Moja książka

Góry Kaczawskie słowem malowane

250619 Miałem okazję poznać świętokrzyskie drogi i tatrzańskie szlaki, przemierzałem łęczyńskie bagna i podlubelskie lasy, spędziłem ki...

niedziela, 14 czerwca 2015

O czerwcu, iglicy i o telefonach


120615

Szamotuły, kolejny festyn. Warty zapamiętania z powodu odgłosów dobiegających ze sceny, jako żywo przypominających muzykę rozrywkową, a nie przeraźliwy zgrzyt rozklekotanej szlifierki, jak to nierzadko jest na festynach.

W kaczce, dziecinnym pociągu, siedziała czteroletnia dziewczynka, a przy ogrodzeniu stał jedenastoletni chłopak. Ilekroć wagonik z małą przejeżdżał obok, wyciągał dłoń i muskał jej włosy, a ona śmiała się do niego. Patrząc na tą ciepłą scenkę, pomyślałem, że z tego chłopca wyrośnie porządny facet.

Tutaj, w szamotulskim parku, kilka lat temu zobaczyłem maleńką roślinkę z różowymi, drobnymi kwiatkami, tutaj wzruszyłem się jej rozdeptaniem przez kolegów z firmy.

Wczoraj, po godzinie dziewiętnastej, o cudownej porze dnia w czerwcu, gdy silne jeszcze, ale wyraźnie niższe, słońce nie piecze, a pieści świat swoim ciepłem i barwi zieleń drzew, będąc już po pracy, poszedłem tam, gdzie staliśmy wtedy. Z pochyloną głową kręciłem się trochę między wielkimi kasztanowcami (z tamtego pobytu tutaj pamiętam ich liście uroczo oświetlane parkowymi lampami), nim rozpoznałem miejsce: tutaj stała karuzela Ranger, swoimi potężnymi łapami zaparta o ziemię. Teraz w tym miejscu stała ciężarówka, wyjmowano z niej aluminiowe kratownice sceny. Gdzieś tutaj… rozglądałem się i po chwili znalazłem ją.

Dziwnie mieszają się nasze myśli: klęknąłem nad malutką iglicą, tą samą (a może nie, może nad jej potomkiem?), która wtedy nie przeżyła ustawiania karuzeli, czując radość i coś podobnego do rozczulenia, ale jednocześnie przez głowę przeszła mi myśl o wygodzie chodzenia w roboczym ubraniu, bo oto mogę klęknąć lub usiąść na ziemi nie martwiąc się o czystość ubrania. Siedziałem przy tej mojej pierwszej, a przez to wyjątkowej, ponownie odrodzonej iglicy. Kwiaty miała nieliczne, małe, średnicy mniejszej od centymetra, płatki nierówno rozłożone na obwodzie, takie biedne, jakby wymęczone, ale przecież to była TA iglica. Była po prostu ładna. Dlaczego znowu nie wziąłem aparatu?

Dziwność jest też w działaniu naszej pamięci, w naszym przeżywaniu, w wyborach tego, co będzie pamiętane i tego, co tylko w tej chwili wydaje się być ważne, a czego ślady w nas zaciera nieodległy czas. Im jestem starszy, im więcej mam wiedzy i przemyśleń, tym bardziej utwierdzam się w przekonaniu o ważności takich zwykłych chwil, jak tamta sprzed kilku laty, jak ta obecna. Chwil, które ze światem zewnętrznym niewiele mają styczności, ledwie jakąś niepozorną roślinkę – jak tutaj – a w całej swojej pozostałej rozciągłości tkwią w nas, są elementami mozaiki, z której składamy naszego ducha, nasz wewnętrzny świat.

Gdy podniosłem głowę, zobaczyłem leżące wokół siebie elementy sceny i kilku mężczyzn ciekawie zerkających na mnie.

Ona znowu nie przeżyje – pomyślałem. Odchodząc, odwróciłem się i raz jeszcze spojrzałem na maleńkie kwiatki. Nie wiem, czy za rok, czy za dwa, ale wrócę do was – pomyślałem, jakbym słał komuś pożegnanie.



Słowo nie na temat, bo o zmianach w naszym języku.

Ktoś bardzo niefortunnie nazwał telefon GSM telefonem komórkowym. Związek etymologiczny jest, ale raczej ściśle techniczny i właściwie nijak się mający do cech tego telefonu bez kabelka. Mówiąc wprost: nazwa jest dziwaczna. Zawsze podobała mi się angielska nazwa: telefon mobilny, bo jest jasna i bardzo adekwatna, natomiast komórka kojarzy mi się z szopą na węgiel lub narzędzia ogrodnicze, i ze szpanerstwem pewnej grupy ludzi w latach dziewięćdziesiątych minionego stulecia. Właśnie z powodu szpanowania nikt wtedy nie nazywał telefonu bez kabelka telefonem, a komórką. To słowo było akcentowane, podkreślane, czasami ostentacyjnie. „Mówię z komóry” – słyszało się głośne obwieszczenia swojego statusu materialnego. W tamtych czasach były dwa rodzaju telefonów: (zwykły) telefon i komórka. Od kilku ładnych lat obserwuję zanikanie tego słowa, a powrót starego, swojskiego telefonu. Mamy więc telefon w tradycyjnym znaczeniu tego słowa, i telefon noszony w kieszeni. Odpowiedź na pytanie o przyczynę tej zmiany wydaje się łatwa, a jest nią radykalne obniżenie cen i powszechna dostępność telefonów komórkowych. Skoro nie ma już czym szpanować, jako że nawet dzieci mają komórki, wyraz stopniowo przenoszony jest tam, gdzie od początku było jego miejsce: na śmietnik wyrazów nietrafionych, źle wymyślonych, wyrazów, których czas i użytkownicy języka zweryfikowali negatywnie.

Zaryzykuję twierdzenie o początkach następnej przemiany znaczenia słowa telefon. Obecnie w zasadzie nie można domyślić się, czy mowa jest o tym, czy o tamtym rodzaju telefonu, ale zauważalna jest tendencja do używania tego słowa w znaczeniu telefonu bez przewodów, czyli GSM. Powód i tutaj jest łatwy do wskazania: ilość telefonów mobilnych jest znacznie większa od telefonów stacjonarnych. W nieodległej przyszłości słowo telefon będzie w domyśle oznaczać telefon mobilny.



W nieposegregowanych tekstach znalazłem parę zdań o czerwcu. Trudno byłoby mi ustalić z którego jest roku, ale czyż cała przyroda nie zatacza rokrocznie pełnego kręgu, idąc starymi swoimi śladami? Przecież tak, a my, w tych rzadkich chwilach patrzenia szeroko otwartymi oczami, gdy uda się nam przebić przez powłokę codzienności i przyzwyczajenia, mamy wrażenie oglądania jej przemian po raz pierwszy.



Czerwiec

Szedłem skrajem lasu, wśród wysokich traw, z dłońmi otworzonymi, wyciągniętymi przed siebie, czesząc palcami zielone kłosy i czując ich łaskotanie między palcami. Zapach nagrzanej trawy mieszał się z kurzem suchej ziemi tworząc wyjątkową mieszankę: ciepły, słoneczny zapach jednoznacznie kojarzący się z latem. Od gęstej kępy krzewów i drzew przy drodze ciągnął przyjemny chłód zielonej barwy. W głębi liściastego lasu, pod gęstą koroną klonów i dębów, na brzegu wilgotnego duktu leśnego, gdzie głęboki cień niepostrzeżenie zmieniał się w mrok, wśród patyków i zeszłorocznych liści, rósł kwiat o małych, bladowrzosowych płatkach. Główkę miał pochyloną na bok, jakby patrząc gdzieś tam, między drzewa, chciał dostrzec swoich zgubionych braci, a wysoko nad nim szczyty drzew, trafione silnym słońcem końca czerwcowego dnia, jaśniały zieloną pozłotą. Las miał wiele zapachów. Na brzegu były ciepłe, na pół polne jeszcze, podkreślane cichym, ale wyraźnie słyszalnym buczeniem pszczół. Dalej, pod wielkimi, zielonymi łapami klonów, las był chłodniejszy, bardziej nieruchomy, nie było tam wiatru mieszającego zapachy. Idąc, rozróżniałem liczne jego archipelagi. Najintensywniej pachniała czeremcha, a jej zapach wcale nie był odrzucający, jak to gdzieś przeczytałem; dalej sosna rozsiewa wokół swój żywiczny aromat ciepłych i słonecznych dni lata; kępa paproci rosnących na brzegu mokradła miała gorzki, intensywnie zielony zapach; piramida ściętych pni ułożonych na brzegu duktu pachniała drewnem, właśnie drewnem - nie drzewem; pod szerokimi ramionami świerku wydawał się być obecny ślad zapachu gór, a dalej stała zapomniana przez wszystkich akacja i wołała mnie miodowym aromatem swoich kwiatów. Inaczej pachniał las gęsty, skupiony, mroczny, inaczej rzadszy, rozgarniający swoje drzewa by dać im światło i przestrzeń zmieniające barwy zapachów, ale w każdej chwili i w każdym miejscu obecna była jeszcze jedna woń: niemożliwy do nazwania zapach wiosny zmieniającej się w lato.

Zapach czerwca.



8 komentarzy:

  1. Zapachy... chwilowe, ulotne... nie do zatrzymania... Chyba najbardziej nietrwałe doznanie. Trudne do określenia, jeszcze trudniejsze do opisania. A ja poczułam zapach Twojego lasu, z jego różnorodnością. Chociaż pewnie moje wyobrażenie jest inne od Twojego ze względu na inne doświadczenia, inne postrzeganie.
    Dla mnie zapachy są kwintesencją miejsca, wystarczy tylko ulotna woń, prawie wspomnienie jakiegoś zapachu, bym myślami przeniosła się do miejsca związanego z zapachem, do emocji, które mu towarzyszyły.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Anno, to, co napisałaś, jest z gruntu proustowskie. Właśnie o takich wrażeniach, o splotach teraźniejszości z przeszłością, o wracających do nas dawnych emocjach, o różnicach między ludźmi w postrzeganiu i przeżywaniu świata, pisał Marcel Proust w swoim „Poszukiwaniu”. Dla porządku dodam, że przede wszystkim pisał o czasie, ludzkim czasie.
      Czytając posty Twojego bloga, zauważyłem ważność zapachów dla Ciebie; ładnie tam piszesz o nich, właśnie jak o czymś ważnym. Dla mnie ważniejsze są ślady – moje i moich bliskich – zostawione gdzieś tam.
      Gdy przeczytałem ten „leśny” tekst, pierwsze, co przypomniał mi, to wrażenie łaskotania źdźbeł miedzy palcami, drugie były zapachy. Pod wieczór, zwłaszcza po ciepłym dniu, są one wyraźniejsze, nieprawdaż? Trafiłem wtedy na taką właśnie zapachową chwilę.

      Usuń
    2. Mnie się wydaje, że najwyraźniejsze są o poranku, gdy wychodzimy z mieszkania pełnego dusznych, nocnych woni na chłodny świt, pachnący oczekiwaniem, nadzieją...ale to tylko moje odczucie, bo przecież lubię świty... Tak, zapachy są dla mnie wyjątkowo ważne. Z różnych powodów, jednym jest zapewne fakt, że nie pamiętam twarzy mojej mamy, jej głosu, dotyku jej rąk, ale... pamiętam zapach tych rąk.
      A po Prousta sięgnę w wakacje , muszę nadrobić tę karygodną zaległość.

      Usuń
    3. Świt jest piękny, to prawda, ale taki zaspany! Mógłby, doprawdy, nie zaczynać się o tak wczesnej porze dnia:)
      Dlaczego karygodna zaległość? „Poszukiwanie” jest dość trudną i mało znaną książką. Mnie się spodobała, ale, jak już pisałem w rozmowie z Tobą, większość uznanych dzieł literackich nie podoba mi się. Wcale a wcale nie mam tego za karygodne:)
      Po cichu powiem Ci, Anno, że zacząłem czytać Prousta namówiony przez znajomą, ale gdzieś w okolicach trzydziestej strony odłożyłem. Znajoma zrobiła mi wielką awanturę, więc wróciłem do lektury, bo cóż innego mogłem zrobić. Później zrozumiałem, że złe było moje nastawienie: tej książki nie czyta się dla dowiedzenia, co się będzie działo dalej, bo to, co akurat jest czytane, jest tym dzianiem się i innego nie ma. Tekst trzeba smakować powoli i z namysłem. To lektura na spokojny czas kilku miesięcy.

      Usuń
  2. Są chwile i przeżycia, których nie potrzeba utrwalać aparatem, ważniejsze jest, by mieć świadomość, że właśnie się nam przydarzają. To odczucie nachodzi mnie coraz częściej. Prawdą jest, że dzięki aparatowi fotograficznemu nauczyłam się dostrzegać więcej, a może nawet vidzieć, ale albo moje własne przeżycia są piękniejsze, albo (co pewne) mój warsztat dokuczliwie kuleje. Chwila, zjawisko nieudolnie utrwalone stają się nieciekawym, irytującym kadrem, który wędruje do Kosza, a z nim znaczna część urody chwili przechowywanej w pamięci. Może więc lepiej chłonąć rzeczywistość na żywca? Tylko... jak ocalić te chwile od zapomnienia, odróżnić tę jedną od setek, tysięcy innych, równie pięknych i wzruszających?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ciekawe myśli, Aniko. Dziękuję Ci za ten komentarz.
      Jak Ty ze zdjęciami, ja mam ze słowami: raz napisane, jakby nabywały osobowego bytu. Gdy uznam, że nie pasują mi do reszty tekstu, albo że nie tak wyrażają myśl, jak chciałbym, szkoda mi je tak po prostu wykasować – jakbym miał w ten sposób zatracić część myśli tam zawartych i mojego czasu. Bywa, że wycinam te słowa i przechowuje w specjalnym pliku, a później nie wiem co z nimi zrobić. Dopiero czas weryfikuje wybór i dokonuje ostatecznej oceny.
      Zainspirowałaś mnie do napisania tekstu o przeżywaniu naszego czasu, za co składam Ci osobne podziękowanie. Napisałem go dzisiaj, teraz, i chyba zaraz opublikuję. Będzie dalszym ciągiem mojej odpowiedzi na Twój komentarz.

      Usuń
  3. O zmierzchu, w nocy i o świcie zapachy lasu i łąk są bardziej intensywne niż za dnia. Osiadająca na roślinach rosa potęguje ich zapach. Wieczorem otwierają się niektóre kwiaty i zaczynają wydzielać zapachy, które wabią motyle nocne, czyli ćmy. Czułki tych motyli są kształtu wiech i grzebyków i potrafią wychwycić z dalszej odległości interesującą ich woń. Noc w lesie jest piękna i pełna swoistego czaru.
    Chwilo trwaj...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Janku, rzadko udaje mi się być w letnią i ciepłą noc w lesie, ale tym bardziej pamiętam jej uroki: oczywiście zapachy, tak intensywne w ciepły wieczór, a gdy się ściemni, także odgłosy i ledwie widoczne kształty wokół, budzące czasami tak wiele emocji:) W ostatnich dniach myśl o takich nocach przyszła do mnie parokrotnie w formie wyrzutu i jednocześnie tęsknoty, bo też te dni i noce nie są z tych najładniejszych:(
      Gdzieś czytałem informację o niesamowitej czułości zmysłu węchu motyli nocnych – że jest znacznie większa od czułości powonienia psów. Ćmy potrafią wychwycić zapach samicy w ilościach skrajnie śladowych. Wiesz coś więcej o tym, Janku?

      Usuń