Etykiety

Moja książka

Wrażenia i chwile

 150422 Dzisiaj jest umowny dzień premiery mojej nowej książki.    „Książka jest o wrażeniach, o przeżywaniu zwykłych dni i zdarzeń, o chwi...

czwartek, 9 stycznia 2025

Zima na Roztoczu

 060125

Pierwszy w tym roku i pierwszy prawdziwie zimowy wyjazd na Roztocze. Chciałem pojechać nieco dalej, ale nad ranem drogi były tak śliskie, że zmieniłem plan i skręciłem do Cieślanki, wioski w pobliżu Kraśnika, a więc na zachodnich krańcach krainy. Znam tam kilka uroczych i chętnie odwiedzanych miejsc, ale, szczerze mówiąc, po sześciotygodniowej przerwie byłem na takim głodzie, że pojechałbym gdziekolwiek, byle pola były i dróżki.

Trochę już zapomniałem jak się chodzi, czy raczej jak się ślizga, po polnych drogach zasypanych mokrym śniegiem. Udało mi się nie przewrócić, ale poślizgnąłem się nieskończoną ilość razy.


 Ranek był… klasycznie zimowy, powiedziałbym. Czarno-biały świat z przewagą czerni, ale później się nieco rozpogodziło. Zadziwia mnie moje własne postrzeganie krajobrazu przy takiej aurze. Trudno przecież znaleźć w nim typowe cechy urody, skoro niemal zupełnie brakuje kolorów, światło jest szare, drzewa stoją czarne i nagie. Na dokładkę wieje wiatr, przeszkadza szczelnie zapięty pod brodą kaptur i marzną dłonie, a załatwienie potrzeby jest kłopotliwą ekwilibrystyką. Mimo tych wszystkich cech znajduję przecież urok w tym szarym świecie.

Miedze i wąskie pola

 





Najpiękniejszy, najbardziej charakterystyczny, oglądany z największą przyjemnością estetyczną, jest dla mnie widok pagórków z wąskimi polami rozdzielonymi wysokimi miedzami ocienionymi drzewami. Bardzo często skręcam ku nim, oglądam z bliska, a w ciepłe dni w takich miejscach urządzam przerwy. Bywa też, że wspomniawszy któreś, specjalnie tak planuję wyjazd i trasę, by je odwiedzić. Co właściwie odwiedzam i kontempluję? Nie wiem, naprawdę nie wiem. Kiedy próbuję rozebrać wrażenie na drobne, ono niknie, więc myślę, że urok tych miejsc tkwi w wyjątkowym i specyficznym dla Roztocza połączeniu cech. Sama miedza jest wyjątkowa, będąc siedliskiem dla wielu gatunków roślin i małych zwierząt. Miedza jest dla nich enklawą, niemal Edenem pośród nieskończonej ilości dokładnie takich samych roślin uprawianych, niemalże produkowanych, przez człowieka tuż obok. Ileż tam ziół, kwiatów, przeróżnych owadów! Jaszczurkę można też zobaczyć na nasłonecznionej łysinie, a wśród gęstych krzewów tarniny gniazda ptasiego drobiazgu. Dzisiaj oczywiście nic z tych letnich cudowności nie widziałem, nawet nie wchodziłem na rozmoknięte pola, ale samo patrzenie było przyjemnością. Wiadomo, że wrażenie jest największe przy połączeniu przeżyć chwili bieżącej ze wspomnieniem, ale myślę, że tutaj i kształty – zarysy poletek pnących się do nieba, owe niesymetryczne miedze i drzewa nad nimi – swoje uczyniły. Zatrzymywałem się i patrzyłem.

Domy na Roztoczu

 

Parę lat temu widziałem ten dom po raz pierwszy. Jeszcze wyraźne były ślady dawnej świetności i nie było dziury w dachu. Dużym nakładem pracy, ale nadawał się do naprawy, teraz już raczej nie. Młodzi wyjechali do miast, starzy siali póki mogli, aż któreś żniwa okazały się być ostatnimi. Obejścia zaczęły zarastać chwastami, dachy się zapadały, a zostawiony, nikomu już niepotrzebny, sprzęt rolniczy zardzewiał. Wiele jest takich domów i całych gospodarstw rolnych na Roztoczu. Kiedy wejdzie się na podwórze, czuć emanujący z budowli smutek opuszczenia, a we mnie budzi się wtedy żal i protest. Jak niemal wszyscy Polacy jestem potomkiem rolników, a jako nastolatek doświadczałem trudów żniw. Nasze pochodzenie mamy wpisane w nazwę ojczyzny, jako że Polska z pól się wzięła lub, jak niektórzy wywodzą, z płaskich równin. Pola wykarmiły naszych przodków, wykształciły ich język i uformowały z nich społeczność, dlatego łza mi się zakręciła w oku, mimo mojej religijnej obojętności, gdy zobaczyłem ten krzyż.

 1809 BOŻE BŁOGOSŁAW NASZE NIWY”…

Działania skutkujące likwidowaniem rolnictwa są nie tylko pozbawianiem się bezpieczeństwa żywnościowego i utratą źródła utrzymania dla paru milionów Polaków, są też, a nawet są przede wszystkim, podcinaniem korzeni naszej tożsamości narodowej. Tkwią one nie w Brukseli, nie na Zachodzie czy na ulicach miast, a na polach i polnych drogach, w łanach zbóż zbieranych przez rolników stawiających takie krzyże jak ten.

 Dla odmiany: równie stary, ale mniejszy i zamieszkały dom. Ileż on może mieć powierzchni? 40 metrów? Chyba nie więcej. Kiedyś w takich chałupkach żyły wieloosobowe rodziny, w tej mieszka emeryt, z którym rok temu miałem okazję rozmawiać. Obaj, dom i człowiek, zapewne razem zakończą życie. Kto wtedy przejmie ziemię? Sąsiad, czy niemiecki lub holenderski koncern? A może będzie leżała odłogiem, wzgardzona, bez wartości, pozornie niepotrzebna?

Wąwozy

 


Szedłem dobrze znaną okolicą, ale dzisiaj po raz pierwszy skręciłem w boczną drogę niewiele dalej niknącą wśród drzew, i po chwili byłem u wylotu wąwozu. Nie jest głęboki, w formie raczej jest jarem, a zachęcał do pójścia dalej brakiem krzaków i śmieci. Były rozgałęzienia, drzewa rosnące na stromiznach, inne zwalone w poprzek drogi, małe buczki w miodowych kolorach, tak malownicze na tle białych zboczy, była też ciekawość: co zobaczę za zakrętem?

Dwie są cechy charakterystyczne dla Roztocza i tak wyraźne tylko tutaj: wąskie poletka z wysokimi miedzami i właśnie takie doły lub zdebrza, jak mówią miejscowi. Są różnej wielkości, od małych dołków wśród pól okrytych kilkoma drzewami, do całych labiryntów ciągnących się kilometrami, miejscami dzikich i trudno dostępnych. Są wszędzie: gdzie zagajnik na polu albo mniejszy czy większy las, tam są roztoczańskie doły. Dnem niektórych wiodą drogi albo ścieżki, częściej jednak są wydeptane przez zwierzynę niż ludzi; są i takie, w które nikt nie zagląda poza sarnami. Bywają błotniste i zarośnięte, a przez to trudne do przejścia, ale i są suche, jasne, z plamami słońca na dnie. Zaskakują różnicami poziomów, kształtami właściwszymi raczej skałom niż lessom, olbrzymimi bukami licznie tam rosnącymi. Zaskakują też i uwodzą nagłą zmianą otoczenia: jeden krok potrafi dzielić zarośnięty ciemny dół od jasnych i równych pól; widnokrąg odległy o dziesięć kroków i o tyleż kilometrów. Są świadectwem siły i różnorodności życia, zarówno fauny jak i flory, co szczególnie widać w bezpośrednim sąsiedztwie monokulturowych pól.

Brzozy

 




Te drzewa łączą w sobie cechy odmienne, a nawet wzajemnie się wykluczające: skromności i wdzięku, powszechności i wyjątkowości, delikatności i wytrwałości, a w końcu urody niepodległej wiekowi. Nie ma innego gatunku drzew, który miałby tyle cech jednoznacznie kobiecych, nie ma równie pięknych o każdej porze roku.

Jestem racjonalistą i technikiem, nader trudno mi się przekonać do pewnych, dość dziwnych dla Europejczyka, kuracji wschodnich – z jednym wyjątkiem: dobroczynnego wpływu brzóz na nas.

Cytat z tej strony: >>Brzoza – to drzewo dobre na wszystko, bardzo przyjazne człowiekowi, pomocne dla ludzi żyjącym w ciągłym stresie. (...) działa uspokajająco, łagodzi stany depresyjne, pomaga pozbyć się złości, strachu i gniewu. (…) Brzoza to bez wątpienia najżyczliwsze ludziom drzewo na świecie. Uważana za matkę lasu, podobno leczy nie tylko ciało, ale i duszę. <<

Tak właśnie jest! Pozytywny wpływ brzozy czuję wyraźnie i niemal natychmiast po jej dotknięciu wnętrzem dłoni. Emanacja brzozy jest jak uśmiech kobiety.

Obrazki ze szlaku

 

Widziałem błyszczące pnie buków. Sprawdziłem dłonią, były oblodzone i śliskie. Pionowe lodowisko? Dla kogo?

 Obcość. To właśnie poczułem widząc ten plastikowy kubek wyrzucony przez człowieka, którego estetyka, kultura i stosunek do natury są mi tak obce, jak kosmici.

 Odrobina słońca rozjaśnia i wypięknia świat. Niech się ta ponętna małolata Wiosna nie obraża kiedy powiem, że i pani Zima jest ładna tylko jeśli się uśmiechnie, mimo jej wieku i częstych chmurnych nastrojów.



Zachód słońca. Całe życie widzę zmiany długości dni, ale przywyknąć nie potrafię. Słońce zaszło przed szesnastą, a więc o godzinie, która za pół roku będzie niemal w połowie dnia! Przyznaję jednak, że te króciutkie, ledwie kilkugodzinne, dni mają swoją zaletę: mogę chodzić do zmroku, a do domu wracać po ciemku, bez czynionych sobie wyrzutów o zbyt wczesne zakończenie włóczęgi. Żyjemy w najlepszym z możliwych klimacie umiarkowanym. Możemy narzekać na zbyt długą zimę, na krótkie dni, ale czy potrafilibyśmy cieszyć się ciepłem i słońcem żyjąc w tropikach, w których nawet długość dnia niewiele się zmienia?

Buty

 


Moje liczne poślizgnięcia się dzisiaj na szlaku niewątpliwie są świadectwem narastającej (na szczęście powoli) niezdarności, ale i stare podeszwy w butach mają swój udział. Buty, które miałem dzisiaj, używam w czasie mrozów lub spodziewając się wyjątkowo mokrych szlaków, ponieważ trudno je przemoczyć i mogą zmieścić stopę z dwiema parami grubych skarpet oraz ciepłe wkładki. Mam je 12 lat i nadal są w bardzo dobrym stanie, ale gumowa podeszwa jest do wymiany, ponieważ stara guma twardnieje, a przez to staje się śliska. W butach tego rodzaju podeszwę można wymienić, i chociaż operacja kosztuje przynajmniej 3 setki, trzeba mi to zrobić. Buty są ze skóry, więc wyrzucone na śmietnik zgniją w sposób naturalny; zostanie po nich jedynie gumowy płat podeszwy. To właśnie, czy trwałość i użycie naturalnych surowców, jest ekologią, a nie brednie o „ekologicznej” sztucznej skórze butów mających dwuletnią żywotność. Tak wyglądały te buty gdy je kupiłem w 2012 roku; teraz są jedynie ciemniejsze i mają trochę rysek na skórze. Przeżyją mnie, to pewne.

Jeśli już o trwałości piszę w związku z ekologią, dodam, że nie ma technicznych powodów uniemożliwiających wyprodukowanie w rozsądnych cenach samochodu czy lodówki mogących działać ćwierćwiecze i dłużej. Jest za to chytrość korporacji i nasze rozpasanie konsumpcyjne wspierane pseudo ekologią.

Trasa: wokół Cieślanek na zachodnim Roztoczu.

Statystyka: nieco ponad 8 godzin na szlaku długości 12,5 km.

 














sobota, 4 stycznia 2025

Zima na kaczawskich szlakach

 040125

Na pewien czas mam dość czytania i pisania o tych różnych izmach współczesności, a myślę, że bywalcy tego miejsca też woleliby odpocząć bliżej przyrody. Tak zrodził się pomysł na pokazanie zimy z moich wędrówek. Nieco naiwnie myślałem, że w jednym wpisie zawrę wszystkie moje zimy na kaczawskich szlakach, a okazało się, że musiałbym napisać cały cykl wspomnień. Może to zrobię?

Zapraszam na szlaki pierwszych moich zimowych wędrówek po Górach Kaczawskich.

* * *

 Styczeń 2011 roku, pierwsza kaczawska wędrówka. Na zdjęciu Dudziarz i Polana Czterech Świerków. Tamtego dnia nie wiedziałem, na jaką górę patrzę, nie wiedziałem o późniejszym nadaniu nazwy polanie, o kilku dniach włóczenia się po zboczach tej góry. Nie wiedziałem o rozpoczynającej się tego dnia mojej wieloletniej przygody z Górami Kaczawskimi.


 Z dopisków:

>>Rozejrzałem się: w jednym tylko miejscu mokry, ciemny śnieg zdradzał obecność ukrytego pod nim strumyka. Ciche pluskanie wody i moje głośne sapanie. Wstrzymałem oddech. Najdelikatniejszy szmer osuwających się po kurtce płatków śniegu i… cisza. Na małej polance samotnie stojący świerk szeroko rozkłada swoje białe górą, dołem ciemnozielone, prawie czarne ramiona, a za nim droga i las nikną we mgle. Koniec szlaku. Świat był małym kręgiem drzew wokół i kawałkiem ledwie widocznej dróżki. Cisza go otulała i mgła. Rozejrzałem się: szeroki, nieruchomy świerk, srebrzyste badyle, ciemna plama mokrego śniegu, za mną świeże ślady. Podobał mi się ten świat. Był nostalgiczny. Mój.

Ruszyłem dalej. Ślady za mną i krąg mgły wokół poszły za mną. Drzewa ruszyły w przeciwną stronę. Cisza wypełniła się odgłosami marszu: szeleszczącym tarciem ortalionu kurtki, cichym, miękkim, czasami trzepoczącym odgłosem ocierania się nogawek spodni, stękaniem śniegu ugniatanego butami.<<

 

Sztolnia gdzieś na Żeleźniaku, a w niej dzieło natury widziane tylko raz, właśnie wtedy: lodowe stalagmity.

 9 grudnia 2012 roku, Śnieżka o wschodzie słońca; widok z Łysej Góry. Zdjęcie zrobił towarzysz tamtej wędrówki.

Nieco wcześniej, na zboczu Łysej, kolega zrobił mi zdjęcie, po latach wykorzystane w projekcie okładki mojej ostatniej książki. Powyżej zamieszczam oryginał.


 Bliski koniec tego samego dnia; słońce zbliża się do Stromca, za ćwierć godziny schowa się za jego grzbietem.

 Śnieżne muldy oświetlone niskim słońcem.

 




Czternasta wędrówka, styczeń 2013 roku. Mgła, mróz i szadź zmieniająca drzewa i krzewy w baśniowe stwory z krainy świętego Mikołaja.

 Samotny dąb pod wzgórzem Ulina. Tamtego dnia widziałem tego próchniejącego staruszka po raz pierwszy, w późniejszych latach odwiedzałem kilkakrotnie. Rośnie w pięknym miejscu, widać go z daleka, a stojąc przy nim, wzrok leci równie daleko. Kiedyś przyszło mi do głowy, że tysiąc lat temu byłby obwieszony darami wotywnymi, a obok stałby ołtarzyk słowiańskiego bóstwa.

Obok zaczyna się rozległe pole. Kiedyś widziałem na nim przeogromną ilość kwitnących bratków polnych, czyli fiołków trójbarwnych. Widok nie do zapomnienia.

Miałem pisać o zimie, nie o kwiatach, ale właśnie takie są ścieżki moich wspomnień kaczawskich: obrazy i wrażenia pojawiają się same nie zważając na pory roku i chronologię.

 

Biwak. Tak zatytułowałem to zdjęcie zrobione 12 lat temu. Dzisiaj spojrzałem na nie i od razu pomyślałem o pewnej drodze biegnącej między wzgórzami Kobyła i Źróbek. Sprawdziłem trasę tamtego dnia i z satysfakcją dowiedziałem się, że szedłem tamtędy. Oczywiście nie zawsze, a właściwie dość rzadko się zdarza, abym na podstawie wyglądu drzewa poznał miejsce, ale w końcu przeszedłem cztery tysiące kilometrów drogami i bezdrożami Gór Kaczawskich.

 Sokoliki i Karkonosze widziane z Gór Ołowianych.

Te dwie góry Rudaw Janowickich widuję z wielu miejsc Gór Kaczawskich, a są stałymi towarzyszami szwendania się po zboczach Dudziarza. Ich widoczne z daleka największe skały, a zwłaszcza zrywająca się do lotu Jastrzębia Turnia, zawsze mnie kusiły – i nie raz im się to udało. Zdjęcie zrobiłem w lutym 2013 roku.


 Brzozy na zboczu Maślaka. Tamtego dnia idąc w gęstej mgle zgubiłem drogę, ale dzięki temu zobaczyłem znane mi już brzozy wyłaniające się z zamglonego niebytu. Były niczym zjawy z cudnego snu, którego nie chcemy przerwać obudzeniem. Później widziałem je wielokrotnie: nagie, w zwiewnej szacie wiosennej, w pełnym letnim słońcu, widziałem też jesiennie wystrojone, a zawsze piękne i moje. Trudno mi już zliczyć w tych górach drzewa uznawane za moje, jest ich naprawdę wiele. Kiedyś wspomniawszy grupę rosłych buków, zapragnąłem je odwiedzić, ale okazało się, że... nie pamiętam gdzie je widziałem. Czasami tak bywa, że nasza pamięć jest nieprzenikniona jak mgła w tamten dzień, ale przecież przychodzi czas podniesienia się mgły i przypomnienia. Buki odwiedziłem i od tamtej pory pamiętam gdzie rosną.

 Zdjęcie zrobione tego samego dnia na zboczu Dudziarza. Nadal mglisty, piękny dzień zimy. Dawno już minął, ale przecież nadal trwa we mnie.

 Śnieg na szlaku.

Pamiętam tamten dzień. Nie piszę o wędrówce, ponieważ tego dnia nie wędrowałem, a mozolnie przekopywałem się przez śnieg. Trasa liczyła ledwie 5 czy 6 kilometrów, a szedłem cały dzień! Rano miałem kłopot z zaparkowaniem samochodu, jako że wszędzie na poboczach leżały zwały śniegu zepchniętego z jezdni. Umordowałem się, ale ani wtedy, ani tym bardziej później, nie żałowałem. Przeżyłem prawdziwie zimowy dzień, a trudno teraz o taki. Pamiętam wielkie śniegi którejś zimy mojego dzieciństwa, byłem wtedy u babci na wsi. Kiedy rano wyszedłem na podwórze, zobaczyłem widok trudny do wyobrażenia: od domu do studni, obory i stodoły wiodły wykopane przez wujka i dziadka wąwozy o pionowych ścianach sięgających mi piersi, a nad nimi leżały pryzmy śniegu wyżej mojej głowy. W tamtych czasach rolnicy mieli wielkie sanie ciągnione przez konie. Pamiętam jazdę nimi, zupełnie odmienną od jazdy furmanką. Okresy sanny trwały długo, całymi tygodniami, a dzisiaj wielu ludzi nawet nie wie, co to słowo oznacza.

Tego lutowego dnia, niemal 13 lat temu, Pani Zima przypomniała mi dawne zimy. Obniżenie widoczne w głębi to Trzmielowa Dolina.

 


Z tego samego dnia: igły białe i zielone.



 Koniec zimy, a więc rzadkie połączenie deszczu i mrozu. Oto efektownie wystrojone  różane krzewy i
nawłocie.

 Jedno z moich ulubionych zdjęć, a zrobiłem je w marcu 2013 roku, widać na nim fragment Dzwonkowej Drogi. Właśnie wtedy rozpoczęła się moja przygoda z tą najdłuższą w Górach Kaczawskich drogą mającą swoją nazwę. W dwa dni przeszedłem ją niemal całą, a w odwiedzinach byłem kilkakrotnie; ma swoją historię i jest drogą cierpienia.

 


Impresja stworzona przez wiatr, a może są to zamarznięte fale morskie?...

 

Ostrzyca, najwyższa i najbardziej znana góra Pogórza Kaczawskiego, tutaj widziana z Sądreckich Wzgórz. Jest pozostałością po znacznie większej górze z wulkanem. Tej starej góry już nie ma, a Ostrzyca jest nekiem, czyli słupem magmy zastygniętej w bazalt kiedyś wypełniający gardziel wulkanu. Zwracam uwagę na pole: widać na nim jedynie ślady zwierząt. Ludzi tam nie ma. Nie bywają w bardzo wielu malowniczych miejscach tych gór, chociaż akurat na Ostrzycy można spotkać człowieka.

 Wzdłuż tego ogrodzenia biegnie polna droga. Nie widać jej? Właśnie tak! O ileż urokliwsza jest taka dziewicza droga od wydeptanego szlaku, na którym z przodu widać plecy turystów, a od tyłu dobiega odgłos sapania innych. Jest i wada: czasami nie wiadomo, jak głęboko wpadnie noga w śnieg, ale ta niepewność zbliża nas do prawdziwego wędrowania.

 Samotna brzoza przy polnej drodze, słońce, śnieg i jedynie ślady zwierząt. Czy trzeba czegoś więcej?



 Tego pogodnego dnia końca marca zima ani myślała wpuścić wiosnę. Mróz nie był wielki, chyba mniej niż 10 stopni, ale wiał silny wiatr. Kiedy po przyjeździe na miejsce otworzyłem drzwi samochodu, mroźny wiatr uderzył we mnie taranem. Szybko zatrzasnąłem drzwi i pomyślałem o powrocie. Musiałem chwilę mobilizować się by wyjść, a wróciłem późnym wieczorem, oczywiście. Było zimno, ale dopiero gdy wyszedłem na przełęcz, którą wiatr pędził na drugą stronę wzgórz, odczułem prawdziwe zimno: wydawało mi się, że nie mam na sobie grubych ubrań i stoję nagi. Wiatr pędził tumany suchego, drobnego śniegu, rzeźbiąc nim wąwozy, góry i doliny.

Idąc gdzieś daleko od drogi, będąc na odludziu, czasami wydaje mi się, że moja obecność tam jest nietaktem, wtrącaniem się profana w jakieś tajemnicze obrzędy Natury, więc powinienem wycofać się i zostawić boginię samą. Podobna myśl pojawiła się na tamtej przełęczy kiedy zobaczyłem swoje ślady. Stanowczo nie pasowały tam.

Z dopisków, opis pierwszego dnia w moich górach:

>>Gdy w drodze powrotnej wyszedłem z lasu, dopadł mnie lodowaty wiatr kąsający twarz i lewe ucho. Sięgnąłem ręką do czapki chcąc naciągnąć ją głębiej na uszy, i poczułem opór: kurtkę pokrywała sztywna warstwa lodu. Na otwartej przestrzeni gdzieś mi się zagubiły znaki szlaku, szedłem więc na przełaj, kierując się ku widocznym w oddali światłom samochodów na szosie. Śnieg także pokryty był skorupą lodu z chrzęstem pękającą pod butami; wyciągałem stopy podnosząc je pionowo w górę, parę razy zapadłem się po kolana, na prawej stopie czułem zimny okład, ale widząc coraz bliższe światła przed sobą, już nie próbowałem usunąć śniegu z butów. Szedłem na drewnianych nogach, a gdy nasyp drogi górował już nade mną pomyślałem, że idę niczym Rohan ku Niezwyciężonemu. Dziwne są ludzkie skojarzenia. Odległość od domku z balkonem do parkingu wynosi ponad kilometr – rano przeszedłem tę odległość w chwilę, ledwie ją zauważyłem, a teraz nie wiedzieć czemu droga wydłużyła się niemiłosiernie. Szedłem i szedłem, a parkingu nie było. Gdy w końcu się odnalazł, przy samochodzie rozerwałem zatrzaski kurtki i z trudem ją zdjąłem – była sztywna niczym pancerz. Z ulgą zwaliłem się na siedzenie. Dotarłem.<<

* * *

Ciąg dalszy prawdopodobnie nastąpi.