Moja książka

Góry Kaczawskie słowem malowane

250619 Miałem okazję poznać świętokrzyskie drogi i tatrzańskie szlaki, przemierzałem łęczyńskie bagna i podlubelskie lasy, spędziłem ki...

sobota, 27 czerwca 2015

Majowe wspomnienie


Jeżdżę po Polsce. W rytmie zmian wyznaczanych cotygodniową zmianą miejsca pracy i mieszkania zazieleniły się trawy, mlecze zakwitły drobinami słońca wśród zieloności i w chwilę później zakurzyły się parasolkami nasion, wiśnie i jabłonie przez jeden dzień podziwu i jedną noc zapachów oszałamiały pszczoły i mnie, a teraz, zapomniawszy o strojeniu się i zalotach, skrzętnie zajęły się owocami tamtego dnia. W jednym tygodniu towarzyszyła mi brzoza płacząca; w ciągu przeprowadzek nie pamiętam już nazwy miasta, ale drzewo pamiętam. Przed zachodem słońca stawałem przy nim tak, żeby niskie słońce prześwietlało drobne jeszcze listki nadając im barwy złotozielonej. Długie girlandy gałęzi nieodmiennie kojarzyły mi się z rozpuszczonymi włosami kobiety, albo z wyciągniętymi ku mnie ramionami, a gdy podchodziłem do pnia by dotknąć jego białej kory, gałęzie leciutko, pieściwie, muskały moją głowę.
W innym tygodniu towarzyszył mi bez rosnący pod oknem campingu, ten sam bez, którego pamiętam z dzieciństwa: otulający cieniem i zapachem drewniany dom babki na wsi - wspomnienie wzbogacone ostatnio w przedziwny sposób, bo wrażeniami Prousta - ponad czasem i przestrzenią. W innym mieście i tygodniu duch Marcela towarzyszył mi codziennie -  kwitnące głogi rosły tuż przy moim warsztacie. Patrzyłem na nie widząc przemianę w nabrzmiewaniu: pęcznienie maleńkich, zielonych główek, ich metamorfozę w bielejące pąki, otwieranie się, prostowanie kolejnych płatków, odsłaniających wnętrza kwiatów gotowych na przyjęcie zapładniającego owada; widziałem erotyzm przyrody.
W tym tygodniu moim towarzyszem jest wierzba zwieszająca zielone kiście nad moim mieszkaniem. Przed chwilą widziałem je prześwietlone ostatnimi dzisiejszego dnia promieniami słońca, kołyszące się w podmuchach niespokojnego wiatru – zwiastunie burzy zbierającej siły gdzieś za horyzontem. Były uległe, wiotkie, zwiewne, delikatne, piękne.
Niedaleko stąd widziałem kwitnącą akację, siostrę akacji oglądanych gdzieś i kiedyś przez szybę jadącej ciężarówki, aleję drzew, które nie wiedzieć dlaczego utkwiły mi w pamięci. Och, nie, przecież znam przyczynę: to ich zapach, słodko-miodowy, ale i orzeźwiająco-wiosenny, zapach po raz pierwszy poznany do głębi w górach i od tamtej pory z górami kojarzący się.
Burzy jednak nie było. Mocny wiatr owionął mnie gorącym tchnieniem, zmierzwił moje włosy i gałęzie brzozy, i pognał gdzieś dalej, a po dniu została długo gasnąca, wielka i wspaniale kolorowa, łuna zachodu z kłębkami waty granatowymi wierzchem, a od dołu różowymi na tle rozpalonego nieba.

Na jasnym jeszcze niebie wyróżniała się ciemna korona wielkiego dębu – towarzysza tego tygodnia. Wydawało mi się, że nachyla się ku mnie, zazdrosny o mój podziw rozgwieżdżonego nieba. Z drugiej strony lampa uliczna schowana wśród gałęzi klonu barwiła liście na złote i zielone kolory, a wszystkie one były intensywne, nasycone. Jakiś ptak krzyknął głośno w przelocie; może szukał swojej partnerki wśród ciemnych i cichych koron nieruchomych drzew?
Późny wieczór upalnego dnia. Siedzę na klocku oparty o ścianę campingu, na plecach czuję przyjemny chłód blachy poszycia. Mam na sobie tylko krótkie spodenki, moje nagie ciało rozkoszuje się prawdziwie letnim już wieczorem. Patrzę w górę starając się nie słyszeć głośnych rozmów kolegów przy sąsiednim wozie, patrzę na ciemne kontury drzew i na gwiazdy między nimi. Jedna z nich porusza się szybko, zostawiając za sobą jaśniejącą nitkę – jak w tamtą lipcową noc pod Londynem.

To ostatnia noc majowa… Kiedyś, w tym samym lunaparku i w taki sam uroczy wieczór, ale w innym parku, w innym mieście, stałem wśród drzew starając się – jak staram się dzisiaj - uchwycić chwilę – cząstkę pięknego czasu. Wtedy wydawało mi się, że nie udało się, ale teraz, po kilku latach, wobec pamięci tamtej chwili, tak przecież zwykłej, mało znaczącej w moim życiu, teraz myślę, że tamta próba była udana. Może więc i dzisiejsza taką będzie.

Zapisane w czasie podróży.
Przyciągają mój wzrok i radują go swoją zwiewnością i beztroską, gdy biegną obok mnie, jasną nitką przecinając kępy zmierzwionych traw. Są opiekuńcze, gdy dwiema swoimi odnogami biorą w objęcia kępę brzóz; fantazyjnie wiją się między drzewami i wzgórkami, beztrosko wpadają pod koła i tam giną, lub cudem odnajdują się ponownie. Czuję osamotnienie, gdy szukam tej zgubionej między zaroślami, a gdy pojawia się, zwykle wypływając zza drzew w niespodziewanym miejscu, przez moment patrzę na nią nieufnie, nie mając pewności, czy jest tą szukaną, moją, czy może tamtą zgubiłem znajdując inną, obcą, ale już po sekundzie czuję i wiem, że jest moją nawet będąc inną.
Kapryśne, nieprzewidywalne, zmienne, urocze ścieżki polne widziane z okna pociągu.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz