Moja książka

O wydaniu książki

011216 Od wielu lat błądziła po mojej głowie myśl o wydaniu jakiejś części moich tekstów, ale było tak, jak często u mnie, czyli tak, ...

środa, 17 czerwca 2015

O chwilach


170615
Udało mi się wyrwać „na miasto” do fryzjera. Musiałem, bo gdyby żona lub córka zobaczyły mnie tak zarośniętym, nasłuchałbym się uwag o swoim zaniedbaniu. Szedłem parkową alejką wiodącą wzdłuż stawu, z którego bije wysoka fontanna. Gdy pod niskimi, pochylonymi ku wodzie, gałęziami kasztanowca zobaczyłem białe lilie wodne, zszedłem nad wodę. Kilka minut tylko, firma obędzie się beze mnie przez ten czas – tłumaczyłem się przed sobą.
Woda jest tam bardzo czysta, przejrzysta; rośliny wodne pokrywające dno lekko falowały, wyraźnie widoczne, a między nimi uwijały się drobne rybki. Kasztanowiec niemal dotykał tafli wody swoimi zielonymi łopatami liści, a tuż przy mnie unosiły się na wodzie wielkie liście lilii. Jeden kwiat, jakże piękny, rozchylił się, obok kilka pąków szykowało się do swojej metamorfozy. Na powierzchni wody tańczyło migotliwe światło słońca. Patrzyłem chwilę na ten letni obraz, nim podniosłem głowę i rozejrzałem się. W sąsiedztwie stała ławka, siedział na niej starszy mężczyzna i czytał gazetę. W pierwszej chwili pozazdrościłem mu wolnego czasu: ach, mieć go dużo i móc do woli patrzeć na te lilie, siedzieć na ławce, włóczyć się gdzieś tygodniami! Letnie dni i miesiące wolne, przeżywane bez pośpiechu!
W drugiej chwili ponownie, jak wiele już razy, naszły mnie wątpliwości: czy cieszyłbym się tymi dniami tak, jak tą chwilą, albo moimi rzadkimi dniami wędrówek? Czy można nieustannie przeżywać uniesienia i radości? Czy możliwa jest nieustająca otwartość i chłonność umysłu?
Przecież nie – odpowiadam sobie. Prędzej czy później przyjdzie przyzwyczajenie odbierające głębokość i kolory widzenia, urok wędrówek. Przyjdzie i przyniesie swoistą ślepotę i płytkość wrażeń. Nam potrzebny jest kontrast, odmienność, wyjątkowość. Wiosna nie może trwać wiecznie, a raj musi być tracony, jeśli ma być rajem.
Więc zostają tylko takie kradzione chwile?
Niestety, tak. Tylko chwile.
170615
Chciałbym objąć je wszystkie swoją pamięcią, ale nie potrafię. Nie raz rozmyślałem nad tą swoją ułomnością, nim w końcu doszedłem do wniosku, iż to ona sama, moja pamięć, dokonuje wyboru, przechowując te chwile, które najsilniej się odcisnęły we mnie. Jakże często myślimy: tej chwili nie zapomnę; to takie piękne!; nigdy nie przeżyłem nic równie wzruszającego, etc. A po miesiącu, po roku, nie pamiętamy jej, ani ówczesnych uniesień, ale pamiętamy inną chwilę, czasami niepozorną jak niepozorną jest iglica, chwilę, która ledwie nas musnęła, omalże niezauważona, taką drobinkę naszego czasu pamiętamy latami, i gdy podobne okoliczności chwili teraźniejszej przywołają ją, wraca do nas niosąc ze sobą ulotne i zapomniane, zdawałoby się, wrażenia, myśli, nastroje. Dlaczego akurat ta chwila, pytamy się siebie. Odpowiedź wydaje mi się oczywista: bo najsilniej odcisnęła się w naszej psychice. Jest dla nas ważna, bo tworzy nasze wewnętrzne życie, czyli w istocie nas samych.
A dlaczego nie te chwile, które w trakcie ich dziania się były dla nas tak ważne i piękne? Skąd ta niezgodność? Nie wiem. Może nasza pamięć, tutaj pospołu z jakimiś podświadomymi mechanizmami naszej psychiki, uznała je za mniej ważne, niż nam się wtedy wydawało? Całkiem możliwe. Na swój prywatny użytek mówię sobie, że moja pamięć (rozumiana tak, jak wyżej napisałem), jest mądrzejsza ode mnie i lepiej wie, co ważniejsze.
Niewątpliwie ważna jest świadomość przeżywania dobrej chwili, ale czy ona wystarczy, skoro tak podatni jesteśmy na autosugestie, a i ze świadomością czasami dzieje się coś dziwnego…
Plączą mi się po głowie myśli, które trudno mi przełożyć na słowa, tym bardziej, że owe myśli są ledwie domysłem, mglistym przypuszczeniem. Chodzi mi o pewien szczególny rodzaj naszej świadomości chwili. Na co dzień mamy ją przecież, świadomie przeżywamy chwile naszego życia, ale w gruncie rzeczy my ledwie muskamy swoją świadomością nasz czas, ledwie go rejestrujemy w podręcznej pamięci, która już po godzinie, już nazajutrz, jest czyszczona i zapisywana następnymi aktualnie dziejącymi się chwilami. Co ja robiłem wczoraj o tej godzinie? Co się ze mną działo miesiąc temu? Jakże często nie pamiętamy, a jeśli nawet, to raczej szczegóły dotyczące rzeczywistości zewnętrznej względem nas samych: wczoraj o tej porze byłem w drodze, mijałem Poznań jadąc S11 na południe; miesiąc temu?… zaraz… cóż, pracowałem, nie pamiętam gdzie, a wieczorem zapewne czytałem lub pisałem. Ot, i tyle. Prawdą jest, iż nasza pamięć nie pomieści wszystkich dni, a tym bardziej wszystkich chwil naszego życia, ale wydaje mi się, że nie tylko w jej pojemności tkwi przyczyna naszego niepamiętania. Jest także w słabym związku naszej świadomości z chwilą bieżącą, ale obwiniać się o ten fakt nie można, bo po prostu tacy jesteśmy, taką mamy psychikę i tak działa nasza pamięć. Czasami coś się zmienia, jakieś trybiki zazębiają się i wtedy… Co się właściwie wtedy dzieje? Trudno to opisać. Jakaś odmienność w patrzeniu na świat i w jego widzeniu. Pogłębiona świadomość, można by napisać, ale wyrażenie to wydaje mi się zbyt łatwym wytrychem. Sięgam w głąb swojej pamięci, do chwil, o których piszę tutaj, czy raczej chciałbym pisać, i szukam ich wyróżników, a znajduję wrażenia nie dające się wyrazić słowami. To coś, co można nazwać zespoleniem chwili z naszą świadomością, świata wokół z nami, z naszym duchem. Wyraźniejsza niż zwykle świadomość bycia całym sobą, to znaczy duchem i ciałem, tu i teraz. Niczym nieuzasadnione przekonanie o wyjątkowości widzenia i odczuwania. Jednoczesne ja, ta chwila i świat.
Gdybym wierzył w bogów, powiedziałbym, że w takich chwilach odczuwam coś podobnego do zwykłego dla nich stanu ich psychiki.

Kilka lat temu podobne myśli przyszły do mnie w dość nietypowych okolicznościach (nota bene: a jakie okoliczności mają być tutaj typowe?), bo na skraju Urwiska Batorowskiego w Górach Stołowych. Zawarłem je w tekście pod tytułem „Góry Stołowe”. To zbiór tekstów z kilku dni wędrowania tymi górami, jest tutaj opublikowany. Niżej wklejam fragment a propos, ale linku do tego tekstu nie podam, bo nie wiem, jak go tutaj zamieścić. Łatwiej byłoby mi wymienić historyczne uwarunkowania światowości angielskiego, niż znaleźć odpowiednie miejsca i przyciski potrzebne do zrobienia tej sztuczki.

Pierwsze plączą się, zapominane, daty i nazwy, a więc w istocie to, co najbardziej jest nam obce, co sztuczne i umowne. Najlepiej pamiętane jest to, co dla nas jest najważniejsze: pozytywne przeżywanie, chwile dostrzeżenia uroku świata i życia.
Naszego minionego czasu nie pamiętamy w sposób ciągły, a więc tak, jak on upływa; czas jest dla nas wyspami dziania się z rzadka rozrzuconymi w oceanie niepamięci, który tylko symbolicznie istnieje w naszej  świadomości, bo przecież pusty czas zanika, gdy staje się czasem przeszłym. W chwili zapamiętanej, owej wysepce wspomnień wychylającej się ponad poziom martwego oceanu, czas zwalnia, niemal zatrzymuje się, by zmieścić w niej więcej, niż mieszczą dni całe i tygodnie tamtego monotonnego życia.
Nasze wysepki wspomnień są kapryśnymi, bo niezależnymi od naszej woli, skondensowanymi chwilami czasu i przeżywania. Mówimy sobie: to był wspaniały dzień, zawsze będę go pamiętać! – a później zapominamy o nim, albo pamiętamy jakąś jedną jego chwilę, oderwaną tak dokładnie od ram dnia w którym działa się, że tkwi ona sama jedna pośród pustych wód, i tylko jasny promień słońca na świeżych liściach pojawiającego się tam drzewa pozwala kojarzyć nam ją z wiosną niepamiętanego roku i okoliczności.
Czas nasz mija właściwie niezauważony przez nas, mija tak, jakby nie był nasz, mija szeregiem zwykłych, szarych, anonimowych dni naszego życia; usypiamy myśląc o następnym dniu, o planach na weekend, o konieczności zrobienia jutro zakupów, i ani przez myśl nam nie przejdzie pochylić się nad tym dniem. Dniem naszego życia. A później okazuje się, że jednak ten dzień nie był pusty, bo chociaż wtedy jego dar był dla nas ledwie zauważoną drobinką, to teraz, po oczyszczeniu z naszych codziennych trosk, banalnych planów, krzątaniny powszedniej, tego wszystkiego, co wypełnia nam życie i czego nie pamiętamy, zostawia nam jasną perłę przeżytej i zapamiętanej chwili.
Stałem na krawędzi urwiska zataczającego tutaj łuk i patrzyłem na kępy brzóz wdzięcznie wychylających swoje złote korony ponad krawędź zapadliska, patrzyłem na wspaniałe kolory jesieni, a po głowie krążyły mi poplątane myśli o czasie i o pamięci.
Cóż więc zapamiętam z tego dnia? Nie wiem. Karmię pamięć obrazami, wrażeniami i przeżyciami wiedząc, że ona wybierze z mojego dnia to, co było w nim najcenniejsze. Zapamięta go wyróżniając w ten sposób i czyniąc prawdziwie moim.

16 komentarzy:

  1. Naszą pamięć jest litościwa (przynajmniej moja) złe, bolesne wspomnienia zamyka w jednym haśle. Łapię się na tym, że pamiętam tylko jeden najbardziej naładowany emocjami epizod z całej serii smutnych zdarzeń. Z tego powodu kiedyś próbowałam te emocje zapisywać, teraz już nawet nie zaglądam w tamto miejsce, bo poco pamiętać ból? Lepiej mieć tylko świadomość, że w życiu bywają trudne chwile, bardziej docenia się wtedy dobro i piękno. Myślisz, że nie można żyć w stałej euforii? Może i nie, ale mnie przytrafił się taki rok, gdy każdego dnia od nowa chłonęłam piękno świata w równym zachwycie. Jednakowoż cieszyłam się słońcem i deszczem, kwiatami i śniegiem, każdym spotykanym człowiekiem i każdym doświadczeniem. To był cudowny czas.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Owszem, złe chwile wypieramy z pamięci – i dobrze!
      Gdybym miał szukać przyczyn Twojego stanu w ów pamiętny rok, wskazałbym na… miłość.
      Czy dobrze, Anno? -:)

      Usuń
    2. Ja również mam takie przypuszczenia...

      Usuń
    3. A nie, było to odzyskanie poczucie wolności, wyrwanie się że starych schematów.

      Usuń
    4. Och, to szkoda… Nie, co ja plotę! -:) To dobrze, ale piękniej byłoby, gdyby uczucie sprowadziło ten euforyczny stan.

      Usuń
    5. No cóż, Krzysztof. Romantyzm wprowadził nas w błąd.
      A tak przy okazji.
      Co to jest miłość?
      Jest to światło.
      A co to jest małżeństwo?
      To jest rachunek za to światło.

      Usuń
  2. Do chwil wpadłem na chwilę. Ale jeszcze wrócę na dłużej.

    Krzysztof, sposób umieszczania linków podałem Ci w poczcie.
    Jeżeli jest coś niejasne, pytaj.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cześć, Janku. Dziękuję za zaangażowanie, ale uprzedzam: nie wiesz, w co się ładujesz. Mnie nauczyć prztykania klawiszami, to coś podobnego do zjedzenia beczki soli. Dasz radę?:)
      Zaraz otworzę pocztę.

      Usuń
    2. Beczkę soli, powiadasz? Oooo, wróżysz mi (i sobie rownież) jeszcze kawał życia. Nie protestuję. A co do prztykania klawiszami, do trzech razy sztuka, czwarty raz nauka. Wspólnymi siłami poradzimy sobie.

      Eee tam, napracowałem się. Zajęło mi to raptem 25 minut pracy.

      Usuń
    3. Cóż, zdrowie mi dopisuje, to i owo chciałbym jeszcze zobaczyć i przeżyć, więc i ja nie będę protestować.
      Wklejenie linku okazało się być proste, poza, jak pisałem w liście, tym nieznanym, mylącym mnie skrótem url. Janku, mój problem w pewnej mierze leży w nastawieniu. Otóż tyle razy znajdowałem funkcję zupełnie inaczej nazwaną niż według mnie nazywać się powinna, albo oczywistej nie znalazłem, albo działała na opak lub programista przemyślnie ją ukrył, że teraz podchodzę do problemu z apriorycznym nastawieniem: pewnie znowu coś tu jest naknocone i stuknę głową w mur. Moim klasycznym przykładem jest suwak przesuwania stron z edytorze tekstu: ciągniesz go w górę, tekst przesuwa się w dół, bo programista chciał, żeby program myślał za mnie, i ustalił, iż kierunek strzałki wskazuje miejsce tekstu, które chcę zobaczyć. Dla mnie to nielogiczne, a potwierdzenie znajduję w każdym urządzeniu z dotykowym ekranem: jeśli machniesz po nim palcem w lewo, to i treść ekranu tak się przesuwa, nie odwrotnie, jak jest w edytorze. No i oczywiście te nazwy, po których widać nieporadność językową ich autora, te wyjaśnienia (funkcja pomocy), które nigdy nic mi nie wyjaśniły, a jeszcze dodawały wątpliwości. Piszę w czasie przeszłym, bo po wielu niedobrych doświadczeniach dawno już przestałem zaglądać do „pomocy”.
      Janku, mam jako tako wyćwiczony umysł, bez trudu pojąłem, dlaczego z jedną swoją siostrą mogę mieć 45% wspólnych genów, a z drugą 53, ale moja logika jest bezradna przy obsłudze programów. Do tego trzeba czegoś, czego najwyraźniej mi brakuje.

      Usuń
    4. Krzysiu, ze strzałkami i suwakami jest trochę inaczej. One nie służą do przewijania strony, a ich rola polega na przemieszczaniu kursora na stronie, nawet wtedy, gdy on (kursor) jest niewidoczny na ekranie. Do przemieszczania kursora na ekranie służą również klawisze:
      - Page Up - kursor w górę strony (a nie strona w górę)
      - Page Down - kursor w dół strony.
      Do przemieszczania kursora na ekranie (w górę, w dół) służy również kółko myszy. Jeżeli w trakcie przemieszczania kursora, znajdzie się on na brzegu ekranu dana strona zostanie przesunięta w przeciwnym kierunku. I to nas myli. Ten efekt jest podobny do cofania samochodem, gdy patrzymy przez tylną szybę - kręcimy kołem kierownicy w lewo a pojazd skręca w prawo. (o, cholewcia - przyczepa skręca w przeciwną stronę).
      Jeszcze raz: przesuwamy kursor, a przy okazji strona przewija się w przeciwnym kierunku. I do tego musimy się przyzwyczaić (jak do cofania pojazdem)
      Do przemieszczania strony potrzebny jest inny "wichajster".
      Takie "cosik" wymyślili twórcy programów graficznych, a jest to tzw. rączka. Lewym przyciskiem myszy symbolem rączki możemy przesuwać daną stronę w dowolnym kierunku.
      Niestety, nie ma takiego udogodnienia w przeglądarkach.

      Tak myślę, że w przyszłości wszystkie monitory będą dotykowe i kłopoty z przewijaniem stron znikną.

      Usuń
    5. I jeszcze coś sobie przypomniałem. W systemie DOS w niektórych programach działał klawisz Sroll Lock. Jego włączenie powodowało unieruchomienie kursora i za pomocą strzałek można było przemieszczać stronę. Chyba obecni programiści byli na wagarach, gdy ten temat omawiano.

      O, niech mnie kule biją, miało być "wihajster". W moich stronach toto wymawiało się miękko i dlatego tak napisałem.
      Ale ja myślę, że to jest tak samo jak z pisownią wiadomego męskiego organu.
      Ci, co piszą jego nazwę "przez ch" wolą, jeżeli jest dłuższy, natomiast zwolennicy twardszego piszą "przez samo h". Gusta bywają różne.

      Usuń
    6. Janku, nieprecyzyjnie określiłem co nazywam strzałką. Otóż nie miałem na myśli klawiszy, których funkcje jakże dokładnie wyjaśniasz, a strzałki wirtualne, widoczne na prawym brzegu ekranu edytora tekstu. Jest tam też prostokącik pokazujący umiejscowienie wyświetlanego tekstu na całej długości pliku, z reguły właśnie jego używam do przewijania, bo jest szybciej, zwłaszcza w dużych plikach tekstowych, a działa gdy złapie się go strzałką myszki i dodatkowo przytrzyma się lewym jej przyciskiem. Jedno i drugie (strzałki i prostokąt) działają odwrotnie. Odwrotność łatwo wyjaśnić: dla mnie to narzędzia do przewijania tekstu, dla programisty do zajrzenia tam, gdzie pokazuje strzałka. W końcu przywykłem do tej odwrotności, ale miesiącami myliło mi się, bo odruchowo miałem je za narzędzia do przewijania – dokładnie tak, jak palec w dotykowych ekranach.
      Jeszcze słowo o pomocy. Jeśli chciałoby Ci się, zajrzyj do pomocy programu word i dowiedz się o sposobie takiego jego ustawienia, aby początek nowego rozdziału tekstu zawsze zamieszczany był na początku strony. Jeśli wiesz, jak to robić, to postaraj się tak czytać pomoc, jakbyś nie wiedział. Utkniesz w morzu dziwacznych nazw i krzyżowych odsyłaczy.
      Kiedyś doszedłem do tego metodą prób i błędów, czyli ślepych strzałów. Gdy już wiedziałem jak to robić, stwierdziłem, że logiczny i precyzyjny opis uruchomienia tej funkcji zająłby jedno zdanie. Tylko trzeba chcieć i umieć go napisać.
      Dla ścisłości: szukałem tej funkcji jakieś 10 lat temu. Możliwe, że nowsze wersje tego programu mają lepiej napisaną pomoc, chociaż wątpię.
      A jaka ma być pisownia, gdy ktoś jednocześnie chce obie cechy?:)

      Usuń
  3. Taaak, i jeszcze do tego grubszy.

    OdpowiedzUsuń
  4. Tak, niemożliwe jest, abyśmy mogli zapamiętać wszystkie chwile.
    Chwile, które trwały - gdzieś tam, kiedyś tam. Jedne możemy pamiętać inne nie, ale jeżeli w owym czasie był ktoś tam z nami, to ta osoba może nam przypomnieć chwile, która jej właśnie utkwiły w pamięci.
    Krzysiu, czy miałeś kiedyś uczucie, że miejsce i chwila, którą przeżywasz wydarzyły się już w przeszłości? Bo mi się to zdarzało często.
    .

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Witaj, Janku.
      Nie tylko Tobie, skoro odczucie to doczekało się swojej nazwy, chociaż w naszym języku wziętej z francuskiego.
      Skąd to wrażenie? Ja skłaniam się raczej do szukania przyczyn w mechanizmach naszego umysłu i pamięci, ale jak przecież wiesz, tłumaczenia się różne; w deja vu wielu znajduje nawet dowód na reinkarnację, na wspomnienia sprzed swojego życia.
      Świata nie przeżywamy takim, jakim on jest, a takim, jakim widzi go nasz umysł, bo ten nie jest kamerą video, a wysoce skomplikowanym systemem „komputerowym” tworzącym modele świata wokół na podstawie informacji otrzymywanych ze zmysłów. Jego podstawowym zadaniem nie jest ścisłe odwzorowanie rzeczywistości wokół nas, a przeżycie – najogólniej mówiąc. Przeszłość pamiętamy dziwacznie, o czym wyżej nieco napisałem, ale dalece nie wszystko. Nie wspomniałem, na przykład, o mieszaniu w naszej pamięci wspomnień z różnych czasów, z różnych chwil. Wydaje się nam, że działy się razem, ale tak nie było. Ileż to razy doświadczyliśmy niedowierzania lub zdumienia, słysząc znacznie różniące się wspomnienia drugiej osoby ze wspólnie przeżytych chwil sprzed lat!
      Jeśli to wszystko poskładać do kupy, a i dodać jeszcze to i owo, deja vu może przestać dziwić, nadal pozostając miłym, ciekawym, a nawet poruszającym przeżyciem.
      Tak to widzę, Janku, oczywiście w skrócie, i oczywiście nie traktuję swoich domysłów za jedynie prawdziwe i nie do zbicia. Z chęcią poznałbym jasno i dokładnie wyłożone inne tłumaczenia.

      Usuń