Etykiety

Moja książka

Wrażenia i chwile

 150422 Dzisiaj jest umowny dzień premiery mojej nowej książki.    „Książka jest o wrażeniach, o przeżywaniu zwykłych dni i zdarzeń, o chwi...

wtorek, 20 stycznia 2026

Zima

 160126

Po tygodniu spędzonym przy biurku czułem, że muszę dać sobie w kość, a że śniegu jest sporo, nie musiałem długo szukać sposobu na ów wycisk: oczywiście wyjazd na Roztocze. Wybrałem trasę przez duży kompleks leśny poprzecinany licznymi wąwozami. Planowałem, naiwny jak zawsze (a może po prostu pozytywnie nastawiony?), jego przecięcie, wyjście na pola po drugiej stronie i powrót znanym mi wąskim pasem pól wciskających się w leśny masyw dalej na wschód. Kiedy byłem mniej niż kilometr od granicy lasu, minęła godzina 13. Było przede mną trzy godziny dnia, cztery do nocy, a nie przeszedłem nawet połowy trasy... Zdecydowałem się zmienić ją i wracać możliwie krótką drogą. Po prostu przeliczyłem się w swoich rachubach. Był zimny i wietrzny dzień, na taką aurę byłem przygotowany, na głęboki śnieg też, ale nie wziąłem pod należytą uwagę krótkotrwałej odwilży dzień czy dwa wcześniej. Jej skutek okazał się wyjątkowo uciążliwy: dość świeży, jeszcze nie zbity śnieg, pokrył się twardą skorupą. Gdyby była grubsza i utrzymywała mój ciężar, dobrze by się szło, ale ona pękała. Zapadłem się przy każdym kroku, a zrobienie kolejnego wymagało rozorania skorupy butem wyciąganym ze śniegu. Po świeżym, suchym puchu śnieżnym idzie się zdecydowanie łatwiej. 

 
 Przeszedłem 11,5 km, z tego 10 po bezdrożach, ale przynajmniej przez połowę tego dystansu szedłem koleinami wygniecionymi samochodem terenowym na leśnych duktach. Trafiłem na nie wracając, a że iść było dużo łatwiej, buty zapadały się ledwie 3, a nie 30 centymetrów, trzymałem się śladów. Nie wiem kto i po co jeździł, zapewne leśnik lub myśliwy, wiem, że nie jechał najkrótszą drogą do wsi. Zasięgu GSM nie było niemal cały czas, więc nie mogąc korzystać z precyzyjnego pozycjonowania szedłem po staremu, według słońca, a kiedy ślad za bardzo się oddalał od mojego kierunku, decydowałem się na jego porzucenie. Później trafiałem na inną drogę, inny ślad samochodu, a może tego samego, nie wiem, dość, że jakiś czas korzystałem z niego. W końcu wcale nie najkrótszą drogą, co starałem się oddać na mapie z zaznaczoną trasą, doszedłem do brzegu lasu. Była godzina 15. Myślałem, że najbardziej uciążliwa droga za mną, i znowu się myliłem.

 

Na dwóch pierwszych zdjęciach widać las, z którego wyszedłem i odległy o kilometr las, do którego miałem dojść. Przy nim droga miała skręcić i wieść mnie już prosto do wsi. Samej drogi nie widać, jest zasypana, wiedziałem o niej patrząc na miedze, a ściślej na badyle z nich wystające. Ten kilometrowy odcinek szlaku przeszedłem w 45 minut, a więc w tempie 1,3 km na godzinę. Powód? Widać na ostatnim zdjęciu. Szkoda, że myśliwy nie jechał tędy – mógłbym pomyśleć, ale nie pomyślałem. Wszak przyjechałem dać sobie w kość doświadczając prawdziwie zimowej wędrówki.

* * *

Jeśli już piszę o warunkach, wspomnę o ubraniu. Cały dzień odczuwałem luksus ciepła i wygody stóp. Miałem założone masywne buty bardzo odporne na przemoczenie i dwie pary skarpet. Pierwsza była wyjątkowo gruba, zrobiona z porządnej wełny z niewielkim (koniecznym) dodatkiem elastycznych włókien sztucznych. Te skarpety kosztowały pieruńsko dużo, ale było warto. Na długie wędrówki zawsze, także w lecie, warto założyć dwie pary skarpet. Lepiej chronią przed zawilgoceniem i obtarciami, ponieważ znaczna część owego tarcia, czyli przesuwania się materiału pod wpływem ruchu butów, zachodzi nie między ciałem a skarpetą, a między skarpetami. Oczywiście skarpety muszą być dobrej jakości i z właściwych materiałów, to znaczy nie z bawełny ani nie z tanich tworzyw sztucznych. Ważne są też wkładki. Dobre robi niemiecka firma Meindl (można je prać), ale i zwykłe tanie wkładki filcowe z folią aluminiową też nieźle się spisują, tyle że trzeba jest często wymieniać, bo zgniecione tracą zdolności izolacyjne. Oczywiście miałem założone ochraniacze. Bez nich miałbym śnieg w butach. Preferuję buty wykonane tradycyjnie, z szytej grubej skóry, a mam ich kilka par. Dzisiaj założyłem buty marki Kastinger

 

Kupiłem je za grosze (jako „powystawowe”) 14 lat temu, nadal są w bardzo dobrym stanie i na pewno mnie przeżyją. Aby je zużyć, musiałbym miesiącami chodzić po ostrych skałach, a na sudeckie i roztoczańskie szlaki są całkowicie odporne. Kiedy w końcu trafią na śmietnik, zostaną po nich tylko gumowe podeszwy i metalowe haczyki, resztą zajmą się bakterie i robaki. Tak powinna wyglądać prawdziwa dbałość o Ziemię, a tak zwana „eko skóra” w butach rozlatujących się po paru latach tyle ma wspólnego z ekologią, co pomysły polityków z moralnością i sprawiedliwością.

* * *

Dołączam fragment czeskiej mapy, lepiej na niej widać wąwozy, podane są też nazwy miejsc używane przez rolników. Dzięki nim mogą precyzyjnie i zrozumiale dla rozmówcy określić, gdzie jest ich pole lub las. Zaznaczony na niej Wielki Dół wielkim nie jest, ale niewątpliwie jest dzikim a przez to ładnym.

Z dojazdem na niektóre pola łatwo nie jest. Wiele wąwozów wykorzystywanych jest w tym celu, także i część tego, którym dzisiaj szedłem. Widziałem przecięte i odsunięte na bok zwalone drzewa leżące w poprzek. Natomiast boczne wąwozy, szczególnie te ślepe, zostawione są same sobie. 

 



W rezultacie wiele z nich jest tak zatarasowana głębokimi wyrwami na dnie i plątaniną przewróconych drzew, że przejście nimi bywa po prostu niemożliwe. Mają one dla mnie urok szczególny, ponieważ są miniaturowymi obrazami dawnych puszcz. Dają wyobrażenie o wyglądzie lasów nietkniętych siekierami.




 Po południu przejaśniło się. Między drzewami błyskało słońce, a śnieg tu i ówdzie rozjaśniały i roziskrzały plamy światła. Wiatr dopadł mnie zaraz za ostatnimi drzewami lasu, a nim udało mi się uporać z zatrzaskami kaptura, palce dłoni zmarzły mi do bólu. Grzałem je o siebie trzymając w rękawicach nie założonych do końca, a kiedy chciałem zrobić zdjęcia, padła bateria w aparacie. W telefonie jeszcze działała, ale po każdym jego użyciu musiałem ponownie grzać dłoń.




 N
iskie już słońce intensywnie malowało czyste i duże płaszczyzny zaśnieżonych pól barwami… jak je nazwać? Zawsze mam z tym kłopot. Powiedzenie o różnych odcieniach żółci nie oddaje bogactwa wrażeń. W zależności od kąta patrzenia, a przede wszystkim od wysokości słońca, barwa światła miała też odcienie jasnych miodów albo bursztynów, ale też i pomarańczy, a wszystkie one były błyszczące, nie, raczej skrzące się jaskrawo, były uszlachetnione, oczyszczone i podkreślone miriadami diamentowych iskierek rozpalanych na lodowych kryształkach. Łączyły w sobie przeciwieństwa: chłodu świecącego lodu z ciepłymi kolorami. Kiedy ich nasycenie było największe, szybko przyszła przemiana: barwy na śniegu zanikły w ciągu paru minut, zostawiając go zimnym, szarobiałym, ale za to niebo rozpłomieniło się paletą barw. Co prawda nie było diamentowych lśnień, ale w zamian był ogrom nieboskłonu ze świecącymi śladami samolotów.

Kiedy doszedłem do wioski, łuna zachodu już gasła pod naporem granatowego nieba nocy.

Obrazki ze szlaku

 W kilku miejscach widziałem strzępy szmat i folii uczepione korzeni na wysokości około metra. Wydaje mi się, że są pozostałością po dużej wodzie płynącej dnem wąwozów.


 Rowy i zapadliska wypłukane wodami opadowymi na dnie głównego obniżenia.


 
Piszę o wąwozach, ale zaznaczę, że używam tej nazwy w potocznym znaczeniu. Formy ukształtowania terenu są różne, pomieszane, często trudne do nazwania. Na pierwszym zdjęciu jest klasyczny parów, czyli formacja różniąca się od wąwozu skośnym nachyleniem zboczy. Od jaru (drugie zdjęcie) różni się szerszym suchym dnem i łagodniejszymi zboczami.

 Liście na bukach, jedyne ślady kolorów.

 


Lodem lśniące buki i popołudniowe słońce.






Widziałem dwa zachody słońca. Pierwszy, gdy szedłem drogą u stóp niewielkiego wzgórza, drugi z jego szczytu.


Wieczór.

Trasa: lasy i doły na północ od Tokar na zachodnim Roztoczu.

Statystyka: brnąc w śniegu przez 8 godzin i kwadrans, udało mi się przejść 11,5 km.


 












sobota, 17 stycznia 2026

Estetyka starożytna

 

W wietrznych falach twych wiotkich szat słyszę muzykę
Lotu, którego żadne nie prześcigną ptaki,
Czarująca bogini triumfu, o, Nike,
Co od wieków zdyszana lecisz z Samotraki!
Pośpiech potężnych skrzydeł twych powietrze chłoszcze,
Niosąc zwycięstwo, sław liście laurowe.
Nie pragnę ich. I temu jedynie zazdroszczę,
Dla którego w porywie swym straciłaś głowę.

Leopold Staff

 Nike z Samotraki. Zdjęcie skopiowałem z tej strony

Przeczytałem pierwszy tom „Historii estetyki” Władysława Tatarkiewicza. Właściwie nie powinienem pisać o przeczytaniu, ponieważ to dzieło towarzyszy mi od lat i nadal ten opasły tom będzie leżał w zasięgu ręki – podobnie jak wiele innych książek do których wracam.

Pisałem już na blogu o Historii estetyki, ale czuję potrzebę powrotu, a temat daleki jest od wyczerpania.

Władysław Tatarkiewicz był starożytnikiem, filozofem, etykiem, historykiem sztuki, prawnikiem, poliglotą. Zebrał wszystkie możliwe tytuły naukowe, wykładał na wielu uniwersytetach. Był wybitnym znawcą tak wielu dziedzin nauki, że tylko tytan pracy i intelektu mógł posiąść taki ogrom wiedzy. Profesor był tytanem.

Jego książka daje wyobrażenie o drogach słów i pojęć, o rodzeniu się i dojrzewaniu idei i definicji, o tworzeniu nowych dziedzin nauk humanistycznych, o zmianach w pojmowaniu sztuki, o jej roli w życiu człowieka i społeczeństw. Definicje, normy, oceny, podziały, które dla nas wydają się być naturalnymi, łatwymi do pojęcia, niemal odruchowymi, okazują się być skutkami wieków rozmyślań, dyskusji i przemian. Właśnie możliwość poznawania tych metamorfoz jest dla mnie wielką zaletą tego dzieła, obok, oczywiście, perełek myśli i wypowiedzi starożytnych mistrzów.

Zapraszam do lektury wybranych (spośród bardzo licznych jakże wartościowych) cytatów z dzieła Profesora.

Dla porządku zaznaczę, że pominąłem numerację stron oraz starogrecką pisownię wyrazów. Cytaty ujęte są w znaki >> <<. Wszystkie słowa poza tymi znakami są moje. Aby nie rozpisywać się zbytnio, dodałem linki do stron opisujących wymienianych ludzi lub tłumaczących znaczenie słów. Znakami (…) zaznaczyłem miejsca skrótów poczynionych przeze mnie. Pogrubienia liter są moje.

* * * *

Podążanie za znaczeniem słów

>>POJĘCIE PIĘKNA. Przede wszystkim wyraz „kalon”, którym posługiwali się Grecy i który tłumaczymy jako „piękno”, miał sens odmienny od tego, w jakim zwykło dziś się ten wyraz rozumieć. Oznaczał bowiem wszystko to, co się podoba, pociąga, budzi uznanie. Zakres jego był więc szerszy. Oznaczał wprawdzie i to, co się podoba oczom i uszom, co się podoba ze względu na swój kształt czy budowę, ale oznaczał także wiele innych rzeczy, które podobają się na inny sposób i dla innych względów, obejmował widoki i dźwięki, ale także cechy charakteru, w których dzisiejszy człowiek widzi wartości innego rodzaju i jeśli je nazywa „pięknymi”, to z świadomością, że wyrazu używa przenośnie. Świadectwem, jak Grecy pojmowali piękno, jest znane orzeczenie wyroczni delfickiej, że „najpiękniejsze jest to, co najsprawiedliwsze”. Z tego szerokiego i ogólnikowego pojęcia piękna, jakiego potocznie używali Grecy, wytworzyło się, ale dopiero z czasem, powoli i z trudem, węższe, bardziej określone pojęcie piękna estetycznego.<<

>>Wdzięk nazywa się po grecku charis, i tym samym imieniem Charyt Grecy nazywali Gracje. Czar i wdzięk: było to pojęcie ważne dla historii estetyki; z wszystkich używanych podówczas były może najbliższe temu, co dziś nazywa się pięknem.<<

>>Słownictwo greckie może wprowadzić w błąd, gdyż były w użyciu te same co dziś terminy, takie jak poezja, muzyka, architektura. Miały wszakże dla Greków inne znaczenie niż to, jakie uzyskały po wiekach. „Poiesis” – robić, oznaczała pierwotnie wszelką produkcję, a „poietes” – wszelkiego wytwórcę, a nie tylko twórcę wierszy; zwężenie znaczenia przyszło później. „Musike”, (czyli – dop. KG) pochodząca od muz, oznaczała wszelką czynność, której muzy patronują, nie tylko sztukę dźwięków; „musikos” nazywano każdego wykształconego człowieka. „Architekton” był naczelnym kierownikiem produkcji; „architektonike” oznaczała ogólnie „naczelną sztukę”. Dopiero z czasem terminy te – oznaczające „produkcję”, „wykształcenie”, „naczelną sztukę” – uległy zwężeniu i zaczęły oznaczać poezję, muzykę, architekturę.<<

* * * *

Estetyka Arystotelesa

>>Jego definicja piękna znajduje się w Retoryce. Tę dość zawiłą definicję można w uproszczonej formie przedstawić tak: Pięknem jest to, co samo przez się jest cenne, a zarazem dla nas przyjemne. Określił więc piękno dwiema właściwościami. Po pierwsze, jako to, co jest cenione samo przez się, a zatem nie dla pożytku, jaki daje; co wartość ma w sobie, a nie w skutkach. Po wtóre zaś, jako to, co zarazem dostarcza przyjemności, a zatem nie tylko posiada wartość, ale tą wartością przemawia do nas, ciesz nas, budzi radość czy podziw. (…) Myśl Arystotelesa można także przedstawić tak: każde piękno jest dobrem, ale nie każde dobro jest pięknem; każde piękno jest przyjemnością, ale nie każda przyjemność jest pięknem, pięknem jest tylko to, co jest zarazem dobrem i przyjemnością. Nic dziwnego, że miał je za rzecz cenną. Piękno łączy się z przyjemnością. Natomiast różni się od pożytku, bo wartość piękna tkwi w nim samym, a wartość pożytku w skutkach.<<

>>To, co Arystoteles mówił o pięknie, dotyczyło przeważnie – rzecz naturalna u Greka – piękna szeroko pojmowanego, nie tyko estetycznego. Dla piękna swoiście estetycznego nie miał oddzielnego terminu.<<

>>Ale biograf greckich filozofów, Laertios Diogenes, zanotował takie jego powiedzenie: Jedynie ślepy może pytać, dlaczego staramy się obcować z tym, co piękne. Sens tego powiedzenia nie może być wątpliwy: skoro w pojęciu piękna leży, że jest dobrem i sprawia przyjemność, to jest naturalne, iż jest cenione, tłumaczyć tego nie trzeba.<<

>>Kontemplacja jest też, jak się zdaje, jedyną rzeczą, którą się miłuje dla niej samej; bo nic innego nie rodzi się z niej prócz samej kontemplacji, z czynności zaś praktycznych usiłujemy w mniejszym lub większym stopniu wysnuć jeszcze jakąś korzyść poza samą odnośną czynnością.<<

>>Podobizny rzeczy oglądamy z przyjemnością, dlatego że jednocześnie widzimy sztukę, która je stworzyła, np. sztukę malarską lub rzeźbiarską, ale czyż z większą przyjemnością nie będziemy oglądać samych rzeczy naturalnych, w których możemy dostrzec przyczyny?… We wszystkich tworach natury tkwi coś cudownego.<<

>>Jestem tego zdania, że muzykę należy uprawiać nie dla jednego, a dla wielu pożytecznych celów, bo dla i wykształcenia, i dla duchowego oczyszczenia… po trzecie zaś i dla wypełnienia czasu dopoczynku, dla odprężenia i wytchnienia po pracy<<

W innym miejscu Profesor tak opisuje pogląd Arystotelesa na muzykę, ale przecież i szerzej, na sztukę:

>>W przeciwieństwie do dawnych jednostronnych poglądów na muzykę, założeniem poglądu Arystotelesa było, iż ma ona więcej niż jeden cel: służy oczyszczaniu i leczeniu uczuć, doskonaleniu moralnemu, kształceniu umysłu, odpoczynkowi, potrzebom życiowym, zwykłej rozrywce i przyjemności, a wreszcie i nade wszystko – wczasom, a przez nie godnemu człowieka i uszczęśliwiającemu życiu.<<

Jak pisałem w poprzednim tekście, dla Greków owe wczasy znaczyły coś zupełnie innego niż dla nas.

U nich wyraz tłumaczony przez Profesora jako wczasy znaczył „rozrywkę w najszlachetniejszym słowa znaczeniu, łączącej przyjemność z pięknem moralnym, dającą szczęście”, a teraz nawet nie mamy słowa mającego podobne znaczenie.

Nie tylko tego; właśnie przyszło mi głowy drugie słowo stworzone przez Greków, które obecnie możemy jedynie opisem przetłumaczyć: kalokagatia – harmonijne połączenie estetyki, etyki i moralności, czyli piękna i dobra. Nie mamy, ponieważ teraz nikt nie łączy sztuki, przyjemności, piękna, moralności i szczęścia w jedną całość z dobrem.

Powtórzę tutaj raz jeszcze słowa Autora, ponieważ odnoszą się nie tylko do powyższego cytatu, ale i do naszych czasów, zwłaszcza ostatnich dziesięcioleci:

>>Ponieważ poprzestawali na małym, więc wielu było wśród nich ludzi wolnych od trosk materialnych, mogących – jeśli nie tworzyć sztukę, to cieszyć się nią.<<

* * * *

Posumowanie epoki helleńskiej czyli klasycznej, przed wielkimi przemianami związanymi z podbojami Aleksandra Wielkiego.

>>Archaiczna i klasyczna estetyka Greków była niepodobna do naszej, ale także do takiej, jakiej byśmy oczekiwali w zaraniu dziejów. Była pierwszą, przynajmniej w Europie, spisaną teorią sztuki, a nie była ani prosta ani taka, jaką późniejsi uważają za naturalną i pierwotną. Po pierwsze, zaledwie wspominała o pięknie. Gdy ówcześni Grecy mówili o nim, to prawie wyłącznie z sensie etycznym, nie estetycznym. Jest to tym szczególniejsze, że estetyka ta powstała w kraju i czasie, który tyle piękna stworzył. Wiązała sztukę z dobrem, prawdą i pożytkiem ściślej niż z pięknem. Pojęcia sztuk „pięknych” nie posiadała.<<

>>Po trzecie, klasyczna teoria sztuki nie łączyła jej z twórczością. Jest to tym szczególniejsze, że była teorią Greków, których zdolności twórcze były tak wielkie. Na czynnik twórczy w swej sztuce mało zwracali uwagi i mało go cenili. Pochodziło to stąd, że byli przekonani, że światem rządzą wieczyste prawa i że sztuka musi ich przestrzegać, nie zaś wymyślać prawa własne. Że jest ona odkrywaniem, a nie tworzeniem właściwych rzeczom form. Dlatego też nie cenili nowości w sztuce, choć tyle nowego do sztuki wnieśli. Sądzili, że to, co w niej i co w ogóle w życiu jest dobre i właściwe, to jest wieczne, jeśli więc sztuka stosuje formy nowe, odmienne, odrębne, to jest raczej sygnałem, że weszła na fałszywą drogę.<<

>>Dopiero wraz z przekształceniem się kultury helleńskiej z hellenistyczną przekonania klasycznej estetyki zaczęły ustępować miejsca nowym, zbliżać się do nowożytnych. Wtedy nastąpiło wysunięcie na pierwszy plan twórczości w sztuce i zrozumienie związku między sztuką a pięknem, a także wiele innych zmian: przesunięcie punktu ciężkości teorii sztuki z myśli na wyobraźnię, z wrażeń na idee, z reguł na zdolności osobiste artysty.<<

* * * *

O cechach sztuki hellenistycznej. Zamieszczam je dla pokazania zmian w postrzeganiu sztuki, estetyki, twórców, w stosunku do epoki klasycznej; jej znaczne podobieństwo, a często tożsamość, z naszymi obecnymi poglądami. Są to fragmenty rozdziału podsumowującego epokę hellenistyczną.

>>NOWY POGLĄD NA ARTYSTĘ

A. Istotą pracy artysty jest wyobraźnia. Dla malarza i rzeźbiarza nie jest mniej ważna niż dla poety. Filostrat pisał, że wyobraźnia jest mądrzejsza od naśladowania, bo przedstawia to, czego nie widziała, a naśladowanie wyłącznie widziane. Myśl maluje i rzeźbi lepiej od rzemieślniczego kunsztu. Pochwała wyobraźni nie była bynajmniej wezwaniem, aby sztuka odbiegała od prawdy; przeciwnie, wyobraźnia, swobodnie dobierając i zespalając motywy, tym skuteczniej może oddać prawdę. (…)

B. Istotna dla artysty jest myśl, wiedza, mądrość. Bo może i powinien przedstawiać nie tylko powierzchnię rzeczy, ale ich cechy najgłębsze. Dion pisał, że dobry rzeźbiarz w posągu bóstwa oddaje całą bóstwa energię i moc. A Filostrat – że Fidiasz, zanim wyrzeźbił Zeusa „wraz z niebem i gwiazdami”, musiał oddawać się kontemplacji świata, tyle w tym posągu jest zrozumienia dla natury świata; takie pojmowanie artysty zbliżało go do filozofa.

C. Istotna jest dla artysty idea. Tworzy on według idei, jaką ma w umyśle. „W formach i figurach jest cos doskonałego, a ideę tej doskonałości mamy w umyśle” – pisał Cyceron. Fidiasz (…) stworzył Zeusa nie wedle natury, lecz wedle idei, jaką miał w sobie. (…)

Termin i pierwotna koncepcja idei były platońskie, ale pisarze hellenistyczni zachowali tylko termin, a przekształcili koncepcję. Dla Platona idea była bytem istniejącym poza człowiekiem i światem, bytem wiecznym i niezmiennym, niedostępnym zmysłom, ale ujmowanym przez pojęcia. Dla Cycerona zaś (...) z transcendentalnej idei stała się wyobrażeniem w umyśle artysty. (…)

D. Jakkolwiek doniosła jest dla artysty znajomość reguł sztuki, to jednak reguły same nie wystarczą, potrzebne są mu ponadto osobiste zdolności. I to nieprzeciętne. Pojęcie, jakie hellenizm miał o wielkich artystach, zbliżało się już do tego, co czasy nowe nazwały – geniuszem. (…)

Ale nawet geniusz nie wystarczał hellenistycznym pisarzom do wytłumaczenia wielkiej sztuki: potrzebne artyście jest też natchnienie. Tworzy on w „entuzjazmie”, w stanie natchnienia. (…) Dale wielu z tych, co pisali teraz o sztuce, natchnienie nie było (jak kiedyś dla Demokryta) stanem przyrodzonym, lecz nadprzyrodzonym, wyrazem interwencji bogów. (…)

E. W rzeczach sztuki tylko artysta jest prawodawcą. W wielkich artystach, w szczególności w Fidiaszu, widziano nie tylko twórcę własnego dzieła, lecz także prawodawcę (legum lator), który wpływa na przyszłe dzieła i poglądy, na następne pokolenia. Bogów znamy w takiej postaci, jaką im nadali malarze i rzeźbiarze, powiada Cyceron.

NOWY POGLĄD NA DZIEŁO SZTUKI

A. W nowym rozumieniu dzieło sztuki było tworem duchowym, a nie czysto ręcznym. Wenus Knidyjska, jak pisał Lukian, była tylko kamieniem, zanim myśl artysty zrobiła z niego boginię. (…) Dlatego sztuka jest czymś więcej niż przyjemnością i ozdobą życia, bo dowodem ludzkiej godności, argumentum humanitaris. To jej, jak dowodził Dion, Grecy zawdzięczali swą wyższość nad barbarzyńcami.

B. Dzieło sztuki jest tworem indywidualnym, nie produktem rutyny. Dlatego zdolne jest zarówno przedstawiać, jak i wyrażać indywidualne przeżycia. Kwintylian twierdził, że malarstwo zdolne jest wnikać w najbardziej osobiste uczucia, niekiedy nawet przewyższa pod tym względem poezję.

C. Dzieło sztuki jest tworem wolnym. Nie jest związane z naśladowaniem rzeczywistości, jest autonomiczne w stosunku do niej. Nie jest kopią przyrody, ale jej rywalem, jak wywodził Kallistrat. Lukian pisał o poezji, że ma „wolność nieograniczoną i posiada jedno tylko prawo: wyobraźnię poety”; o plastyce powiedziałby to samo. Także Horacy powiada, że malarze mają równe z poetami prawo do wolności.

D. Dzieło sztuki poprzez rzeczy widzialne przestawia niewidzialne, duchowe. Dion Chryzostom: sztuka przedstawia ciało tak, że w nim rozpoznajemy ducha.

E. Te wielkie dzieła nie tylko cieszą oczy, ale każą pracować myśli. Potrzebny jest wobec nich widz, co „trwając w kontemplacji, będzie się starał wzrok zastąpić myślą”. Ale też na to, aby je podziwiać, trzeba kontemplacji, wczasów, ciszy. (…) W przeciwieństwie do tych dawniejszych autorów, którzy sądzili, że sztuka działa uspokajająco, kiełzna namiętności, w czasach hellenistycznych przeważa pogląd, że jej działanie jest gwałtowne, podniecające, porywające. Dion sądził, że istotne jest w nich „wzruszenie”. O przeżywaniu działa sztuki, jak mówił Dionizjos, stanowi nie rozumienie, lecz uczucie i irracjonalne, zmysłowe wrażenie.<<


środa, 14 stycznia 2026

Rozpieszczony umysł

 130126

>>Kult bezpieczeństwa: Bezpieczeństwo staje się nadrzędną wartością, ważniejszą niż prawda, rozwój czy wolność.<<

Źródło: AI Google na zapytanie o sejfityzm. 

Rozpieszczony umysł jest tytułem książki dwóch Amerykanów, G. Lukianoff'a i J. Haidt'a, a jej tematem są pewne nurty trapiące zachodnie społeczeństwa. Aby nie przedłużać, oddam głos autorom.

Zaznaczę tylko, że pominąłem numerację stron, a pogrubienia liter są moje. Cytaty ująłem w znaki >> <<. Wszystkie słowa poza tymi znakami są moje. Dodałem linki do stron opisujących wymienianych ludzi lub tłumaczących znaczenie słów. Znakami (…) zaznaczyłem miejsca skrótów poczynionych przeze mnie.

* * * *

>>Ta książka jest o edukacji i mądrości. Jeśli będziemy uczyć następne pokolenie w mądrzejszy sposób, będzie ono silniejsze, bogatsze, uczciwsze, a nawet bezpieczniejsze.<<

>>Większość młodych ludzi wcale nie jest rozpieszczana i nie ma łatwego dzieciństwa. Jednak w naszej książce pokażemy, że w dzisiejszych czasach dorośli robią więcej, by chronić swoje dzieci, niż kiedyś, i że ich nadopiekuńczość może mieć negatywne skutki. Słownikowe definicje słowa „rozpieszczać” kładą szczególny nacisk na nadopiekuńczość. W jednej z nich czytamy: „traktować z ekstremalną lub przesadną opieką i uprzejmością”. Wina leży po stronie dorosłych oraz instytucji, stąd podtytuł naszej książki: Jak dobre intencje i złe idee skazują pokolenia na porażkę. Właśnie o tym jest ta książka.<<

>>Wygoda i bezpieczeństwo to błogosławieństwa ludzkości, ale mają też swoją cenę. Dostosowując się do nowych, łatwiejszych okoliczności, obniżamy poprzeczkę dla naszej tolerancji i tego, jak postrzegamy dyskomfort i ryzyko.<<

* * * *

>>Sejfityzm to kult bezpieczeństwa – obsesja na punkcie eliminowania zagrożeń (prawdziwych i wyobrażonych) do takiego stopnia, że ludzie nie są skłonni do ryzykowania bezpieczeństwa w codziennych sytuacjach, nawet wtedy, gdy wymaga tego zdrowy rozsądek. Sejfityzm pozbawia młodych ludzi doświadczeń niezbędnych dla ich antykruchych umysłów, tym samym czyniących ich bardziej kruchymi, lękliwymi i skłonnymi podstrzygać siebie w charakterze ofiary.<<

>>Poza kulturą sejfityzmu słowo „przemoc” odnosi się do przemocy fizycznej. (…) Tymczasem niektórzy studenci, profesorowie i aktywiści uznają słowa swoich przeciwników za akty przemocy i tym samym uzasadniają stosowanie ideologicznie umotywowanej przemocy fizycznej. Usprawiedliwienie oparte jest na rozumowaniu, że, jak możemy przeczytać w jednym z tekstów opublikowanych w gazecie studenckiej Uniwersytetu w Berkeley, przemoc wykorzystana do zatrzymania mowy nienawiści nie liczy się jako „akt przemocy”, lecz uznawana jest za „działanie w samoobronie”.<<

>>Lecz skoro niektórzy studenci uważają, że uderzenie faszysty lub białego supremacjonisty jest okej i że każdemu o odmiennych poglądach można przypiąć łatkę faszysty lub białego supremacjonisty, cóż...<<

>>Kultura sejfityzmu, w której emocjonalny dyskomfort jest przyrównywany do fizycznego zagrożenia, to kultura, która zachęca nas do wzajemnej ochrony przed doświadczeniami wpisanymi w codzienne życie, dzięki którym stajemy się silniejsi i zdrowsi.(…)

Pojęcie „sejfityzmu” odnosi się do kultury czy systemu przekonań, w którym bezpieczeństwo stało się rzeczą świętą. Oznacza to, że w obliczu codziennych wyzwań, tak praktycznych, jak i moralnych, coraz rzadziej jesteśmy gotowi z niej rezygnować. „Bezpieczeństwo” ponad wszystko, bez względu na to, jak znikome lub mało prawdopodobne jest zagrożenie. Wychowywanie dzieci w kulturze sejfityzmu, a więc wpajanie im, by były zawsze „emocjonalnie bezpieczne”, i jednocześnie chronienie ich przed każdym możliwym zagrożeniem, może doprowadzić do zamkniętego koła: dzieci stają się bardziej kruche i mniej odporne, przez co dorośli zwiększają ochronę, a to sprawia, że stają się one jeszcze bardziej kruche i jeszcze mniej odporne.<<

* * * *

>>Zdecydowanie najbardziej zasłużony w kwestii uświadamiania ludzi, że unikanie stresorów, ryzyka i małych dawek bólu działa na ich szkodę, jest Nassim Nicholas Taleb. (…)<<

Oto definicja (przepisana z Wikipedii) antykruchości, pojęcia wprowadzonego przez N. Taleba:

>>Niektórym rzeczom służą wstrząsy; rozwijają się i rozkwitają pod wpływem zmienności, przypadkowości, nieładu i stresu; przygody, ryzyko i niepewność to ich żywioł. Te rzeczy Taleb nazywa antykruchymi.<<

>>Taleb twierdzi, że do rzeczy antykruchych zaliczają się mięśnie, kości i dzieci:

Miesiąc spędzony w łóżku (…) skutkuje zanikiem mięśni; na tej samej zasadzie złożone systemy pozbawione stresorów słabną albo umierają. Nasz nowoczesny, ustrukturyzowany świat szkodzi nam w dużej mierze odgórnie narzuconymi prawami i rozmaitymi ustrojstwami, które działają w ten sposób: są zniewagą dla antykruchości systemów Na tym polega tragedia nowoczesności: podobnie jak neurotycznie nadopiekuńczy rodzice, często najbardziej szkodzą nam ci, którzy starają się pomóc.<<

>>Kiedy tylko pojmiemy koncept antykruchości, głupota nadopiekuńczości stanie się dla ans oczywista. Jako że ryzyko i stresory są naturalną, nieodłączną częścią życia, rodzice i nauczyciele powinni pomagać dzieciom uczyć się stawać silniejszymi dzięki takim doświadczeniom. Jak mówi stare powiedzenie: „Przygotuje swoje dziecko do drogi, nie drogę do dziecka”. Tymczasem wydaje się, że dziś postępujemy dokładnie odwrotnie: usuwamy z ich drogi wszystko, co mogłoby im zaszkodzić (…). Chroniąc dzieci przed stresującymi doświadczeniami, zwiększamy prawdopodobieństwo, że kiedy wyjdą spod rodzicielskiego klosza, nie będą w stanie poradzić sobie z nimi w dorosłym życiu. Naszym zdaniem panująca współcześnie obsesja na punkcie ochrony młodych ludzi przed „poczuciem zagrożenia” jest jedną z przyczyn gwałtownego wzrostu liczby przypadków depresji, nerwicy i samobójstw u dorosłych.<<

* * * *

>>Aby stworzyć odpowiednią reakcję immunologiczną na rzeczywiste zagrożenia (na przykład bakterie wywołujące infekcję gardła) i nauczyć się ignorować niegroźne substancje (na przykład zawarte w orzeszkach ziemnych proteiny), musi on zetknąć się z szerokim zakresem produktów spożywczych, bakterii a nawet pasożytów. W taki sposób działają szczepionki. Zaszczepione dzieci są zdrowsze nie dlatego, że mamy nagle mniej zagrożeń na świecie (…), a dlatego, że mają kontakt z tymi zagrożeniami w małych dawkach, dzięki czemu ich układy odpornościowe zyskują okazję, by nauczyć się radzić sobie z nimi w przyszłości.

Właśnie na tej tej podstawie sformułowano hipotezę higieniczną, która jest obecnie najbardziej wiarygodnym wyjaśnieniem rosnącej liczby przypadków alergii w krajach o rosnącym dobrobycie i lepszym przestrzeganiem zasad higieny – jest to kolejny skutek uboczny postępu. Psycholożka rozwoju, Alison Gopnik w zwięzły sposób wyjaśnia wspomnianą hipotezę, jednocześnie łącząc ją z motywem przewodnim naszej książki:

Dzięki lepszej higienie, antybiotykom i ograniczeniu zabawy na zewnątrz, dzieci są dziś mniej narażone na styczność z mikrobami niż kiedyś. Może to skutkować rozwinięciem się układów odpornościowych wytwarzających nadmierną reakcję immunologiczną na substancje, które w rzeczywistości nie stanowią zagrożenia. Na tej samej zasadzie chroniąc dzieci przed każdym możliwym niebezpieczeństwem, możemy nauczyć je przesadnej reakcji na sytuacje, które wcale nie są niebezpieczne, i uniemożliwić im przyswojenie sobie umiejętności, które będą musiały opanować, gdy dorosną.

(…) Oczywiście aforyzmu Nietzschego: „Co cię nie zabije, to cię wzmocni” nie wolno brać dosłownie. Niektóre rzeczy mogą nas wprawdzie nie zabić, ale za to trwale okaleczyć. Jednak nauczanie dzieci, że porażka, zniewaga i bolesne doświadczenia pozostawią po sobie trwałe ślady, jest samo w sobie krzywdzące. Człowiek potrzebuje stresujących bodźców, wyzwań fizycznych i psychologicznych. Bez nich jego kondycja ulega pogorszeniu. <<

* * * *

Odpowiedź Van Jonesa, byłego doradcy Trumpa i obrońcę praw obywatelskich, na zadane mu pytanie o właściwą reakcję studentów na wystąpienie prelegenta, którego poglądy uważają za złe. Poniżej nieco skrócony cytat z książki:

>>Bezpieczną przestrzeń można interpretować na dwa sposoby: jeden jest dobry, drugi fatalny. Pierwszy to założenie, że na kampusie uniwersyteckim jesteśmy bezpieczni w sensie fizycznym – nie grozi nam przemoc fizyczna, napastowanie seksualne, a do tego nie jesteśmy atakowani bezpośrednio, indywidualnie, na przykład za pomocą mowy nienawiści, słowami typu „Ty czarnuchu”, i z tym jak najbardziej się zgadzam. Istnieje jednak drugi, okropny pogląd, który jak wynika z moich obserwacji, zyskuje na popularności, że „muszę być bezpieczny w sensie ideologicznym. Muszę być bezpieczny w sensie emocjonalnym. Muszę przez cały czas cieszyć się dobrym samopoczuciem, a jeśli ktoś powie coś, co mi się nie spodoba, wszyscy dookoła muszą zareagować, w tym również administracja uczelni.”

Nie chcę, żebyście byli bezpieczni ideologicznie. Nie chcę, żebyście byli bezpieczni emocjonalnie. Chcę, żebyście byli silni. To co innego. Nie zamierzam usuwać wam kłód spod nóg. Zakaszcie rękawy i nauczcie się radzić sobie z przeciwnościami losu. Nie będę wynosić ciężarów z siłowni, przecież na nich opiera się ich sens. To jest wasza siłownia.<<

* * * *

>>Wielokrotnie w naszej książce przytaczaliśmy jedną z podstawowych zasad psychologii społecznej: im częściej kategoryzujemy ludzi i wskazujemy na różnice między nimi, tym bardziej stają się oni podzieleni i nieufni. Jednak im częściej podkreślamy, że wszystkim nam przyświecają te same cele, że czeka nas ten sam los i że kultywujemy wspólnie powszechne człowieczeństwo, tym bardziej patrzymy na siebie jak na równych sobie, lepiej się traktujemy i wzajemnie doceniamy nasz wkład w społeczeństwo.<<

>>MĄDROŚCI

Przygotuj dziecko do drogi, a nie drogę dla dziecka.

Nawet twój najgorszy wróg nie wyrządzi ci takiej krzywdy jak twoje własne myśli. Lecz kiedy nad nimi zapanujesz, nikt nie pomoże ci bardziej, nawet twój własny ojciec i twoja matka.

Linia podziału między dobrem a złem przecina serce każdego człowieka.<<

>> (…) Jesteśmy po prostu mniej empatyczni wobec ludzi, których postrzegamy jako „innych”.

Nasuwa się tutaj wniosek, że umysł człowieka jest przystosowany do plemiennego trybu życia, czyli plemienności (trybalizmu). Ewolucja człowieka to nie tylko historia zmagań między jednostkami wewnątrz danej grupy; to również odwieczna rywalizacja między grupami, czasami z wykorzystaniem przemocy. Wszyscy jesteśmy potomkami ludzi należących do grupy, która cały czas wychodziła z tej rywalizacji zwycięsko. Plemienność to nasza naturalna cecha, która sprawia, że instynktownie łączymy się w grupy i szykujemy na konflikty z innymi grupami. Kiedy „tryb plemienny” jest włączony, jeszcze bardziej zacieśniamy relacje w grupie, przyjmujemy grupowy matriks moralny, stajemy w jego obronie i przestajemy myśleć samodzielnie. Podstawowa zasada w psychologii moralności mówi: „moralność wiąże i zaślepia”. Zjawisko jest bardzo przydatne, kiedy próbujemy nastawić członków grupy na walkę „my kontra oni”. W trybie plemiennym stajemy się głusi na argumenty i dane podważające narrację naszej drużyny. Jednocześnie przynależenie do grupy na takiej zasadzie est bardzo satysfakcjonujące – widać to choćby w plemiennych symbolach wykorzystywanych przez uniwersyteckie drużyny i kibiców futbolu amerykańskiego.

Jednak samo bycie przygotowanym do plemienności nie oznacza, że musimy żyć w trybie plemiennym. Ludzki umysł ma do dyspozycji wiele „narzędzi” poznawczych. Nie korzystamy z nich cały czas. Do naszej skrzynki z narzędziami sięgamy wówczas, kiedy pojawi się taka potrzeba. Warunki, w których żyjemy, mogą prowadzić do nasilenia naszego poczucia trybalizmy, stłumić go lub całkowicie wyłączyć. Każdy konflikt międzygrupowy (prawdziwy lub wyobrażony) natychmiast go podkręca, przez co ludzie z większą uwagą wychwytują, w której grupie znajdują się inni. Zdrajcy podlegają karze, podobnie jak spoufalający się z wrogiem. Natomiast pokój i dobrobyt zazwyczaj tłumią plemienność. Ludzie nie przywiązują wtedy tak dużej wagi do przynależności ani też nie czują się zmuszeni, by spełniać oczekiwania grupy. Kiedy w danej społeczności udaje się wyłączyć tryb plemienny u jej członków, zwiększa się swoboda układania życia wedle własnych preferencji i kreatywnego mieszania się ludzi i idei.<<

* * * *

Przez minutę słuchałem wiadomości nadawanych przez jedną z największych stacji telewizyjnych. Usłyszałem o konieczności powstrzymania mowy nienawiści i o faszystowskiej partii działającej w Polsce. Telewizor wyłączyłem. Nie jestem zwolennikiem partii, o której była mowa (ani żadnej innej), ale też nie dostrzegam w ich działaniach śladu faszyzmu, natomiast widzę dużo nietolerancji, czasami zbliżającej się do zachowań charakteryzujących nienawiść, u ludzi często mówiących o mowie nienawiści.

Boję się ich. Autentycznie się boję.