Moja książka

Góry Kaczawskie słowem malowane

250619 Miałem okazję poznać świętokrzyskie drogi i tatrzańskie szlaki, przemierzałem łęczyńskie bagna i podlubelskie lasy, spędziłem ki...

wtorek, 25 listopada 2014

Połom – kamieniołomy i jaskinie

W słoneczne dni wybieram wędrówki otwartymi przestrzeniami, a że na dzisiaj zapowiadano pełne zachmurzenie, pojechałem na Połom z zamiarem zobaczenia jego kamieniołomów i jaskiń. Pierwsze zamierzenie zrealizowałem, drugie nie, ale nic to: jaskinie czekają na mnie.

Pierwszym znalezionym i poznanym kamieniołomem była nieczynna już kopalnia Silesia. To wąwóz długości paruset metrów wykuty w górze, miejsce dzikie, surowe, zwłaszcza pod chmurnym niebem, w ponury dzień listopadowy. Czułem się tak, jakbym trafił w Góry Skaliste; nigdy tam nie byłem, ale tak je sobie wyobrażam: skały, nic, tylko niemal pionowe ściany skalne, tutaj wysokości do 50 metrów. 





Na jednej ze ścian zobaczyłem czarną dziurę – jaskinię, jak mniemałem. Czy to była zaznaczona na mapie Jaskinia Silesia? Chyba tak. Później okazało się, że była pierwszą i ostatnią znalezioną. Mogłem tylko patrzeć na nią, bo wejście było jakieś 10, może 15 metrów od podnóża ściany, dla mnie nie do wejścia bez liny.

Na płaskim dnie tego sztucznego wąwozu leżały duże złomy skalne – zostawione przez ludzi, a może odpadłe od ściany. Duże były gdy stałem przy nich, chociaż w tej wielkiej wyrwie kopalni były drobinami piasku, ale jedna taka drobina położona na ciężarówkę, ugięłaby jej opony swoim ciężarem. Kiedyś, będąc w starym kamieniołomie koło Lubiechowej, pomyślałem, że lata ludzkiej pracy wyszarpały ledwie kawałeczek niewielkiej góry; myśl ta wróciła do mnie teraz: góra, nawet niewielka, jest tak ogromnym tworem natury, że przy niej wysiłki ludzi są niczym dziecięce próby zebrania piasku plaży w jednym miejscu. Myśl ta jeszcze dzisiaj wróciła do mnie, ale w postaci zmienionej aż do odwrotności - w kopalni na zboczu Połomu, gdzie wywieziono już sporą część niemałej góry.

Poszedłem dalej na poszukiwanie jaskiń. Jedna z nich, Śmiertelna, na mojej mapie zaznaczona jest dokładnie na drodze, ale przecież na drodze jest droga, nie jaskinia, więc po upewnieniu się, czy jestem na właściwym odcinku drogi, kręciłem się po poboczach, myszkowałem po krzakach – bezskutecznie.

Gdzieś przy jednym z głównych duktów leśnych zobaczyłem tabliczkę z napisem „jaskinia 0,7” i strzałką w bok. Nie wiedziałem, czy zero siedem to jakiś numer, czy odległość, na mojej mapie nie ma znaku jaskini we wskazanym miejscu, ale oczywiście poszedłem. Nie znalazłem, mimo wdrapania się po chybotliwych kamieniach na skalny szczyt wzgórza stojącego w tamtym rejonie.

Czy ja jestem aż takim gapą? – pomyślałem. Chyba tak… Ale – dla obrony wspominam zdarzenie sprzed dwóch laty – gdy w Podgórkach wypytywałem o drogę do Jaskini Walońskiej, powiedziano mi, że i tak jej nie znajdę, a znalazłem, i to szybko; co prawda pierwsze, co zauważyłem, to czerwona tabliczka informacyjna stojąca przy niewidocznym ze ścieżki wejściu…

Łażąc tu i tam po wertepach, po zarastających starych kamieniołomach – a w paru byłem – pomyślałem, że może przechodziłem o parę kroków od jaskini, ale nie widziałem wejścia zasłoniętego gęstym świerkiem, krzakami czy skalnym występem. Te nieczynne kamieniołomy mogą się podobać swoją dzikością, niespodziewanym i szybko zmieniającym się ukształtowaniem terenu, skalnymi ścianami i ślepymi zaułkami. Wejście w nie to niemal wyprawa w nieznane. Oczywiście myszkowanie po nich wymaga rozwagi, ale nie będę się tutaj rozpisywać o tym aspekcie wędrówek, ponieważ dotyczy on każdego wyjścia w góry, bo te są właśnie dla ludzi rozważnych.

Jedna z szutrowych dróg kopalni ma charakterystyczny zakręt, blisko powinna być jaskinia Nad Potokiem – obejrzałem mapę i poszedłem na poszukiwanie. Pewnie gdzieś tam jest, ale akurat nie tam, gdzie byłem….

Pójdę dalej, może znajdę chociaż jedną – pomyślałem, ale raczej z niewiarą.

Na południowym zboczu jest odsłonięty stok z drogą biegnącą od wsi; moja mapa informuje o jaskiniach znajdujących się w bezpośrednim sąsiedztwie tej drogi, na brzegu lasu. Drogę znalazłem, mapa okazała się być dokładna, a nawet zszedłem nią do wsi żeby zobaczyć gdzie się zaczyna; warto było dla samych widoków z tej drogi, kiedyś pójdę tam jeszcze. 




Już blisko pierwszych domów wioski mignęła mi wyróżniająca się w tym szarzejącym, prawdziwie już listopadowym krajobrazie, plama nasyconych, żółtych kolorów: malutki klon trzymał dla mnie wszystkie sześć swoich liści. Doceniając ten gest podszedłem do niego i zrobiłem mu kilka zdjęć. Wracam na szlak: więc byłem na drodze pod lasem, po lewej rośnie tam gęsty młodniak, a ponieważ nierzadko na mapach takie obszary są zaznaczane jako otwarte przestrzenie łąk, pomyślałem, że trzeba mi dojść przez młodniak do ściany starego lasu. Zobaczyłem ścieżkę, właściwie niewyraźną ścieżynkę – wydeptana przez grotołazów! – myśl radosna. Poszedłem nią, po chwili ścieżka zaczęła zupełnie bez powodu zmieniać kierunki, z jednej zrobiło się ich kilka, a na wolnym od drzewek skrawku młodniaka zobaczyłem charakterystyczne wygniecenia w trawie – miejsce nocowania dzików. Rozejrzałem się bezradnie, między drzewami bliskiego lasu majaczył zarys skał. Na pewno tam! Poszedłem uznając, że najpewniej wejście do jaskini będzie w skale, nie w ziemi, wśród traw. Skały faktycznie były, jaskini nie zauważyłem.

Poszedłem dalej rozglądając się, po chwili zobaczyłem czarną dziurę na stromym zboczu parędziesiąt metrów od drogi. Mam jaskinię! Z bliska zobaczyłem czarny, próchniejący pniak na brązowym od liści stoku…

Usiadłem na brzegu drogi, napełniłem kubek herbatą i pijąc, patrzyłem na buki rosnące obok; nie były już żółte, słonecznie świecące jak ledwie tydzień temu, liście miały matowe i brązowe. Nieprzyjemnie mżył drobny deszcz targany porywistym wiatrem. Listopad - westchnąłem. Dwie godziny do zmierzchu; ile mam drogi do przełęczy, a tym samym do samochodu? Godzinę, może trochę mniej, pójdę więc poszukać dojścia do czynnego kamieniołomu na zboczu Połomu, bo po głównej drodze jeżdżą ochroniarze, wejście jest zabronione – postanowiłem. Poszedłem i znalazłem – cóż, kamieniołom jest sporo większy od dziury w ziemi…

Jego widok zrobił na wielkie wrażenie; to już nie jest wyrwa w zboczu jak tyle innych kamieniołomów, nie jest to nawet wąwóz wykopany w masywie góry, jak stara Silesia, tam wyrąbano i wywieziono pół dużej góry! Z górnej krawędzi monstrualnej dziury w zboczu widziałem tarasy wykute w masywie i drogi dla ciężarówek, widziałem kolorowe wnętrzności Połomu, a drobny ruch oczu przenosił wzrok na pobliski Miłek i dalej, na liczne szczyty kaczawskie - do ostatnich gór wschodniego pasma i jeszcze dalej – po majaczące na horyzoncie niebieskie szczyty Gór Wałbrzyskich. Piękny widok także swoim kontrastem.




Zaczynał się zmierzch. Wracając, doszedłem do rozdroża: w którą stronę iść? Tę prawą drogę rozpoznałem, nie pasowała mi, a lewa? Lewej nie ma na mapie, ale wydaje się prowadzić w dobrą stronę, powinna wyprowadzić mnie gdzieś w okolice Skopca – zastanawiałem się stojąc na skrzyżowaniu. Poszedłem lewą, a gdy las skończył się, rozpoznałem stok: byłem na zboczu Ziemskiego Kopczyka, więc niezupełnie tam, gdzie się spodziewałem, ale odchylenie nie było duże. Ucieszyłem się nie tylko z powodu rozpoznania i znajomości dalszej drogi, ale i przyjścia tutaj, na Kopczyk – ładną i lubianą górę.

Szarość zmierzchu powoli zmieniała się w czerń nocy, gdy doszedłem do samochodu.

Bez chwili wahania wędrówkę dzisiejszą uznałem za udaną, chociaż w trakcie jej trwania dowiedziałem się, że kiepski ze mnie poszukiwacz jaskiń.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz