Moja książka

Góry Kaczawskie słowem malowane

250619 Miałem okazję poznać świętokrzyskie drogi i tatrzańskie szlaki, przemierzałem łęczyńskie bagna i podlubelskie lasy, spędziłem ki...

piątek, 14 listopada 2014

Słońce, listopad i Góry Kaczawskie


Czterdziesta ósma wędrówka kaczawska.

Wyszedłem na szlak o zwykłej porze, przed wschodem, zmierzając z Chrośnicy na zbocza Lastka. Dziwny był cel przyjścia tutaj, w znane mi już miejsce z kilku wcześniejszych wędrówek: otóż tutaj umieściłem początek i koniec napisanego niedawno opowiadania, przychodząc tutaj chciałem spojrzeć na te miejsca inaczej – oczami bohaterów mojej historii, może nawet zobaczyć ich tutaj. Chciałem, aby zbocza tych gór stały się nie tylko moimi, ale i ich miejscami.
Las był mokry: kropelki wody wisiały na gałązkach, pnie drzew i kamienie błyszczały wilgotną czernią, trawy były siwe od rosy. Las był też kolorowy: żółcie i brązy w najróżniejszych odcieniach zdobiły buki, dęby i brzozy, a pod klonami szedłem po wielkich jak łopaty liściach. Wyścielały ziemię tak ładnym kobiercem, że miałem odruch omijania je swoimi zabłoconymi butami.
Gdy we wsi patrzyłem na masyw Leśniaka, jego mniejszy brat, Wywołaniec, wydawał się górować nad masywem; dopiero gdy wszedłem wyżej, już blisko szczytu Lastka, perspektywa przywróciła właściwe proporcje i należne miejsca dużemu Leśniakowi i małemu przy nim Wywołańcowi. Piszę o tym drobnym spostrzeżeniu, ponieważ zmiany w obrazie oglądanego świata, zmiany wywołane perspektywą, miejscem patrzenia, nieodmiennie zadziwiają mnie, zwłaszcza w górach. Nie ma jednego, ustalonego wyglądu góry czy pasma gór, a jest ich tyle, ile miejsc oglądania, bo z każdego wyglądają inaczej, co przecież powinno zadziwiać nas wobec niewątpliwej niezmienności gór. Czasami dziwię się obojętności ludzi wobec tego faktu.
Długo siedziałem w tamtym czarodziejskim miejscu pod szczytem Lastka, na brzegu rozległych łąk i lasów; czarodziejskim swoim naturalnym urokiem, ale i związkiem tego miejsca z moją wyobraźnią, z wymyśloną historią wymyślonych ludzi. Cisza tam była, bezruch i dalekie szczekanie psa. Liczne a maleńkie kropelki wody uczepione wysokich, żółtych już traw, i najdalsze, niebieskie odległością, szczyty wschodniego pasma.






Daleki Żeleźniak rozpoznać można dzięki zwichrzonej czuprynie jego wielkich drzew szczytowych, a za nim niebieściła się falująca linia masywu Lubrzy zamykająca horyzont i Góry Kaczawskie. Po godzinie poszedłem, rozgarniając liście i zapachy, na Ptasią. Miejscami spod żółtych liści klonów nie widać było drogi, szedłem po kolorowym kobiercu jesieni. Pachniało wilgocią i liśćmi, ale też wyraźna była nuta podobna do zapachu orzechów. Pachniało jeszcze coś, nie wiem co, ale pachniało ładnie. Z przyjemnością wciągałem ten bukiet zapachów w płuca, głęboko, do dna.
Chyba zamyśliłem się idąc, bo siatkę ogrodzenia stojącego w poprzek drogi zauważyłem w ostatniej chwili; gdybym nie podniósł głowy, pewnie wszedłbym w nią. Było to na zachodnim zboczu Ptasiej, w pobliżu zaczyna się strumień płynący głębokim i ciemnym wąwozem, miejsce robi wrażenie dzikością. Przedzierałem się chaszczami, wlazłem w rozlewisko, zapadałem się na miękkim, rozmokłym gruncie zasysającym buty, szedłem zsuwając się po mokrych liściach zalegających strome zbocze. Jakaś ledwie widoczna ścieżka zostawiła mnie po chwili wśród drzew, znowu wszedłem w gąszcz, wybierając kierunek według nachyleń stoków, bo słońca nie widziałem. Podobało mi się tam.
Gdy już wyszedłem na odkryte stoki Ptasiej, a miejsca te są dla mnie jednymi z najbardziej widokowych w tych górach, zmierzałem w stronę dróżki kiedyś poznanej. Droga wbiegała, pamiętam, pod kępę drzew, meandrowała między nimi i zaraz pędziła dalej łąką ku ścianie drzew pod szczytem. Niżej przy dróżce rosła brzoza, musiała być wyjątkowo ładna, skoro zapamiętałem ją i chciałem wrócić do niej. Kępę drzew i zakręt drogi znalazłem, ale brakowało mi odczuwanego wtedy uroku; miejsce to samo, ładne, ale nie tak jak wtedy. Później uznałem, że szukam minionej chwili zapominając o zwiewności i kapryśności wrażenia, o ulotności chwili, a nierzadko i o nieokreśloności przyczyn takiego, nie innego, odczuwania. Brzoza była jednak dokładnie taka jaką pamiętałem i jak wtedy patrzyłem na nią z przyjemnością. 







Gdy trzy godziny później stałem na przeciwległym zboczu doliny, na Babińcu, wyszukałem ją i idąc długim zboczem tej góry, poprzez dolinę patrzyłem na to drzewo, na moją brzozę.
Zszedłem do szosy i usiadłem – jak kiedyś –  na murku mostku przy ostatnich domach Janówka, robiąc przerwę dla wypicia herbaty. Ruszyłem już po kilku minutach, bo tam przecież czekały na mnie południowe zbocza Babińca. Świeciło słońce, było ciepło, wokół feeria kolorów jesieni, faliste linie pól, nitki miedz, ambona ukryta wśród drzew, a tuż przy mnie srebrzyście błyszcząca nitka babiego lata. Zatrzymałem się przy pierwszych drzewach lasu; po chwili, gdy ucichło wokół mnie i we mnie, usłyszałem szelest spadających liści.






Siedziałem przy drodze, na pniu zwalonej czereśni, i po prostu gapiłem się w dal. Dobrze jest tak siedzieć w słoneczny dzień gdzieś na szlaku swoich ulubionych gór, siedzieć wsłuchując się w chwilę swojego czasu.
Blisko 2 kilometry na wschód od wioski Modrzewie jest spora, bezimienna góra. U jej południowego podnóża, już poza linią lasu, na polu, jest małe wzniesienie, też bez nazwy. Kiedyś znalazłem je idąc od tamtej wioski, później dojrzałem je stojąc na zboczu Ptasiej, i dzisiaj specjalnie dla tej górki przyszedłem tutaj. Wzgórze czekało na mnie dokładnie takie, jakie je pamiętałem: po prostu urocze – samo w sobie i widokami z niego. Wróciłem i będę wracać; pomyślę też o nadaniu swojej nazwy, jak dla Dębowego Wzgórza pod Kondratowem.





Ładną drogą schodziłem ku Czernicy, a góra na wprost mnie, Czernicka Góra wznosząca się nad domami wioski, wydawała się być dużo większa niż jest naprawdę. 



Planowałem przejść masyw Kop południowymi stokami, ale okazało się to być trudne. Łąki są tam ogrodzone, poprzedzielane zagajnikami, niektóre z nich schodzą nisko w dolinę, poszedłem więc wygodną drogą szutrową. Nie wiedziałem dokąd prowadziła, na mojej mapie nie ma jej, mimo iż droga parę wiosen już liczy, a wydawnictwo chwali się coroczną aktualizacją swoich map; jak to dobrze mieć dobre o sobie mniemanie… Szedłem tą drogą zwracając uwagę na kierunek, a że prowadziła dobrze, mimo licznych swoich zakrętów, szedłem dalej z zamiarem dotarcia do niebieskiego szlaku i dalej, przez Przełęcz Chrośnicką, wrócić do wioski i samochodu.
Dziwnym zrządzeniem losu, czy raczej jego kaprysem, droga, którą się idzie, z reguły biegnie pod górę, rzadko kiedy w dół – dzisiaj też tak było. Szedłem więc i sapałem. Pomiędzy świecącymi w słońcu brązami liści buków i żółciami klonów, w dole czerwieniły się dachy domów Czernicy.


W pobliżu przełęczy odnalazłem źródło widziane już kiedyś: ze stromej skarpy tryska ze sporą siłą jasna struga wody. W źródle jest coś niosącego radość i poczucie bezpieczeństwa, przynoszącego dobry nastrój. Źródła powinny mieć swoje ołtarzyki – jak w Grecji. Chciałbym kiedyś zobaczyć nimfę wyłaniającą się ze swojego strumienia…
W lesie od razu zrobiło się chłodniej i ciemniej. Niebo jaśniało jeszcze pogodnym błękitem, bliżej zachodniego horyzontu przechodzącym w szafran, ale dołem, spomiędzy drzew, wyłaziła szarość gasząca wszystkie kolory.

Był to pierwszy z planowanych czterech dni mojego wędrowania. Trzy noclegi miałem zarezerwowane w domu Konopka w Czernicy. Stary to dom, bodajże trzystuletni, parter ma kamienny, ze sklepieniami, piętro o ścianach szachulcowych. Właścicielka, trochę roztrzepana (ale przecież ta cecha dodaje uroku kobiecie, niezależnie od jej wieku), sympatyczna, pełna energii i pomysłów, nie zrażająca się kłopotami, opowiadała mi o ruinie tego domu kilkanaście lat temu, gdy kupiła nieruchomość. Wbrew logice postanowiła dom uratować i nakładem tytanicznej pracy uratowała.
Dom z zakamarkami, małymi okienkami i niskimi powałami, z zawsze tak ładnym połączeniem kamienia, drewna i gliny. Budzące ufność potężne mury parteru i skrzypiące strome schody na piętro. Na półeczkach i parapetach stare rupiecia: szewskie kopyto (dotykałem go, widząc po raz pierwszy od swoich lat dziecinnych), żeliwne misy, samowar albo coś do niego podobnego, buteleczki zapomnianych kształtów, ceramika, kuchenne drobiazgi pamiętające jeszcze niemieckich właścicieli domu.
Na każdym kroku widać ogrom włożonej pracy i serca. Wszędzie dostrzegałem liczenie się z kosztami i chęci zostawienia jak najwięcej oryginalnych elementów domu; co prawda tu i ówdzie widziałem też nieporadność rzemieślniczą, ale całość tworzy dom wyjątkowy, dom zupełnie inny od wymuskanych pod linię i sterylnie wychromowanych mieszkań bogatych ludzi w miastach, dom, który chciałoby się pogłaskać i posłuchać jego zadowolonego mruczenia.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz