Moja książka

Góry Kaczawskie słowem malowane

250619 Miałem okazję poznać świętokrzyskie drogi i tatrzańskie szlaki, przemierzałem łęczyńskie bagna i podlubelskie lasy, spędziłem ki...

niedziela, 4 czerwca 2017

Majowy dzień w Górach Kaczawskich


200517

Komarno, Dudziarz, Połom, Skopiec, stoki Maślaka, Ogier, Komarno.




Mimo iż wstałem o drugiej, świt zastał mnie w drodze; cóż, niewiele już brakuje dniom z końca maja do najdłuższych w roku. Dzień wstawał chmurny, świat przygnieciony był zwałami ciężkich, sinych chmur. Jechałem licząc na zmianę pogody w ciągu dnia. Samochód zaparkowałem na końcu uliczki wsi Komarno, o kwadrans drogi od Skopca, i dobrze znanymi dróżkami ruszyłem na Ziemski Kopczyk, szczyt, z którego są ładne i rozległe widoki – od Jeleniej Góry po szczyty Gór Wałbrzyskich. Ścianę Karkonoszy zobaczyłem zimową: zamgloną, ciemną, zimną, bez kolorów, na które tak bardzo liczyłem.

Może wrócę? Spojrzałem na zegarek i policzyłem, że do pracy spóźniłbym się dwie godziny.



Trochę wahałem się, nim wziąłem wolny dzień by zobaczyć pełnię wiosny w moich górach, wszak jestem na swoim wygnaniu z dala od rodziny dla pieniędzy, a strata płacy i koszt wyjazdu tworzą razem niezłą sumkę. Zdecydowałem się jechać pamiętając o rezygnacji z wyjazdu pod Dover dla zobaczenia wapiennych klifów, których później już nie miałem okazji zobaczyć. Jest jeszcze coś, co czasami przeważa moje zobowiązania finansowe i ostatnio zauważoną u siebie chytrość pieniędzy: otóż nierzadko wspominam słowa usłyszane dawno temu, tak dawno, jakby nie mnie dotyczyły, a innej osoby, słowa o niewiedzy przeżywania ostatniego spotkania.

Moja praca tak jest dla mnie ciężka psychicznie, że coraz częściej jestem bliski decyzji zwolnienia się i powrotu do domu, więc każdy wyjazd w moje góry może być… niekoniecznie ostatnim, ale mieszkając na drugim końcu Polski i niewiele zarabiając, jak często mógłbym przyjeżdżać w Góry Kaczawskie?

Tak więc stałem na łagodnym szczycie kaczawskiego wzgórza i odczuwając zawód patrzyłem na niebo, jakże podobne do zimowego. Wtedy poczułem w sobie strumień szybko zmieniających się odczuć. Pierwszy pojawił się żal zabarwiony goryczą z powodu więzów, które narzucam na siebie i tych, które narzucane są niezależnie od mojej woli, ale też żal z powodu odczuwanego zawodu.

-Przecież jestem w moich górach, widzę młodą zieleń drzew, kwitnące kwiaty, a z rezygnacją myślę o powrocie jakbym doznał tutaj rozczarowania!

Żal zanikał zmieniając się w złość na siebie, a do niej dołączył protest. Dopiero później, gdy zastanawiałem się nad tym, co czułem w ciągu tych paru sekund znacznie szybszych od tego opisu, zrozumiałem powody.

Protestowałem przeciwko zatruwaniu niezadowoleniem swojego dnia, tak cennego dnia, skoro niemożliwego do powtórzenia; przeciwko zmartwieniom, których być nie powinno, także złości, której podstawy jakże są kruche, a nade wszystko protestowałem przeciwko płytkości swojego przeżywania. Buntowałem się przeciw mojej ślepocie na drobne uroki dnia, przeciw zbyt słabemu dostrzeganiu piękna zwykłych chwil.

Szkoda mi się zrobiło dnia – jakbym znajomą osobę krzywdził swoją niesprawiedliwą oceną.

Starzenie się, proces, z którym zaznajamiam się w ostatnich latach, jest stopniowym zamykaniem się możliwości wyboru, ubywaniem możliwych zdarzeń przede mną, przesuwaniem się ich za plecy. W związku z tą moją definicją wspomniałem deszczową wędrówkę majową tymi górami sprzed paru laty i moje podsumowanie tamtego dnia: zobaczenie po raz pierwszy w życiu słonecznego dnia majowego w Górach Kaczawskich nadal jest przede mną.

Dzisiaj powtarzam te słowa: taka wędrówka i jej widoki nadal czekają na mnie. Domu już mieć nie będę, jednak czekają na mnie, i doczekają się, widoki nigdy nie oglądane: moich gór w majowym słońcu.



Nie układałem planu wędrówki dzisiejszego dnia, po prostu odruchowo pomyślałem o zboczach kilku ulubionych gór i tam pojechałem. Stoki Dudziarza stopniowo wysuwają się na czoło mojej listy najbardziej urokliwych i najbardziej urozmaiconych miejsc. Byłem tam wiele razy, a w czasie każdej wędrówki odkrywam nowe zakątki. Chyba nigdzie nie ma tak wielu zboczy, dolinek, malowniczych kęp drzew, schowanych przed wszystkimi zaułków, a na pewno nie ma tak wiele głogów i róż. Są tam miejsca, które bez przesady można nazwać laskami głogowymi i różanymi. 




Róże jeszcze zbierają siły do kwitnienia, głogi właśnie zaczynają swój godowy okres. Ich kwiaty są takie… zwykłe, jednak białe pąki mają urok trudny do przewyższenia. Miałbym kłopoty z określeniem, dlaczego właśnie głogi są tak mi bliskie; gdy sięgając w głąb siebie próbując znaleźć odpowiedź, niezmiennie pojawia się wspomnienie Marcela Prousta i… Gór Kaczawskich. Tych tysięcznych dróg i widoków, czasu tutaj spędzonego i przeżyć tutaj zaznanych. Tak oto miesiące spędzone nad książkami genialnego Francuza i obrazy zapewne nieznanych mu gór sudeckich łączą się u mnie – miłośniku jego twórczości i kaczawskim wędrowcu.




Zadziwiała mnie zieleń drzew i traw – jakże zwykła o tej porze roku i jak bardzo niezwykła dla mnie, zimowego łazika. Uśmiechałem się obserwując u siebie odruchowe rozpoznawanie gatunków drzew po pniach i korze, nie liściach, chociaż trzy stojące w Trzmielowej Dolinie wielkie wiązy dopiero pokazawszy mi swoje liście, pozwoliły się rozpoznać bez wątpliwości. Wiązy... Są one przykładem tych licznych splotów realności z fantazją, teraźniejszości i przeszłością, które razem tworzą nasze życie wewnętrzne. Kiedyś zwiedzałem starą posiadłość w UK (a tam stary dom musi mieć chociaż 500 lat; dwustuletni nie jest starym), zapamiętałem widziane w parku ogromne rosochate wiązy z pniami pełnymi zgrubień i narośli; w chmurny dzień zimowy wydawały się ilustracją horroru, a te dzisiaj oglądane niewiele im ustępują czynionym wrażeniem. Pamiętam chwile pod wiązem samotnie rosnącym opodal nieistniejącej wioski w bieszczadzkiej głuszy, pamiętam też te drzewa z parków w Żaganiu, Szamotułach, w Śremie; w Poznaniu przez dwa tygodnie obserwowałem ich kwitnienie i rozwijanie się liści. Teraz do tej listy dodaję wiekowe wiązy rosnące w najładniejszej dolinie kaczawskiej.

Kwiaty wśród traw. Czasami pojedyncze lub w małych grupkach, częściej widoczne z daleka białe żółte lub niebieskie duże łany. Moja znajomość ich nazw jest zawstydzająco słaba, rozpoznałem jedynie kaczeńce i niezapominajki, a wszystkie były dla mnie, przywykłego chodzić wśród zimowych martwych traw, uroczymi zjawami z innego świata. 








Nie mogę powiedzieć, że wszystkie kwiaty, jednak niewątpliwie ich większość jest dla mnie materialnym obrazem idei piękna. Nawet te dzisiaj oglądane zwykłe kwiatki łąkowe takie są, a żeby dostrzec owe piękno zaklęte w ich kształtach i kolorach, wystarczy chwila czasu, oczy szeroko otwarte i z bliska patrzące oraz potrzeba zobaczenia – czynnik tutaj najważniejszy.

W kwiatach fascynuje mnie bogactwo kolorów, symetria ich budowy, wdzięk linii. Kształt kielicha konwalii, łuk jego rozchylenia na brzegach, jest doskonałością. Tak bardzo godny podziwu wygląd kwiatów zadziwia tym bardziej, że przecież nie dla nas, nie dla naszego podziwu, został wykształcony, prędzej już dla zapylających je owadów.

Oglądałem czereśnie, oczywiście już przekwitłe, chociaż znalazłem jedno drzewo spóźnialskie, w ostatniej chwili kwitnienia; mało, nawet bardzo mało widziałem zawiązków owoców. Nie trafiły te drzewa w dobry czas swoim kwitnieniem. Nigdy nie widziałem czerwonych owoców czereśni w moich górach, nigdy ich nie próbowałem. Może jednak kiedyś zobaczę i spróbuję?…

Wszedłem w las znany mi z poprzednich wędrówek chcąc odszukać zaznaczone na mapie skały. Mimo chmurnego dnia, las zobaczyłem zielony, przytulny, swojski, a z pewnej zimowej wędrówki pamiętam go zupełnie innym: na dróżce leżał mokry stary śnieg poprószony uschniętym igliwiem, moje ślady nabiegały czarną wodą, z drzew spadał topniejący śnieg wydając mlaszczące odgłosy, było mokro, zimno i nieprzytulnie. Zapamiętałem tamte chwile z powodu odczuwanego zadowolenia, nawet radości wędrowania, co, wziąwszy pod uwagę aurę, dziwiło mnie. Znalezione skały wydały się bardzo, bardzo stare: głęboko spękane, rozwarstwione, omszałe, czarne. Patrząc na kaczawskie skały, mam silne wrażenie patrzenia na czas liczony w milionach lat. Wydaje mi się, że te skały zamarły w takim kształcie wtedy, gdy wokół biegały dinozaury i od tamtej pory stoją nieporuszone, że są wieczne.

Podejście do nich wiodło chwiejnym rumowiskiem skalnym porośniętym mchami, na których buty się ślizgały lub plątały w gęstwinie płożących pędów jeżyn – dobre miejsce do połamania nóg. W nagrodę miałem satysfakcję z odnalezienia miejsca ukrytego wśród drzew i tyleż już razy odczuwany, a zawsze świeży, podziw dla uporczywości życia wykorzystującego każdą możliwość, niechby to była rysa w skale, by znaleźć miejsce dla siebie i rosnąć. Ze szczelin pionowej skały poziomo wyrasta tam spora lipa, a odsunąwszy się od skały, wygina pień łukiem w górę, ku słońcu. Rośnie, żyje.


Widząc boczny dukt odchodzący od głównego w pasującą mi stronę, poszedłem poznać go. W moich górach nie zabłądzę, ale przecież nie znam wszystkich dróżek, jest ich w lasach cała poplątana sieć. Skręciłem więc i niewiele dalej znalazłem źródło tuż przy dróżce. Takie prawdziwe źródło z wodą bijącą spod kamienia i dźwięcznie dążące po pochyłości stoku ku swojemu przeznaczeniu, ale niewiele niżej zgubiłem strumyk. Zawróciłem chcąc odszukać go i po chwili okazało się, że dla tego strumyka przeznaczenie jest zaskakujące: rozlewał się po płaszczyźnie zbocza i tam, wśród piaszczystych łach, kończył swój żywot, na powrót wracając tam, skąd przybył – do podziemnego świata.

Wziąłem ze sobą dwie butelki wody rezygnując z herbaty zaprawionej sokiem malinowym, której wielki termos zawsze zaparzam szykując się do zimowej wędrówki. Brakowało mi mojej herbaty. Uświadomiłem sobie, że tak przyrządzoną pijam tylko w czasie górskich wędrówek, zapewne dlatego jej smak i aromat do tego stopnia związał się ze szlakiem i górami, że ich obraz okazuje się być niepełny bez herbaty z sokiem malinowym.

Mijając ostatnie drzewa lasu, zobaczyłem w oddali kępkę drzew na małym wybrzuszeniu zbocza Ogiera – jedno z tak wielu bliskich mi miejsc w moich górach.


 Cóż w nim wyjątkowego? Nic, aczkolwiek ma swój naturalny urok śródpolnych i łąkowych kęp drzew. To miejsce jest wyjątkowe przez związek z nim myśli, wrażeń, marzeń, pisania i mojego czasu. To mój duch czyni z kępki brzóz i kupki kamieni miejsce wyjątkowe i wiąże mnie z nim wieloma nićmi; mocnymi, aczkolwiek nieistniejącymi w świecie na zewnątrz mnie. Każdy z nas ma takie miejsca, w których świat zewnętrzny jest bliższy naszemu duchowi. Parę lat temu w tym miejscu umieściłem fragment swojej noweli, czy raczej krótkiej powieści. Od tamtej pory będąc tam, miewam przedziwne poplątanie czasów i światów – jakbym w realnym świecie był i jednocześnie w tamtym, stworzonym przeze mnie na potrzeby noweli. Patrzę na Trzmielową Dolinę spływającą uroczą wstęgą ku wiosce w dole i jednocześnie jakby słyszał rozmowę ich dwojga. Wydaje mi się, że odwracając się, zobaczę ich, ale nie robię tego nie chcąc zepsuć czaru chwili.


Między brzozami zobaczyłem wielką belę sczerniałej trawy. Te kupy sprasowanych traw są zakałą kaczawskich krajobrazów; w wielu miejscach, a zwłaszcza w kępach krzewów i drzew, na miedzach i przy uskokach terenu, leżą i gniją, czarne i śmierdzące, za co obwiniam urzędasów płacących rolnikom za zebranie skoszonej trawy, ale nie za jej wywiezienie. Pomyślałem, że jeśli ruszę tę rolkę z miejsca, potoczy się w dół zbocza, uwalniając i oczyszczając moje miejsce. Zaparłem się raz i drugi, ale nie byłem w stanie jej unieść. Będzie tam leżeć i gnić przez wiele lat.

Przerwałem pisanie, słucham La Notte Vivaldiego. Ten koncert, podobnie jak tamto miejsce na stoku Ogiera, dziesiątkami nici łączy moje fantazje literackie ze mną i światem realnym. Te dźwięki, jak tamto miejsce, są częścią mojego wewnętrznego świata, czyli tego ważniejszego i realniejszego od zewnętrznego, nierzadko obcego i kanciastego.

Na stoku Dudziarza zobaczyłem przewrócone przez starość i próchniejące w trawie ogrodzenie łąki zrobione z żerdzi; czy pisałem, że lubię stare słowa?

Pojawia się człowiek i mówi: to moje! Dzieli odwieczną przestrzeń góry na swoją – nie swoją i wydaje się mu, że teraz jest u siebie. Mija dziesięć lat albo sto, człowiek znika, ogrodzenie przewraca się i obraca w próchno, a góra trwa nieporuszona, w nosie mając owe jętki jednodniówki zwane ludźmi.








Post scriptum

Nazajutrz po powrocie z gór zaczęła się przeprowadzka, czyli przemieszczenie lunaparku do innego miasta. Przeprowadzka jest trzydniową pracą, w czasie której nie mam czasu praktycznie na nic; w tydzień później pojechałem do kolejnego miasta, czyli przeżyłem kolejną przeprowadzkę. Przeżycie jest, nota bene, trafnym określeniem tych dni. Najcięższy jest pierwszy dzień, z reguły poniedziałek. Pracę zaczyna się o siódmej rano, kończy w nocy, albo rankiem we wtorek, bo dojechaniu do nowego miasta; tydzień temu przyjechałem przed czwartą rano. Było już widno, po wyjściu z kabiny poczułem chłód ranka, zobaczyłem cudny błękit nieba i usłyszałem ptasią wrzawę. Wilgotnymi chusteczkami zmyłem z siebie brud dwudziestogodzinnej pracy, spałem pięć godzin i zacząłem dziesięciogodzinną dniówkę.

W minionym tygodniu pracowałem 91,5 godziny, co wystarczająco tłumaczy moje dwutygodniowe pisanie tego tekstu.

Po co to wszystko? Dla pieniędzy, cholera jasna, dla pieniędzy, których nigdzie nie zarobię tyle, ile zarabiam tutaj. Wkurza mnie to wiązanie się przyzwyczajeniami, planami i oczekiwaniami związanymi z pieniędzmi, ale nie potrafię z nich zrezygnować.

Chciałbym chodzić po górach i pisać, ale muszę zarabiać na rodzinę, przy czym nie rodzina, a ja sam zmuszam się do tego.

Jestem facetem, nie potrafię inaczej.




4 komentarze:

  1. Głogi lubi się także za ich osobliwy zapach, czasami duszący i mdlący, a jednak słodki; miałam zebrać kwiaty, wysuszyć i przechować na zimowe herbatki, ale zdążyły już przekwitnąć:-)
    Wziąć wolny dzień, by pojechać od tego niewolnictwa do swoich gór, i być pełnym sprzecznych myśli, chęci odwrotu ... smutny jest ten post, bo chciałoby się żyć inaczej, a tu dopada proza życia chyba wszyscy tak mamy ...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, tekst nie jest radosny, chociaż tylko na początku. Później, gdy już pogodziłem się z pogodą, nie było źle. Mario, dla mnie główną cechą tego tekstu jest szczerość. Z założenia blog miał być o mnie. Nie o moich dzieciach i żonie, o sprawach rodzinnych, a o mnie. Łatwo byłoby mnie znaleźć po przeczytaniu kilku postów, niemniej w zasadzie występuję jako anonimowa osoba, mimo iż moje imię i nazwisko jest w tytule bloga. Te fakty, wespół z moimi cechami osobowymi powodują, iż nie odczuwam potrzeby udawania innego człowieka, niż jestem. Jeśli gdzieś ubarwiłem wrażenia czy okoliczności, to rzadko i raczej nieświadomie.
      Powiem Ci, Mario, że obecne zwyczaje, czy raczej należałoby użyć modniejszego słowa „trendy”, niesłusznie odbierają człowiekowi prawo do smutku, niezadowolenia czy płaczu. Współczesny człowiek ma być uśmiechniętym i zadowolonym człowiekiem sukcesu, mieć pewność siebie, piękną żonę, dwójkę ślicznych dzieci i równie śliczny domek. Nie tak. Chyba zgodzisz się ze mną, że fałszywy to obraz rodem z idiotycznych reklam. Rezerwuję dla siebie i innych ludzi prawo do bycia z czegoś niezadowolonym (oczywiście nie cały czas), zirytowanym, zasmuconym. Chciałbym, żeby nikt nie wydziwiał, gdy ktoś ma gorszy dzień, bo coś mu się nie udało, albo po prostu dlatego, że wstał lewą nogą. To nasze prawo, Mario. Myślę, że myślisz podobnie.
      Co do wyjazdu: prognozy były niezłe, kilka poprzednich dni pięknych, więc nastawiłem się na oglądanie słonecznych widoków. Dzień wcześniej pełne słońce i ponad 20 stopni, a tego dnia 6 stopni i ciężkie chmury – dobrze, że wbrew spodziewaniu wziąłem sweter. Nazajutrz… pełne słońce. Najbliższy wyjazd w góry będzie możliwy dopiero w lipcu (w sezonie pracuje się tutaj non stop, 30 dni w miesiącu), a najbliższy wyjazd majowy za 11 miesięcy.
      Czy żałuję? Oczywiście, że nie! Nigdy nie żałowałem żadnego wyjazdu, nawet w mroźne, wietrzne, czy deszczowe dni. Z każdego udawało mi się coś wziąć dla siebie, z tego więcej, niż z zimowych wyjazdów, wszak przyrodę widziałem wiosenną.
      Bardzo rzadko mam okazję pojechać w góry poza zimą. W tekście pisałem o tym: po tylu latach chodzenia w góry, jeszcze nie miałem okazji widzieć je pod majowym słońcem.
      Oto dodatkowe tło mojego zawiedzenia pogodą.
      Mario, zdaje się, że kaczawskie głogi kwitną później, widziałem je w pierwszej połowie kwitnienia; na krzewach bardzo wiele było pąków.

      Usuń
  2. Krzysiek, tak się składa, że wiem o jakim nastroju piszesz.
    Również miewałem takie stany ducha.
    - Siedziałem w domu, chciałem pójść na działkę.
    - Byłem na działce, chciałem wrócić do domu.
    Kwadratura koła, która trwała we mnie gdzieś w moim wnętrzu i nic nie mogło tego stanu zniwelować.
    I gdy zadłużyłem się i kupiłem upragnioną cyfrową lustrzankę trochę mi ulżyło. Mój stan ducha przestał mnie dręczyć, gdy skomponowałem pewną panoramę. Często do niej powracam i wtedy jest mi lżej na duszy.

    Krzysiek, Twoje testy często są trudne w odbiorze, ale one zawsze są szczere. Szczere aż do bólu. Krzysiek, wiesz co? Twoje teksty należy czytać kilkakrotnie, ponieważ bardzo dużo emocji można wyczytać pomiędzy wierszami.
    I ja tak robię.
    I wybacz Krzysiek, gdy utonę w Twoich opisach, wtedy nie potrafię nic sensownego napisać.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję, Janku, za komentarz i takie widzenie moich tekstów. Nie zawsze zasłużone są Twoje wysokie oceny.
      Janku, gdy w zimie zdarzy się paskudna pogoda, mówię sobie: cóż, jest zima, ale w tamtym majowym czasie był cały ciąg ładnych dni, z jednym wyjątkiem: właśnie w ten dzień, gdy mogłem wziąć wolne. Zbyt mocne było moje oczekiwanie słońca, ale w opisanej chwili na Ziemskim Kopczyku dość szybko poradziłem sobie z moim nastrojem i później już inaczej patrzyłem.
      Przy oglądaniu zdjęć zauważyłem pominięte tematy, chyba więc napiszę dopisek do tamtego dnia.
      Janku, powiedz mi szczerze, o czym chciałbyś przeczytać na moim blogu? Jeśli tylko będę cokolwiek wiedzieć na ten temat, napiszę.
      Mam zdjęcie, do którego czasami wracam. Pod brzozami rośnie muchomor, jest dzień złotej jesieni, skórka na kapeluszu odbija światło. Zrobiłem je aparatem analogowym jakieś 20 lat temu gdzieś na Podlasiu, wyrwawszy się z pracy na godzinkę do lasu. Teraz mam je zeskanowane. Lubię je nie tylko dla niego samego, udało mi się zrobić dobre zdjęcie, ale, jak to zwykle bywa i u Ciebie zapewne też jest, przede wszystkim dlatego, że to zdjęcie przypomina dawny czas, dobry czas.

      Usuń