężko idzie się po nich.

Listopadowe kwiaty! Wielka kępa niebieskich przetaczników, wiele nieznanych mi żółtych kwiatów, tu i ówdzie spóźnione chabry, sporo iglic, czasami stokrotki, a na stromym podejściu na Kapelę przysiągłbym, że widziałem kwitnącą poziomkę.
Gdy stanąłem u stóp wzgórza, poznałem powód stromości: strumień, mimo iż niewielki, ale z tych ładnych, czystych i jasnych, wyżłobił sobie koryto dużej głębokości; cóż, mówi się, że cicha woda brzegi rwie. Rwie, zwłaszcza, gdy ma na to naprawdę dużo czasu.





Na szczycie Kapeli (wzgórze tylko od strony strumienia jest wysokie i strome) stoi kapliczka, wotum dziękczynne ufundowane przez dawnego mieszkańca Dobkowa, a obok duży krzyż. Na kamiennej płycie wykute są słowa Jana Pawła II:
„Tylko pod krzyżem, tylko pod tym znakiem Polska jest Polską, a Polak Polakiem.”
Poczułem smutek. Oto pozbawia się mnie, nie chrześcijanina, polskości.
Ciekawe, czy ktoś, kto kazał wykuć tutaj te słowa, zastanowił się nad ich wymową, nad ich bezmyślnością i głęboką niesprawiedliwością…
Obok wzgórza biegnie urocza droga polna. Według mapy nie prowadzi tam gdzie chciałem iść - w stronę Zadory i dalej do Wojcieszowa - ale jest tak ładna, że poszedłem nią w dół, do Dobkowa, żeby chociaż ten jej kawałek przejść. W wiosce znalazłem drogę obiecującą poprowadzić mnie w stronę Zadory, a oznaczona jest czarnym kolorem – lokalny to szlak, niezaznaczony na mapie. Poszedłem nią; obietnicę spełniła doprowadzając mnie w okolice Lipnej.

Droga ładna, widoki wokół też, ciepły i słoneczny dzień, więc gdzie się spieszyć? Usiadłem na pniaku wrośniętym w miedzę.
Miedze, miniaturowe ogrody natury: rozmaitość roślin, kolory kwiatów, wysokie, szumiące na wietrze trawy i zapachy. Tuż obok skiby czerwonawej ziemi, a daleko Ostrzyca, która znalazła sobie miejsce w obniżeniu między Skąpą a Sokołowską Górą.
Gdy wyszedłem z lasu, szlak kazał mi iść w lewo, więc zostawiłem go, spodziewając się na wprost Lipnej. Była niezupełnie na wprost, ale dzięki odchyleniu poznałem ładny stok niezauważony rano. 


Zadorę zobaczyłem z daleka i przywitałem jak starą znajomą. Poszukałem Ostrzycy -  zobaczyłem ją niewiele przesuniętą, nadal między szczytami Sokołowskich Wzgórz.
Niskie już słońce stało nad masywem Skopca, ale że miasteczko i samochód były blisko, uznałem, że mam jeszcze trochę czasu i poszedłem raz jeszcze na Lipną. Ładnie tam jest, na pewno wrócę na tamte stoki.
Zachód słońca w górach… Wiele razy próbowałem oddać słowami widoki i wrażenia, ale z mizernym raczej rezultatem. Opisanie tych wszystkich barw i ich przemian nie oddaje istoty, jest jak próba opisu mistrzowskiego obrazu lub utworu muzycznego, które, aby poznać, trzeba zobaczyć lub posłuchać. Dzisiaj przyszło mi do głowy, że ostatnie chwile słonecznego dnia wśród gór są jak sen. Czasami budzimy się pamiętając tylko ogólny zarys, kontur snu, jego mało istotne dzianie się bez szczegółów, a jeśli już, to nie tyle one są istotne, co ogólne wrażenie silnie nasycone naszym przeżywaniem. To dlatego czasami oddychamy z ulgą, gdy śniło się nam coś przykrego, albo odwrotnie: chcemy wrócić do snu jak do utraconej krainy baśni. Góry w tych chwilach są jak taki sen, są bardziej odczuwane i śnione niż oglądane.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz