Etykiety

Moja książka

Wrażenia i chwile

 150422 Dzisiaj jest umowny dzień premiery mojej nowej książki.    „Książka jest o wrażeniach, o przeżywaniu zwykłych dni i zdarzeń, o chwi...

sobota, 3 stycznia 2026

Praca i ludzie

 311225

Garść uwag o klientach. Mam z nimi do czynienia od ponad czterdziestu lat i dlatego mogę wychwycić zmiany w ich zachowaniach. Są dwojakiego rodzaju: na lepsze i... wprost przeciwnie. Znacznie mniej jest teraz agresji, wulgarności, pospolitego chamstwa, ale też mniej jest myślenia, dbałości o siebie, a zdecydowanie więcej oczekiwań, czasami kuriozalnych jak na miejsce i okoliczności.

Wiem, że nie tylko ze zrozumieniem spotka się ten tekst, ale mimo tego zapraszam do lektury.


O czytaniu

Raczej o nieczytaniu. Nikt nie zapoznaje się z instrukcją, mało kto czyta cennik, a jeśli nawet przeczyta, to mimo jego jednoznaczności i prostoty dalej się dopytuje. Wejście oznaczone jest stosowną tabliczką, a dwa metry obok są schody wiodące do kiosku z urządzeniami sterowniczymi. Przejście zamknięte jest łańcuchem, na którym zawieszona jest tabliczka informująca o przejściu tylko dla personelu. Wielu klientów stawało przy schodach w oczekiwaniu na wejście, a mieli napis dosłownie przed twarzą.

Klient otrzymywał od kasjerki bilet i paragon. Na nasze nieszczęście oba dokumenty drukowane są na takiej samej taśmie papierowej, bo chociaż różnią się wielkością i napisami, wielu, naprawdę wielu klientów oznajmiało nam, że nie wiedzą, co trzymają w ręku, który z tych papierków jest biletem. Dwa słowa wydrukowane największą czcionką to „PARAGON” na jednym i „BILET” na drugim.

Oczekiwania

Bywało, że klientom nie podobał się ton głosu, uznawany – jak myślę – za zbyt twardy albo – według nich – nerwowy lub rozkazujący i ową dezaprobatę wyrażali werbalnie. Proste, konkretne odpowiedzi bywały uznawane za impertynenckie czy niegrzeczne.

Przykłady:

Gdzie można kupić bilet? – w odpowiedzi mój wskazujący gest ręką i słowa: w kasie.

Można tu wsiąść? – moje: nie można.

Proszę się odsunąć. Proszę zabrać stąd dziecko.

Wiele osób czuło się dotkniętych takimi odpowiedziami i poleceniami. Niektórzy stanowczo odrzucali obowiązek dostosowania się do naszych poleceń, oczywistych i koniecznych dla zapewnienia porządku i bezpieczeństwa. Dodam jeszcze, że w dni dużego ruchu mamy naprawdę mało czasu; jednemu klientowi możemy poświęcić dosłownie sekundy.

Dobre wychowanie

Powitania mają u nas dwa znaczenia: jedno znane, kulturowe, będące elementem dobrego wychowania, ale ma i drugie, które winno być pierwszym, a właściwie jedynym, jednak mało kto pamięta o nim. Otóż „dzień dobry” jest życzeniem komuś dobrego dnia, a „do widzenia” wyrażeniem chęci ponownego spotkania się. Ma to głęboki sens, jest bardzo miłe, jeśli mówi się szczerze do kogoś znanego, a do obcego wtedy, gdy mieliśmy z nim miły kontakt. Jednak nie ma w tych słowach nic, zupełnie nic poza uprzykrzonym obowiązkiem jeśli mówi się te słowa odruchowo do osoby, która widzi się chwilę, tyle, ile zajmuje odebranie biletu, i która później znika z naszego życia niezapamiętana w żaden sposób. Znam większość pań kucharek z baru, wszak stołuję się tam od czterech lat codziennie przez miesiąc. Czuję do nich sympatię, doceniam ich niełatwą pracę. Życzenie im dobrego dnia jest autentyczne i ma sens głębszy niż dobre wychowanie. Idąc ulicą miasta nie życzymy każdemu przechodniowi dobre dnia, ale w niektórych polskich wsiach zachował się zwyczaj witania wszystkich przechodniów. Powód jest prosty: nie ma ich wielu. Wtedy każdy przechodzień jest zauważonym człowiekiem, a nie tłem ruchliwej ulicy albo zatłoczonego lunaparku.

Powiecie, że mimo wszystko jest tu sens, bo lepiej i milej usłyszeć „dzień dobry” niż nie usłyszeć? Powiedzcie w ciągu dnia pięćset razy „dzień dobry”, pięćset razy „do widzenia”, podziękujcie tysiąc razy, a na koniec dnia porozmawiamy o sensowności. Wolałbym usłyszeć „do widzenia” tylko raz dziennie, ale wypowiedziane szczerze, ze świadomością znaczenia, niż setki razy klepnięte jako dowód dobrego wychowania albo z powodu służbowych wymogów.

Dziękuję nie tyle za odebrany bilet, co za zostawione u nas pieniądze, i jakże często słyszę „bardzo dziękuję”. Za co ty, człowieku, tak bardzo mi dziękujesz? Jeśli „tylko” podziękujesz, to będziesz za mało kulturalny? Czy tak uważasz? A jak wyrazisz swoją wdzięczność, gdy ktoś zrobi ci prawdziwą przysługę? Powiesz „bardzo, bardzo dziękuję” czy może trzy razy wymówisz słowo „bardzo”?

Czy nie ma tutaj dewaluacji i ostentacji?

Samolubstwo i wygodnictwo

W barze klienci pytają się o zupy, o drugie dania, kucharka wymienia długą listę, a przecież stojąc w kolejce mieli przed sobą tablicę z menu wiszącą na ścianie. Tak samo jest przy kasie, nie tylko w lunaparku, gdzie wielu ludzi trzeba pytać o sposób zapłaty czy o drukowanie potwierdzenia. Dlaczego nie przyjdzie im do głowy ułatwienie pracy innemu człowiekowi? Gdzie ich empatia i dobre wychowanie, którymi tak się chlubią? Niewiele tych cech znajduję w nich, a wiele egocentryczności, nastawienia na branie, oczekiwanie pamiętania za nich, pomagania im, dbania o ich dobrostan wszędzie, na każdym kroku.

W efekcie wchodzą na przejścia dla pieszych nie patrząc na boki, wcale nierzadko wprost pod jadący samochód. Bo oni nie muszą dbać o siebie, inni mają myśleć za nich.

Rodzic prowadzi za rękę małe dziecko, idą krok za krokiem, dziecko zatrzymuje się aby pogłaskać renifera, na schodach jest instruowane o technice ich pokonania – to codzienne widoki. Ja mogę czekać, moja pensja nie jest zależna od szybkości obsługi, ale w weekendy często stała kolejka przed wejściem. Naprawdę mało rodziców brało dziecko na ręce by szybciej wyjść; tylko nieliczni dostrzegali czekających i uznawali, że nie miejsce ani pora aby uczyć dziecko chodzenia po schodach.

Często widziałem, zwłaszcza u jednoręcznych nastolatków (drugą mieli zajętą trzymaniem telefonu) pewien psychiczny bezwład, bycie duchem gdzie indziej. Jeśli już podnieśli głowy znad ekranów, patrzyli niezbyt przytomnymi oczami. W rezultacie trudno było im wytłumaczyć co mają robić, a jeszcze trudniej doprosić się o bilet. Ich spojrzenia były wymowne: jaki bilet? Co on chce ode mnie? Zdarzało się, że taki młody człowiek nie mógł znaleźć biletu, a jeśli w pobliżu był rodzic, zawsze, zawsze jego uwagi były kierowane do nas. Były to dobre momenty do pokazania dziecku niemałemu już, bo nastoletniemu, że o swoje trzeba dbać, że jeśli coś się zgubi, trzeba ponieść konsekwencje. Nic takiego nie widziałem, a słyszałem idiotyczne pretensje i takież argumenty. Jakie, pytacie? A na przykład takie: „jeśli pan nie wierzy, że kupiłam bilet, proszę zapytać w kasie”. Tu nawet nie o to chodzi, że mając co minutę klienta, kasjerka nie jest w stanie zapamiętać twarzy, chodzi o zasadę: do usługi upoważnia bilet, a nie oświadczenie tej czy innej osoby ani nie paragon. Zwłaszcza, że niektórzy ludzie najzwyczajniej oszukują.

Właśnie, paragon. Wielu klientów patrzyło na tę karteluszkę tak, jakby widzieli ją po raz pierwszy w życiu, dawali jako bilet nie poczuwając się do obowiązku jego poszukania w kieszeniach. Po co, skoro oni przecież zapłacili? A w ogóle po co im bilet? Oni przyszli tutaj jechać na karuzeli, a nie pilnować jakiegoś biletu! Co ten okropny człowiek chce od nas?? Pewien mężczyzna dając mi paragon powiedział, że ten papierek uznał za ważniejszy, ponieważ zobaczył na nim pieczątkę. Zrobiono ją na moje zamówienie, aby ułatwić klientom odróżnienie paragonu od biletu: czerwone, duże litery układają się w słowo... PARAGON.

Najbardziej szokowały mnie błyskawiczne zmiany wyrazu twarzy osób, które były proszone o coś, czego nie chciały zrobić, albo które usłyszały jakiś zakaz, cokolwiek, co było niezgodne z ich oczekiwaniami. Uśmiech znikał w jednej chwili zastąpiony zaskoczeniem, dezaprobatą, zniechęceniem, a nawet, i tak się zdarzało, odrazą. Ot, spotkali człowieka z nieswojego świata, człowieka, który czegoś chce od nich i coś im nakazuje czy zakazuje! Po prostu przeżywali szok. A ja tylko poprosiłem – to przykłady – o zakończenie sesji fotograficznej, bo wielu innych klientów czeka na wejście, albo o zabranie małego dziecka chodzącego po karuzeli bez opieki. Dodam tutaj, że któregoś dnia młoda para zrobiła sobie sesję zdjęciową na karuzeli – za moją zgodą i bez żadnej dodatkowej opłaty. Skoro nie było w tym czasie klientów, to dlaczego miałbym im odmawiać?...

Nagminnie, niemal zawsze, spotykałem się z apriorycznie negatywnym nastawieniem. Cokolwiek się stało nie po ich myśli, niezgodnie z ich oczekiwaniami, natychmiast było źle oceniane i przypisywane nieokrzesaniu pracowników obsługi. Typowe zachowanie klienta, który zapomniał, gdzie włożył bilet, to twierdzenie, że „pani mi nie dała biletu”, a ja nie mam prawa wątpić w jego słowa.

Miałem styczność z ludźmi, którzy nie widzieli nic niestosownego w swoim oczekiwaniu abym nie uruchamiał karuzeli dopóki oni nie kupią biletów. Okoliczności: bramka zamknięta, bilety odebrane, ludzie już parę minut siedzą na zimnym plastiku, idę do kiosku sterowniczego aby włączyć karuzelę, i w tym czasie ktoś przychodzi.

Kilkanaście osób ma siedzieć na zimnie kolejne dwie-trzy minuty (czas na zakup biletu), bo ta osoba nie chce zaczekać pięciu, sześciu minut na następną jazdę. Zgodnie z moimi standardami, rachunek się nie zgadza, zwłaszcza w zimne czy deszczowe dni. Zgodnie z ich standardami ja jestem złośliwy nie czekając na nich. To nie domysł, słyszałem takie oceny. Typowym zachowaniem nieuwzględniającym okoliczności i potrzeb innych ludzi było zatrzymywanie się grupy klientów w bramce wejściowej i ustalanie między sobą, kto z kim ma jechać.

Widziałem ludzi zapatrzonych w ekrany telefonów w czasie jazdy karuzelą, a przecież płacili 25 złotych od osoby za 3 minuty! Dwoje ludzi zapłaciło 50 złotych za parę minut patrzenia w ekran, a przecież za takie same pieniądze mogliby godzinę posiedzieć w kawiarni przy kawie, napoju i ciastku! Oni też o tym wiedzieli, ale nie mogli się powstrzymać przed przewijaniem obrazków nawet tych kilku minut!

* * *

Widywałem cienką warstewkę wypolerowanego i uśmiechniętego lakieru powlekającą egocentryzm, brak empatii, a czasami coś znacznie gorszego. Pokrótce opisane tutaj zachowania charakteryzujące się zanikiem naturalnych kiedyś cech ludzi i społeczeństw na rzecz pozłotka widzę częściej i we wzrastającej liczbie miejsc. Ludzie żyją w coraz bardziej fikcyjnych światach tworzonych dla nich przez cyfrowe media działające na nich już nie tylko jak kurtyna oddzielająca od rzeczywistości, ale i jak rak. To, co powinno być ostatnim ruchem pędzla artysty malującego obraz pięknego XXI wieku, staje się jedyną treścią, pod którą nie ma autentycznej, rzeczywistej wartości. Jest hucząca muzyka w samochodzie, nieustanne przewijanie obrazków w internecie, nastawienie na zabawę, wysokie mniemanie o sobie i niechęć do podejmowania trudów i obowiązków.

Tak, ja też sporo czasu spędzam w internecie, ale szukając informacji, głównie dotyczących ekonomii i zachowań społecznych. Właśnie! Adres tego krótkiego filmiku dostałem od znajomego, a że okazał się treściwy i celny, dodaję go tutaj; zwłaszcza, że dostrzegam pewien związek z treścią mojego tekstu.

* * *

Nie wiem, czy wrócę do lunaparku. Powinienem definitywnie zakończyć pracę zawodową nie tylko z powodu wieku, ale i coraz większych trudności w późniejszej odbudowie opinii o ludziach.

Aby zakończyć tekst przyjemniejszym akcentem, opowiem o dwóch klientkach, które mam nadzieję długo pamiętać. Obie były wiekowymi paniami, starszymi ode mnie, obie z trudem i widoczną tremą wsiadały do gondoli. Kiedy na koniec jazdy podszedłem do nich aby odblokować zabezpieczenie, były radośnie uśmiechnięte i głośno wyrażały swoje zadowolenie. Powiedziały mi, że zawsze chciały jechać karuzelą, ale tak się składało, że pojechały dopiero dzisiaj. Okazało się więc, że karuzela może wzbudzić pragnienie i je zaspokoić, a nawet pomaga w powrocie do czasów dzieciństwa.






 Kilka zdjęć zrobionych na Rynku Kościuszki w Białymstoku.
 29 grudnia, godzina 17, koniec pracy. Sprzęt spakowany, ciężarówki gotowe do wyjazdu. Patrząc na nie wspomniałem swoje jakże liczne przerzuty lunaparku, noce spędzone za kierownicą scanii i tysiące przejechanych kilometrów. Przez moment, tylko jeden moment, poczułem chęć przeżycia takiej nocy raz jeszcze.

Nazajutrz wyjechałem do domu.

020126

Przez kilka godzin chodziłem po polach pod miastem. Widziałem padający śnieg, nawłoć wystrojoną śniegowymi czapami, białe płatki na okularach, polne drogi, liczne brzeziny i dwie duże grusze. Słyszałem ciszę, nie słyszałem klientów. Wróciłem zmęczony, ale zdrowszy i spokojniejszy.












sobota, 27 grudnia 2025

Wspomnienie lata

 260625

Odległy wydaje się ten dzień, zwłaszcza jeśli porównam zieleń wtedy widzianą, gdy wiosna ledwie odeszła, a obecną zielenią czasu przełomu, gdy pełnia lata zaczyna się skłaniać ku jesieni, a przecież minęło ledwie dwa miesiące!

Te słowa napisałem w końcu lata. Co mam napisać teraz, w zamglonym, nagim, zimnym i czarno-białym grudniu?… Może jednak tak być musi? Może tylko przeżywając grudniowe dni potrafimy tęsknić za czerwcem? Patrzę na zdjęcia i wydaje mi się, jakbym widział obrazy z krainy istniejącej tylko w marzeniach, na raj utracony. Jak zawsze w takich chwilach budzi się we mnie poczucie niewykorzystania w pełni tamtych dni, nutka pretensji do siebie: mogłem więcej być, więcej patrzeć, bardziej nasycić oczy i pamięć obrazami tej pięknej pory roku. A obok obietnica: kiedy już doczekam się jej powrotu, wykorzystam każdą okazję do patrzenia i przeżywania.

Czyj był plan dnia? Chyba Janka, a chodziło o poszukanie rzadkich kwiatów w starych kamieniołomach w pobliżu wsi Nowe Rochowice pod Bolkowem.

 Janek wysiadł przy Storczykowym Kamieniołomie, ja pojechałem dalej, na parking we wsi, a wracając na piechotę już z daleka zobaczyłem go machającego do mnie rękami. Stał przy szosie i patrzył na nietypowego, ładnego motyla. Fruczak gołąbek jest owadzią odmianą kolibra, a więc ptaka: potrafi zawisać nieruchomo nad kwiatem i swoją długą ssawką pić nektar. Jest… po prostu jest piękny. Nie jestem znawcą ani wielkim fanem motyli, ale przecież trudno nie dostrzec rzadkiej urody fruczaka.



 W kamieniołomie niemałe wrażenie uczynił na mnie widok dziesiątek lilii złotogłów widzianych co krok; wszak wiedziałem, że jest bardzo rzadko widywaną rośliną pod ścisłą ochroną. Jej znalezienie jest sukcesem, dla miłośników rzadkich roślin autentycznym wydarzeniem, a tam rośnie ich tak dużo! Dzisiaj wiedzieliśmy je przekwitające, ale z wyraźnymi jeszcze śladami urody pełni kwitnienia. Z rozpoznanych roślin widzieliśmy też gółkę długoostrogową z rodziny storczykowatych. 
Zapewne rośnie tam więcej gatunków, ale w rozpoznawaniu orchidaceae jestem zielony jak wiosenna trawa. Przy pewnej drodze, już poza kamieniołomem, znaleźliśmy jeszcze więcej lilii złotogłów; rosną tam jedna przy drugiej jakby były pospolitą rośliną! Wyjątkowe i wspominane przeze mnie miejsce.


 
Józkowa Góra nie jest żadną górą, a małym wzniesieniem, kaczawskim cycuszkiem, ale oferującym piękne klasycznie pogórzańskie widoki.  
 

Kiedyś był anonimowym wzgórkiem zarośniętym głogami, wejście na szczyt było łatwe pod warunkiem znalezienia przejścia w gąszczu drzewek, teraz jest tam wyrównana droga szutrowa, a szczycie stoją ławki i nawet leżaki. Baru i karuzeli jeszcze nie ma. U podnóża rósł wielki głóg, jeden z największych jakie widziałem. Miał wiele grubych i tak splątanych konarów, że ilekroć próbowałem prześledzić ich wzajemny układ, tylekroć wzrok mi się plątał.  
Teraz została marna resztka której zapewne nie zdążono wyciąć. Znalazłem dwa zdjęcia zrobione w marcu 2017 roku. Nie są zbyt dobrej jakości, ale dają wyobrażenie o tym bezsensownie okaleczonym okazie.

Byliśmy w trzech starych kamieniołomach, i chociaż nie udało mi się znaleźć cudnej kwietnej łąki widzianej w tamtej okolicy jesienią, dzień i nasza nieśpieszna wędrówka były wyjątkowo udane. Janku, dziękuję!

Obrazki ze szlaku






Zaklęte Wyrobisko. Nazwa jest niepewna, znalazłem ją na jednej tylko mapie, ale niewątpliwie jest trafna. To ocienione drzewami niewielkie wyrobisko o postrzępionych skalnych ścianach zrobiło na mnie niemałe wrażenie. Jest na odludziu, a wiedzie do niego niewyraźna i nieoznaczona ścieżka.

 Brzozowy Kamieniołom jest tak bardzo zarośnięty, że jego ścianę widać dopiero wtedy, gdy stanie się tuż przed nią. Poznanie utrudnia rumowisko skalne; chodzenie po nim wymaga uważnego stawiania każdego kroku, ale niewątpliwie warto byłoby dokładnie sprawdzić, jakie gatunki roślin tam rosną.


 Mój stary znajomy, masywny buk z imponującymi korzeniami spływającymi splątanymi falami po kamienistym zboczu. Rośnie u wejścia do Storczykowego Kamieniołomu.

 Zakratowana jaskinia w Zaklętym Wyrobisku. Jest siedliskiem nietoperzy, stąd krata.

 Czerwcowa łąka, cud natury.


 Stary Wapiennik pod Mysłowicami. Kamieniołom jest rozległy, widzieliśmy tylko jedną ścianę, a wydawała się górą usypaną z drobnych kamyczków. Nie wiem, czy dałoby się po nich wejść na szczyt, raczej nie.

 Droga. Jedna z tych, którymi chciałoby się iść za horyzont.

 Polne kwiaty.

Trasa: Storczykowy Kamieniołom, Józkowe Wzgórze, Zbójecki Kamień, Zaklęte Wyrobisko, Brzozowy Kamieniołom; wszystkie te miejsca są w pobliżu Nowych Rochowic. Byliśmy także w Starym Wapienniku pod Mysłowicami.





poniedziałek, 22 grudnia 2025

Jesienią w Sudetach

 

171225

Gdybym będąc w lecie w Sudetach wszedł na wieżę widokową na Dzikowcu godzinę wcześniej lub później, nie poznałbym mieszkanki Jeleniej Góry i przyszłej przewodniczki sudeckiej. Niewiele dni później poszliśmy z dwójką jej znajomych do Trzmielowej Doliny, a teraz, jesienią, na Tłoczynę, izerską górę w Grzbiecie Kamienickim.

Plan był inny, miałem być prowadzony, ale że chciałem pokazać pewną ścieżkę i widok Jelenich Skał od jej strony, przejąłem inicjatywę – niech mi panie przewodniczki wybaczą.  

Tajemniczą kamienną ścieżkę, wykonaną nie wiadomo kiedy i nie wiadomo po co znalazłem bez trudu, ale z pokazaniem najładniejszego, według mnie, zbocza na rozległej Tłoczynie poszło mi gorzej, bo najzwyczajniej je minąłem. Może się zagadałem? Od Jelenich Skał poszliśmy przez szczyt Tłoczyny na zbocze z gołoborzem, bo jakże ominąć coś tak dziwnego i rzadkiego u nas. Nie ma wyraźnie wyznaczonej ścieżki, idzie się trochę na wyczucie, kiedyś zdarzyło mi się poplątać kierunki i w rezultacie wejść na skalne rumowisko porosłe mchem, ale akurat dzisiaj udało się nam dojść do celów po sznurku – podarowanym nam oczywiście przez Ariadnę. Widzieliśmy wiele okazałych buków, kilka okazów rośnie przy samych Skałach, dużo na naszym szlaku, a wśród nich tego największego, najbardziej imponującego.  
Wieloramienny czerstwy staruch stoi samotnie na małej polance, trzymając wszystkie drzewa – małe przy nim – na dystans, a dzięki temu widać go lepiej. Pierwsze wrażenie, chwila jego ukazania się, ma czarodziejski pierwiastek: budzi myśli o przedchrześcijańskich czasach, o zwyczajach uświęcania wielkich i wiekowych drzew.




 Dzięki moim towarzyszkom poznałem urocze a nieznane mi wcześniej miejsce: skalisty fragment biegu Mrożynki, niewielkiego strumyka górskiego. Ciemny las świerkowy, pod nogami rumowisko przykryte cienką warstwą ziemi lub tylko przyprószone opadłym igliwiem – i głośny szum pieniącej się wody skaczącej po skałach wypełniających koryto. Tamten fragment zbocza gęsto jest poprzecinany strużkami wody; są tam miejsca, gdzie trudno postawić suchą stopę. Woda ciurka, spada po kamieniach, sączy się wśród traw; kropelki wody błyszczą na źdźbłach i żywią tysiące nieznanych mi maleńkich grzybów. 
Uroczy światek wody, roślin i skał. Nic, tylko wypatrywać krasnoludka w tym ciemnym zakątku między małym świerkiem a okruchem skalnym zielonym od mokrego mchu. Niewykluczone, że on tam był, ale z sobie tylko znanych powodów nie chciał się nam pokazać.

Muszę przyznać, że Góry Izerskie są bardziej bogate od Kaczawskich w takie urocze strumyczki jak Mrożynka.

Kilka obrazków ze szlaku



 Gołoborze i jego zarastanie.

Drzewa na Tłoczynie. 

Porosty na świerkach. Tak licznych i tak dziwnych, przypominających włosy bajkowego stwora, jeszcze nie widziałem.

 

Jelenie Skały.

 

 Zbocze Tłoczyny poniżej Jelenich Skał.

 


 Las na Tłoczynie

 * * * * *

Drugiego dnia spotkaliśmy się w Radzimowicach, kiedyś dużej wiosce górniczej, teraz maleńkiej osadzie artystycznych dusz i nietuzinkowych ludzi.

 Chcąc pokazać przykład górniczej przeszłości wioski i wiedząc o braku kamieni w pobliżu szybu, włożyłem skalny złomek do kieszeni i poszliśmy za wioskę, na zbocze Żeleźniaka, zmierzyć głębokość szybu Luis. Jedna z pań przygotowała stoper, ja kamień i zmierzyliśmy czas jego lotu na dno. Szczerze mówiąc zapomniałem, jaki uzyskaliśmy wynik, chyba około 100 metrów, ale przy tej okazji przypomnę sposób pomiaru. Otóż mierząc czas swobodnego spadku, można precyzyjnie wyliczyć długość spadania, czyli tutaj głębokość szybu. Wzór jest prostu: kwadrat czasu w sekundach pomnożyć przez przyspieszenie ziemskie 9,81, czyli wielkość z jaką to, co spada, przyspiesza przyciągane przez Ziemię. Wynik, czyli iloczyn, podzielić przez dwa, uzyskamy metry. Kamień spadał ponad cztery sekundy.

Na tej stronie  jest przestrzenny plan kopalni; jak się okazuje, jest tam wielopoziomowa, rozległa sieć korytarzy. Na stronie są też niesamowite zdjęcia. Ich obejrzenie pozwala wyobrazić sobie ogrom niebezpiecznej pracy dawnych górników, ale też i odwagę ludzi decydujących się zjechać tam teraz, paręset metrów w głąb góry i zanurzyć się w czeluście starych korytarzy.

Po drugiej stronie wioski jest malownicze wzgórze nazwane przez mieszkańców Ambrą. Stoi tam maszt z naszą flagą, są krzesła, stół i tablica z prośbą o ciszę. Wiele mówi ten napis o autorze. Wiele dobrego.

Ilekroć jestem w pobliżu, zawsze wchodzę na Ambrę aby zobaczyć rozległy i ładny widok ze szczytu. Zdarzało mi się widzieć stamtąd wschody i zachody słońca; szczególnie koniec dnia jest malowniczy. Dodam jeszcze, że od parkingu w centrum wioski idzie się tylko kilka minut na szczyt.

Po sąsiedzku wznosi się Osełka, niewielka kaczawska górka, która kiedyś, wiele już lat temu, tak mnie zauroczyła, że wracam do niej często. Obeszliśmy ją dookoła obserwując metamorfozę gór wokół. Wiadomo, że one potrafią tak radykalnie zmieniać swój wygląd w zależności od miejsca patrzenia, że czasami nawet te dobrze znane stają się trudne z rozpoznaniu. Były miejsca na naszej trasie z których Grodzik, góra przylepiona do zbocza rozległej Lubrzy, była dobrze widoczna, ale później tak się stopiła ze swoją większą sąsiadką, że nie będąc zasłoniętą była ukryła. Tylko wiedziałem, że tam jest, ale jej nie widziałem.

Mam nadzieję, że moim towarzyszkom spodobał się wybrany szlak wokół Osełki. Może kiedyś poprowadzą swoich klientów naszymi śladami?

Dwa dni wędrowania z przyszłymi przewodniczkami wyraźnie pokazały różnice w naszej wiedzy o Sudetach. Ja znam więcej ukrytych ścieżek i skał, wiem, skąd zobaczę niebanalne widoki o których nie informują mapy turystyczne, wiele mam „swoich” miejsc, dróg, skał i drzew, ale niemal nic nie wiem o zabytkach, miejscowościach, historii i kulturze.  

Słuchając dzisiaj opowieści o źródle Wolfganga, a bije ono u stóp Tłoczyny, przyszła mi do głowy myśl o dwóch uzupełniających się obrazach Sudetów.

Obrazki ze szlaku

 Ze szczytu Osełki zobaczyliśmy żółte pole. Coś tam kwitnie? Po zejściu okazało się, że wbrew mojemu spodziewaniu (był koniec października) to nawłoć.
 Ruiny pałacyku myśliwskiego Rodeland. Zarośnięte, dzikie i zapomniane miejsce, a kiedyś był tam nieduży, ale jednak pałac. Zostały po nim zarastające fragmenty ścian i cisza. 



 Wokół Osełki.
 Drzewo rosnące u stóp Osełki. Wspólnie próbowaliśmy je zidentyfikować, ale bezskutecznie. Może więc nadać mu nazwę Nierozpoznane drzewo?

Kolory jesieni.