Moja książka

Góry Kaczawskie słowem malowane

250619 Miałem okazję poznać świętokrzyskie drogi i tatrzańskie szlaki, przemierzałem łęczyńskie bagna i podlubelskie lasy, spędziłem ki...

środa, 9 listopada 2016

Droga i dal


061116
Zwykłe chwile naszego życia mijają nam tak, jakbyśmy nie cali brali w nich udział, będąc raczej obserwatorami dziania się, na pół obecni duchem, niż podmiotem. Część naszego jestestwa robi zakupy, pranie czy szykuje posiłek, część krąży gdzieś myślami, na ogół wokół banalnych planów na najbliższy czas, albo wokół równie mało ważnych kłopotów w pracy, ale tak naprawdę nie jesteśmy ani tutaj, gdzie jesteśmy, ani tam, gdzie nasze myśli. Ślizgamy się świadomością po powierzchni naszego czasu, nie pamiętając go już nazajutrz albo po tygodniu. Odwracamy się szukając tego, co za nami, i mało co odnajdujemy. Minął tydzień lub rok – co się w tym czasie działo? Jak tą posiadaną garstką wspomnień wypełnić przestrzeń za nami?
Czasami coś się zmienia. Nigdy nie doszedłem przyczyn tej zmiany postrzegania świata, mnie samego i czasu, czuję tylko, iż znika wtedy obserwator zastąpiony mną. Patrzę wokół i słucham siebie, cały będąc tutaj i teraz i nigdzie więcej, wrażenia stają się intensywne, świat i moje życie nabiera niedostępnego na co dzień uroku, a w myśli rodzi się i narasta poczucie wyjątkowego zjednoczenia mojej świadomości z miejscem i czasem.
W czasie dzisiejszej spokojnej – jak zwykle nad ranem w niedzielę – jazdy pustą szosą uświadomiłem sobie, iż postrzegane otoczenie w dziwny sposób podzieliło się na drobne fragmenty: światła deski rozdzielczej, dźwięki muzyki, mruczenie silnika, mijany zakręt drogi i niewyraźne kontury na poboczu, ale też miękkość fotela pode mną, dotyk kierownicy i pogodny nastrój – wszystko to widziałem i czułem jakby osobno, a przy tym bardzo wyraźnie, niemal nadnaturalnie. Każda z tych drobin codzienności, tak zwykłych przecież, wydała mi się ważna i ładna. Jechałem uśmiechając się: zaczynał się dzień, mój dzień.

Swoim zwyczajem Janek mile mnie zaskoczył obejmując na powitanie; potwierdził w ten sposób dobry początek dnia. Był dobry.
Na poprzednim wyjeździe byłem na dwóch wzgórzach, takich zwykłych, niewielkich, nieznanych nawet kartografom, ale lubianych przeze mnie. Właściwie nie wiem, dlaczego lubię te miejsca. Owszem, są z nich ładne widoki, ale znam setkę miejsc w tych górach równie widokowych; czasami myślę, że one są moje, ponieważ są nieznane i niedoceniane; nie raz odszukiwałem w Sudetach miejsca, których lokalizacja lub nazwa sugerowały zapomnienie. Wtedy szedłem też tak ładnymi zboczami góry Babiniec, że postanowiłem wrócić tutaj dzisiaj i pokazać Jankowi te moje miejsca. Trasę ustaliłem spacerową, z dalekimi widokami na niemal całej długości, z początkiem i końcem na równie widokowej Przełęczy Rząśnickiej. Jest ona wysoko, szosa serpentynami schodzi ku Janówku, wiosce rozsiadłej w wąskiej i długiej dolinie, a po jej drugiej stronie, tuż za domami, ku lasom porastającym szczyty Kop wspinają się wstęgi łąk malowniczo zdobione krętymi liniami drzew ocieniających dróżki i miedze. Stojąc na przełęczy widzi się cały masyw Chrośnickich Kop, a ich zbocza wydają się być wyższe i bardziej strome, prawdziwie górskie.
Ledwie rozwidniło się, gdy obejrzawszy te widoki, zawsze ładne i podobające się, ruszyliśmy ku bliskiej Skale, górce ze szczytem przykrytym czupryną lasu, ale z łąkami na stokach. Okrążając szczyt, widoki przesuwają się jak w panoramicznych zdjęciach robionych przez mojego towarzysza, a wzrok niczym promień wielkiej latarni omiata połowę Gór Kaczawskich i pogórza, sięgając ich krańców gdzieś za Wilczą Górą i Ostrzycą.
Pogodę mieliśmy… listopadową. Pełne zachmurzenie, ale nie zapowiadało się na deszcz, było spokojnie i dość ciepło; delikatna mgiełka chowała przed nami tylko najdalsze góry, odległe o wiele kilometrów. Dobrze się szło i rozmawiało. Na całej trasie widoków jest tyle, że przerwy robiliśmy często, a Janek zrobił tysiąc zdjęć, albo i więcej :-)
Przed południem, byliśmy wtedy na stoku Babińca, a jest on równie rozległy jak i ładny, zaświeciło słońce. Nieśmiałe było, prześwitujące przez białe woale chmur, ale zaświeciło, pokazując nam nasze cienie i rozjaśniając liczne jeszcze kolory jesieni. 




Niestety, mój aparat, ślepota wyjątkowa, widział przede wszystkim mgłę rozpłomienioną słońcem, a nasyconych kolorów liści klonów i buków jakoś nie zauważył. Na szczęście ja widziałem; zdjęcia zrobiłem swoim własnym aparatem i mam nadzieję długo je przechowywać. Są na nich granatowe szczyty najbliższych gór, widzę je wyraźnie, poznaję, dostrzegam ich charakterystyczne cechy; zza nich wychylają się dalsze, bledsze, pozbawione szczegółów, trudniejsze w rozpoznaniu, a w obniżeniach między nimi majaczą niczym senne zjawy szczyty najdalsze, tajemnicze już, nienazwane, rozpływające się w szarych niebieskościach nieba.



W czasie krótkich jaśniejszych chwil dnia, idąc brzegiem lasu (oczywiście bezdrożem), znaleźliśmy jedno z tych uroczych miejsc poświęconych Florze: po malowniczo wygiętej sośnie wspięła się dzika róża uznając, iż tutaj, bliżej słońca, będzie dobre miejsce do kwitnienia, a my dzisiaj, zadarłszy głowy, na wysokości siedmiu metrów widzieliśmy mnóstwo owoców między konarami sosny. Niżej ciemna zieleń igliwia przeplatała się z jasnozielonymi i żółtymi liśćmi brzozy przytulonej do sosny, a o krok pysznił się bajecznymi kolorami swoich liści młody buk; przy samej ziemi mój towarzysz wypatrzył jeszcze kilka małych dębaczków wystrojonych nadal zielonymi liśćmi.
–Skąd tutaj dęby? – zapytałem rozglądając się. W pobliżu nie widziałem drzew tego gatunku.
–Sójki przyniosły – odpowiedział Janek, nawiązując do naszej wcześniejszej rozmowy o licznych i jakże zaskakujących powiązaniach w świecie fauny i flory.
Na Moim Wzgórzu nie ma nic wyjątkowego, chociaż jest dla mnie wyjątkowe, jednak na zachodnim zboczu niewielkie skałki wychodne, płaskie z wierzchu, porośnięte licznymi gatunkami mchów, i rosnąca nad nimi samotna sosna pokrzywiona wiatrami tworzą ładne miejsce; takie też są z niego widoki na kraniec Gór Kaczawskich i Pogórze Izerskie. Na poprzedniej wędrówce za swoje uznałem podobne wzgórze, a usadowiło się ono w połowie czarnego szlaku łączącego Czernicę z Wleniem. Od strony tego miasta droga prowadzi lasem, pod górę, a na szczycie wybiega na otwartą przestrzeń. Doprawdy, trudno nie zatrzymać się tam: kamienista dróżka schodzi w płytką dolinę i zaraz pnie się na przeciwległe zbocze, ocieniona szpalerami drzew i różanych krzewów (Janek wypatrzył tam strumyczek), a na dalekim horyzoncie, rozciągniętym na połowę widnokręgu, widać liczne szczyty kaczawskie i ścianę Karkonoszy.




Gdy staliśmy tam, dróżką podjechały dwa ubłocone samochody terenowe i zatrzymały się przy nas. Z pierwszego wysiadł kierowca i podszedł  do nas.
–A wy tak z buta? – nim zapytał o drogę, mężczyzna wyraził zdziwienie naszą pieszą wędrówką.
Tak dalece nie spodziewałem się takiego pytania, że słowa pytającego dotarły do mnie z opóźnieniem. Ot, sposób na poznawanie gór Kaczawskich: jeżdżenie po nich terenówkami i dziwienie się nam, pieszym wędrowcom!
Konie, które tak ciekawie patrzyły na mnie dwa tygodnie temu, dzisiaj widzieliśmy na wybiegu przy stajniach. Szykowano je pod siodła. Coraz częściej widzę w tych górach te piękne zwierzęta trzymane dla jazdy wierzchem, albo po prostu dla ich urody.
Wracając, parę razy weszliśmy w las szukając grzybów – i znaleźliśmy: po kilka podgrzybków, maślaków i kozaków. Nie zabieram grzybów mając daleką drogę przed sobą, ale że wracaliśmy, a grzybów było kilkanaście, wziąłem je. Lubię zbierać grzyby, lubię robić przy nich i jeść też, a z powodu mojej pracy rzadko kiedy mogę pojechać na grzybobranie. To dzisiejsze było pierwszym w tym roku i zapewne ostatnim – tym cenniejszym. Chmurzyło się coraz bardziej, później zaczęło kropić, stopniowo coraz bardziej. Chciałem jeszcze namówić Janka na przejście uroczej dróżki biegnącej skrajem lasu i rozległych pól na zboczu Babińca, nawet przeszliśmy jej część, ale zawróciliśmy z powodu deszczu. Dziewięć godzin włóczenia się po drogach i bezdrożach kaczawskich minęło nam wyjątkowo szybko; szarość deszczowego popołudnia ciemniała zapowiadając zmierzch, gdy doszliśmy do samochodu.



14 komentarzy:

  1. Grzyby są w tam roku wyjątkowo długo- my nadal zbieramy opieńki. A jutro też jadę w moje góry- zapowiada się piękna, choć mroźna pogoda!
    Znakiem czasów jest owo zdziwienie ludzi, że ktoś jeszcze pieszo chodzi. Nas denerwują samochody i motory rozjeżdżające polne drogi, dla nich my -piechurzy czy rowerzyście jesteśmy zawalidrogami.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dobry wieczór, Aniu.
      Właśnie tak: znamię czasu. Dopiero później, zaskoczony słowami tego człowieka, dotarło do mnie, jak bezpośrednio, niemal bezczelnie, zwrócił się do mnie: „co wy tak z buta”... Pytanie na miejscu, gdybyśmy szli autostradą. Te słowa dowodzą braku zrozumienia, to przykład moich dwóch światów. My obaj, ja i Janek, byliśmy dla tamtych ludzi dziwakami. Samochodów terenowych niewiele tam jeździ, jeśli już, to na ogół jeżdżą nimi panowie z armatami, ale quadów i motocykli jeździ dużo. Tego dnia mijała nas kawalkada złożona z kilkunastu motocykli. Rozjadą nam nasze góry, a co gorsza, zrobią to zgodnie z prawem, jeśli tylko nie będą wjeżdżać do lasu.
      W piątek wyjeżdżam na trzy dni w góry, na ten dzień zapowiadane są opady śniegu i deszczu, ale za to na niedzielę słońce. Tak czy inaczej jadę :)
      Zazdroszczę Ci grzybobrania, oj, jak zazdroszczę.

      Usuń
  2. Jedziesz w góry... czyli stojąc na Kuflu i patrząc w stronę Ostrzycy, będę patrzyła w Twoja stronę.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Idąc, spojrzę raz i drugi na Ostrzycę i pomyślę: może Anna też w tej chwili patrzy? :-)
      Aniu, te słowa napisałem a vista, po przeczytaniu Twoich, jeszcze przed wyjazdem na łazęgę. Właśnie wróciłem, no i oczywiście uruchomiłem laptopa, po trzech kaczawskich dniach bez internetu. Czy patrzyłem na Ostrzycę? Patrzyłem i nawet pomyślałem o Twoim patrzeniu. Przypomniało mi się przekonanie grzybiarzy, jakie słyszałem będąc dzieckiem: że gdy spojrzy się na grzyba, a nie weźmie go, już nie urośnie. W przypadku tej góry to się na pewno sprawdza: Ostrzyca już nie urośnie :-)
      Aniu, muszę się pochwalić: pierwszego dnia wędrówki trafiłem na grzybne miejsce, podgrzybków (jeden tylko prawdziwek) znalazłem tyle, że ledwie się zmieściły do pudełka po butach.

      Usuń
  3. Witaj, Krzysztof.
    Miło Cię zaskoczyłem moim powitaniem na Ziemi Legnickiej? Dawno Ciebie nie widziałem i gdy zobaczyłem Twój promienny uśmiech, nie mogłem się powstrzymać od tego gestu.

    Trasa była wspaniała, zdjęć zrobiłem bardzo dużo, lecz ich pokazanie trochę się odwlecze. Mój komputer padł i czeka go reanimacja. No cóż, złośliwość przedmiotów martwych.

    Jan Łęcki

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Z Tobą jest tak, Janku, że trudno nie witać Cię uśmiechem.
      Oj, wiem, jak upierdliwe są awarie komputerów i ile później bywa pracy z uporządkowaniem zawartości dysku.
      Wróciłem z trzydniówki, na razie (czytaj: na kilka dni) mam dość łażenia po wertepach. Pogoda była całkiem całkiem, poznałem parę nowych miejsc, w tym jedno urocze wzgórze, na którym nigdy nie byłem. W sumie jestem zadowolony.
      Janku, tak sobie pomyślałem…. Mam w planach jedną niezbyt długą trasę w większości mi nieznaną, i jeśli nie masz planów na najbliższą niedzielę, to może pojechalibyśmy tam razem?

      Usuń
    2. Krzysztof, jeszcze pytasz? Pojadę, pojadę... Z Tobą zawsze pojadę. Cieszę się niezmiernie i już szykuję się na wyjazd.

      Usuń
    3. Oj, zapomniałem. Przecież jestem w bibliotece i muszę się podpisać. To byłem ja
      Jan Łęcki

      Usuń
    4. Więc jedziemy! :-) Trasa w pobliżu Lubiechowej, samochód zaparkujemy w Janochowie, przy drodze 365, znam tam dobre miejsce. Pod koniec tygodnia zadzwonię, ustalimy szczegóły.

      Usuń
  4. Sójki to prawdziwe psiekrwie :) W moim ogrodzie co rusz wyrywam spod iglaków kilkunastocentymetrowe kiełki dębów, które wyrosły ze schowanych na zimę sójczych zapasów. Te wariatki zapominają, gdzie mają spiżarkę! Zawsze zastanawia mnie to, że nie widzę tych kiełków, gdy mają kilka centymetrów, gdy ledwo wyłażą z ziemi, dostrzegam je już z dwoma, z trzema listkami, niechętnie dają się wyciągnąć i myślę: no przecież jeszcze wczoraj cię tu, mały, nie było!
    Bawią mnie te dębczaki. Bawi mnie to, że patrzę: jest jeden, schylam się po niego, oko patrzy kawałek dalej: drugi, potem zaczynam się za nimi rozglądać: jeszcze jeden.
    Dużo u nas sójek. Czasem gubią takie śliczne piórka z niebieską plamką.

    Latorosłka

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Fajnie napisałaś: psiekrwie. To właściwie sympatyczne przekleństwo przywołuje wspomnienia dzieciństwa i młodości, ponieważ tak często mówił mój dziadek – studniarz, rolnik i ułan.
      Tak jak Ty znajdywałaś kolejne dębaczki, tak ja w piątek zbierałem podgrzybki: gdy nachyliłem się nad zauważonym i rozejrzałem, znajdowałem parę następnych. A już myślałem, że w tym roku nie będę mieć swoich grzybów. No bo sama powiedz: kto to widział kupować w sklepie leśne grzyby??
      Myślę, Latorosłko, że te dębaczki w Twoim ogrodzie nie są głupie, że one specjalnie chowają się przed Tobą, domyślając się Twoich niecnych względem nich zamiarów. A zostaw tam chociaż jednego – w nagrodę za ich starania.

      Usuń
    2. No kiedy właśnie, że mimo najszczerszych chęci i sympatii dla tych powoli i nieśmiało pokazujących się światu dębowych niemowlaków nie mogę ich zostawiać. One mają to do siebie, Krzysztofie (gdybyś nie wiedział), że rosną. Ani się nie spostrzeżesz a wyrośnie drzewo takie, że nie będzie dla niego miejsca (wszak rosną tam także inne rośliny, często duże, skoro miejsce pod nimi stanowi spiżarnię dla sójek), a żeby takie duże usunąć to trzeba mieć zgodę Odpowiedniego Wysokiego Urzędu a ponadto w miejsce jednego posadzić kilka innych. W szybkim tempie brakłoby miejsca dla innych roślin w ogrodzie, a może także i dla ludzi?

      Grzybków zazdroszczę, nie udało mi się w tym roku pojechać na grzybobranie. Ubolewam bardzo. Ale że po przymrozkach jeszcze jakieś się uchowały... miałeś farta :)

      Latorosłka

      Usuń
  5. Lubię takie nieśpieszne wędrówki, rozmowy z przyjaciółmi, bo nie ważne jest "zaliczenie" i "na czas", tylko smakowanie:-) widoków, roślin, skałek, zapachów ...
    Tylko nie rozpraszaj się za kierownicą, tam pełne skupienie:-)
    Dziś widziałam, jak sójka kąpie się w kałuży po roztopionym śniegu, a myślałam, że tylko wróble tak mają, i sikorki:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja też lubię. Nie podoba mi się pośpiech na szlaku, nakręcanie kilometrów. Owszem, czasami ustalę zbyt długą trasę i wracając muszę przyśpieszyć, ale nie jest to zamierzone, będąc efektem mojej chytrości drogi. Lubię zatrzymać się tam, gdzie ładnie i pogapić się, zamyślić (co gorsze, to i w pracy mi się to zdarza…).
      A sójki niech się kąpią. Może to im pomoże zapamiętać miejsce schowania swoich zapasów :-)
      Mario, dziękuję za odwiedziny.

      Usuń